Mocy, przybywaj
Zapewne
każdy z Was ma swój samochód marzeń.
Jeżeli macie pięć lat, jest to ferrari albo
porsche. W okolicach dziesiątych urodzin jego miejsce
zajmuje mercedes, koło szesnastki - sportowy
kabriolet. Po dwudziestce zaczynacie marzyć o
luksusowej limuzynie, tuż po trzydziestce - o
dużym SUV-ie z oszczędnym dieslem, zdolnym
pomieścić dzieci, psa, narty, rowery, wózek,
akwarium, wanienkę i płytki do remontu
łazienki. I właśnie w tym momencie
życia postanawiacie spełnić motoryzacyjne
marzenie - kupujecie SUV-a z dieslem. Problem w tym,
że już kwadrans po wyjechaniu z salonu
zaczynają nachodzić was myśli, by go
spalić albo zepchnąć do rzeki i
wyłudzić odszkodowanie. Dlatego że wasz
wymarzony samochód ma temperament misia koala i
jakość kredek świecowych. Samo patrzenie na
niego wywołuje u Was uczucie życiowej
porażki, więc aby od niego uciec, znowu
zaczynacie marzyć o luksusowej limuzynie - tej
samej, która spędzała Wam sen z powiek na
studiach. Gdy zbliżacie się do czterdziestki, jej
miejsce zajmuje sportowy kabriolet - tak, ten sam,
którego życzyliście sobie, gdy
zdmuchiwaliście świeczkę na torcie w dniu
szesnastych urodzin. Przy pięćdziesiątce na
karku wracacie do mercedesa, a jeszcze później
zaczynacie żałować, że nigdy nie
kupiliście sobie porsche lub ferrari.