Randka z żuczkiem
Drogie Panie, jeżeli kiedykolwiek zdarzyło się wam wybrać na randkę w ciemno zainicjowaną przez koleżanki, to będziecie wiedziały, o czym mówię. Zgodnie z zapewnieniami i obietnicami najlepszych przyjaciółek, macie poznać "przystojnego lekarza, który uwielbia zwierzęta". Wasza wyobraźnia podpowiada wam, że staniecie oko w oko z chirurgiem dziecięcym będącym, pod względem budowy ciała lustrzanym odbiciem Apolla, a pod względem intelektu - Woody’ego Allena. Tymczasem w rzeczywistości przez trzy godziny będziecie zmuszone wysłuchiwać historii łysego jak pośladki pawiana weterynarza o tym, jak to przez minione 72 godziny przyjmował poród u krowy.
Z kolei jeżeli jesteście facetami i koledzy namówili was na spotkanie z blondynką, której nogi rzekomo kończą się tam, gdzie zaczyna się szyja, możecie być pewni, że oznacza to tylko jedno - kumple chcą zeswatać was z kobietą, która nie ma piersi, serca i duszy. Czyli rzeczy niezbędnych do tego, aby związek można było uznać za udany. Zatem bardzo możliwe, że uciekniecie z randkowej kolacji, zanim jeszcze kelner przyniesie wam menu, i zaoszczędzicie dzięki temu trochę grosza. No, chyba że jesteście weterynarzami - w takim wypadku zamówicie najdroższe dania z karty, a podczas deseru odegracie dramatyczną, dwuminutową sztukę pod tytułem "Ukradli mi portfel".
Jest jedno słowo, które opisuje uczucia, jakich doznajecie w takich chwilach. To rozczarowanie. Osobiście jednak uważam, że można go uniknąć. Po prostu trzeba być na nie przygotowanym. Nie wiem, jak to się sprawdza w przypadku randek w ciemno, ale jeżeli chodzi o samochody - działa genialnie. Zawsze gdy wsiadam do fiata, jestem przygotowany na to, że coś się w nim zepsuje w ciągu najbliższych pięciu kilometrów. Możecie sobie zatem wyobrazić moje zaskoczenie, gdy przejeżdżam nim bezawaryjnie 20 kilometrów i psuje się dopiero na 21. Z kolei wsiadając do jakiegokolwiek bmw z dużym silnikiem, spodziewam się spalania na poziomie 18 litrów, po czym zostaję zszokowany tym, że auto zużywa tylko 17,5 litra.
Ostrożnie podchodziłem również do nowego Volkswagena Beetle, czyli nowoczesnej odmiany popularnego niegdyś garbusa. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się po tym aucie absolutnie niczego. Przede wszystkim dlatego, że nie wierzę w to, aby jakikolwiek "stary produkt w nowoczesnym wydaniu" sprawdzał się w praktyce. Gdyby tak było, to dzisiaj golilibyśmy się brzytwami z tytanu, kryli dachy domów ognioodporną słomą i jadali kolacje przy energooszczędnych lampach naftowych. Oczywiście nie robimy tego wszystkiego, bo mamy golarki elektryczne, dachówkę ceramiczną oraz żarówki LED. Volkswagen z kolei ma Polo i Golfa - nowoczesne i dobre niewielkie samochody. Po co zatem sięgnął do swoich korzeni sprzed 60 lat? Nie mam pojęcia. Ale teraz wiem, że świetnie mu to wyszło.
Cała atrakcyjność beetle''a polega na tym, że wygląda na niezdarny, nieprzydatny na co dzień, kiepsko jeżdżący i kobiecy bardziej niż bikini i szminka, podczas gdy w rzeczywistości okazuje się samochodem, z którego nie chce się wysiadać. Zapewniam was, że na samym początku chciałem nakleić na wszystkie jego szyby ciemną jak smoła folię, aby nikt mnie w nim nie zobaczył. Ale już na pierwszym skrzyżowaniu otworzyłem okno i wystawiłem łokieć - tak dobre wrażenie zrobiło na mnie to auto. Po pierwsze jego wnętrze jest zaskakująco przestronne, świetnie wykonane i sprawia wrażenie bardziej luksusowego niż Audi A3. Na tylnej kanapie bez trudu usiądą dwie dorosłe osoby, a w bagażniku zmieści się przyzwoite 310 litrów pakunków. Do tego dochodzi bardzo dobre (biorąc pod uwagę drzwi bez ramek okiennych) wyciszenie wnętrza. Dzięki temu wszystkiemu beetle świetnie sprawdza się nie tylko w mieście, lecz także na długich trasach. Szczególnie gdy są równe i kręte - wtedy ze zdumieniem odkryjecie, jak precyzyjnie prowadzi się to auto, jak trzyma się drogi, jak dobrze jest wyważone i ile frajdy daje.
Oczywiście owa frajda zależy również od silnika, jaki wybierzecie do swojego modelu. Podstawowy 105-konny benzyniak ma temperament misia koala, więc lepiej od razu celujcie w 160-konne TSI, ewentualnie 140-konne TDI. Ale motorem, na który beetle naprawdę zasługuje, jest 210-konny TSI pożeniony z sześciobiegową skrzynią DSG. Ta wersja nosi oznaczenie "Sport", ale znacznie lepiej pasowałaby do niej plakietka "Endorfin" - byłaby i bardziej oryginalna, i lepiej oddawałaby charakter tego auta. Beetle po prostu uszczęśliwia i piszę to bez zbędnej kokieterii. Być może w oczach wielu użytkowników drogi wyglądałem za jego kierownicą na nieco zniewieściałego, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bo to samochód dla facetów, którzy nie mają kompleksów. Oraz dla absolutnie wszystkich kobiet.
@RY1@i02/2013/124/i02.2013.124.00000120a.803.jpg@RY2@
volkswagen beetle
@RY1@i02/2013/124/i02.2013.124.00000120a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu