Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Anonimowi bohaterowie produkcji

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 16 minut

Przed wojną wiedziano, że gdy pracy brak, a o pieniądzach w portfelu można jedynie pomarzyć, to najłatwiej przetrwać kryzys, zakładając w domu fabryczkę lub kopalnię węgla w piwnicy

Jeśli ktoś jest ciekaw, co jest nową polską specjalnością, powinien wejść na stronę internetową Centralnego Biura Śledczego. Prezentuje ona wiele informacji o sukcesach, jakie CBŚ wspólnie z Wywiadem Skarbowym Ministerstwa Finansów odnosi w walce z nielegalnymi wytwórniami papierosów. Przy czym nie są to jakieś chałupnicze warsztaty, ale małe, wydajne fabryczki. "Sprzęt znaleziony w hali wskazuje, że odbywała się tam produkcja na skalę masową, ponieważ policjanci zabezpieczyli m.in. wózki widłowe do przewożenia palet, pakowarki, zgrzewarki i sprężarki - sprzęt wart kilkaset tysięcy złotych" - zapisano w raporcie po zlikwidowaniu nielegalnej wytwórni papierosów w Gorzowie Wielkopolskim na początku listopada tego roku. Podobne fabryki namierzono m.in. w Szczecinie, Krakowie, Poznaniu i na Dolnym Śląsku. W tej ostatniej funkcjonariusze w październiku 2013 r. zarekwirowali ok. 3,5 mln sztuk wyprodukowanych tam papierosów. Co najlepiej świadczy, jakie były możliwości wytwórcze zakładu zdolnego zaspokajać potrzeby konsumentów w Polsce oraz krajach ościennych (filmik pokazujący, jak wyglądał, można obejrzeć w portalu YouTube). Ale choć CBŚ chwali się swoimi "mocnymi uderzeniami" i celnymi ciosami wymierzonymi w "nielegalny tytoniowy biznes", można mieć pewność, że dalszy wzrost akcyzy zaowocuje nowym wysypem podziemnych fabryczek. I będą je uruchamiać nie tylko zawodowe grupy przestępcze, lecz także zupełni amatorzy. Aparat państwa zaś na dłuższą metę pozostanie wobec nich bezradny. Podobnie jak okazywała się bezradna w latach 30., na co dzień całkiem dobra, administracja II Rzeczpospolitej wobec rozkwitu przemysłu anonimowego.

Ostatnia deska ratunku

"Był zredukowanym urzędnikiem bankowym i po wyczerpaniu zasiłku i zjedzeniu drobnych oszczędności pozostało mu jeszcze tyle, że mógł sobie sprawić rower. Nie dla żadnej dzikiej fantazji, ale miał plan. Oto wystarał się o próbki jakichś materiałów i chciał zabawić się w domokrążcę od folwarku do folwarku, od wsi do wsi, może gdzieś po drodze jakąś posadę znajdzie" - opisywał w 1933 r. na łamach "Wiadomości Literackich" dość zwyczajną historię M.R. Frenkler. Takich ludzi jak bohater jego reportażu było w Polsce wówczas całe mrowie. Bezrobotni inteligenci, zbankrutowani przedsiębiorcy, zwolnieni po zamknięciu fabryk robotnicy, usunięci z kopalń górnicy. Żaden z nich podczas wielkiego kryzysu nie miał szans na znalezienie stałej pracy.

"Zarejestrowanych bezrobotnych jest w tej chwili w Zawierciu 7854 osoby. Jeżeli się zważy, że są to przeważnie głowy rodzin, zaś rodzina składa się z trzech do czterech osób, to łatwo można dojść do 25 tys. osób, które są utrzymywane przez opiekę społeczną. Zawiercie, według ostatniego spisu ludności, liczy 32 tys. mieszkańców. Nie jest więc przesadne twierdzenie, że trzy czwarte ludności Zawiercia utrzymuje gmina" - opisywał Konrad Wrzos sytuację w typowym prowincjonalnym miasteczku na łamach "Ilustrowanego Kuriera Codziennego".

Do tego jeszcze w czwartym roku ekonomicznej katastrofy tylko 14 proc. bezrobotnych otrzymywało nie tylko okazjonalne zapomogi, lecz także regularny zasiłek. Według prawa zwolnieni mogli go dostawać przez 17 tygodni, jeśli uprzednio przepracowali minimum 20 tygodni. Liczba osób mających prawo do zasiłku, gdy pracy brakowało, stale spadała. Pozbawione dochodów miliony ludzi, aby przetrwać, musiały zacząć zarabiać, rozkręcając własny biznes. Najprostszą sprawą wydawało się zajęcie drobnym handlem lub usługami. Nastąpił więc wysyp sklepików oraz stoisk na bazarach, a po wsiach i miasteczkach wędrowały całe tabuny handlarzy domokrążców, podobnych do bohatera reportażu z "Wiadomości Literackich". Jednak aby coś zarobić, musieli znaleźć posiadających gotówkę konsumentów. "Użycie wyrazu konsumpcja budzi we mnie uczucie zażenowania. W dwóch dużych wsiach, w których zbadałem dokładnie tę sprawę, okazało się z książek sklepików, że na 5 tys. mieszkańców zakupiono w lipcu 1934 r.: 1 kosę, 6 guzików nicianych, kubek aluminiowy i 10 dkg gwoździ" - zapisał ankieter Instytutu Spraw Społecznych po badaniach na temat konsumpcji przeprowadzonych w powiecie rzeszowskim. Podczas trwającego kilka lat kryzysu większość ludzi zaciskała pasa i starała się nabywać jedynie rzeczy najbardziej niezbędne. "Oszczędzamy masła, mięsa, pijemy rzadziutką, okropną kawę. Nosimy stare ubrania" - zanotowała w dzienniku pisarka Zofia Nałkowska. W takich warunkach żaden sklep czy stoisko na bazarze nie mogły okazać się dobrym interesem.

Szansę na przetrwanie dawało za to wyprodukowanie czegoś na tyle taniego i potrzebnego, żeby nawet bardzo ubodzy konsumenci chcieli wysupłać ostatni grosz. Nic więc dziwnego, że pojawili się działający w konspiracji producenci.

Fabrykancka konspira

"Anonim w przemyśle, rzemiośle i handlu rozrasta się coraz więcej i pasożytuje w sposób coraz bardziej niepokojący na terenie całego kraju we wszystkich działach" - ostrzegał czytelników w kwietniu 1934 r. "Ilustrowany Kurier Codzienny". Dziennik opisywał coś, co obecnie nazywa się szarą strefą gospodarczą, w tonie najwyższego zaniepokojenia, alarmując, że przemysł anonimowy zaczyna wygrywać konkurencję z tym zarejestrowanym i płacącym podatki. "Mnożenie ciężarów podatkowych i socjalnych, zwiększanie utrudnień administracyjnych w formie reglamentacji, koncesji, niepotrzebnych kwalifikacyj i zakazów jest niczem innem, jeno podsycaniem anonimowości" - twierdziła redakcja "IKC".

Swoją opinię opierała na relacjach z pierwszej ręki. Dziennikarz gazety Konrad Wrzos objechał Polskę, tropiąc producentów związanych z przemysłem anonimowym. Na początku wyprawy zawitał do leżącej nieopodal Łodzi miejscowości Brzeziny. W ciągu czterech lat liczące sobie 14 tys. mieszkańców miasteczko stało się stolicą polskiego krawiectwa. Istniało tam ok. 6 tys. warsztatów. Pojedyncze działały legalnie. "W miasteczku krawców wszyscy znają prezesa spodniarzy, wszyscy wiedzą, że mieszka przy ulicy Moniuszki. Tam też go odnajdujemy" - opisywał wizytę u nieformalnego przywódcy brzezińskich chałupników. "W pracowni przy zwisającej lampie naftowej siedzi dwóch ludzi przy maszynach. Pan prezes charakteryzuje obecną sytuację jednym słowem «bieda»" - zanotował dziennikarz.

Faktycznie, dochody z całodziennej pracy nie były wielkie. A to dlatego, że krawieckie podziemie musiało ściśle kooperować z legalnymi fabrykami. Łódzcy właściciele zakładów odzieżowych dostarczali nielegalnym warsztatom materiały, po czym za uszycie pary spodni płacili od 25 do 40 gr. Dziennie krawiec potrafił uszyć ok. 30 sztuk. Następnie wyrób trafiał na rynek pod marką oficjalnego wytwórcy i kosztował 6-7 zł. Dzięki temu obniżano koszty produkcji oraz unikano konieczności zatrudnienia większej liczby robotników na etatach. Praca mieszkańców Brzezin wspierała co prawda istnienie oficjalnej fabryki, umożliwiając jej właścicielom łatwiejsze osiąganie zysku, ale jednocześnie pozwalała drastycznie obniżać ceny produktów. W efekcie kto nie chciał zbankrutować, musiał kooperować z przemysłem anonimowym. "Pan Majer pracuje dla wszystkich. Każdy łódzki skład sukna, który mu przyśle pokrojony materiał, może otrzymać spodnie przez niego uszyte. W tym warsztacie pracuje się od 12-14 godzin. Zarobek p. Majera sięga 30 zł tygodniowo" - opisywał codzienne życie jednego z krawców mieszkających w Bałutach Konrad Wrzos.

Podobnie działo się w samej Łodzi. Bezrobotni tkacze zdobywali stare krosna i zakładali warsztaty we własnych domach. "Wchodzimy do mieszkania. Dwa krosna oddzielone są szafą od reszty. W tej «reszcie» stoją trzy łóżka, stół i kołowrotek" - opisywał Wrzos warunki życia i pracy typowego chałupnika. Odwiedzona przez niego rodzina tkała codziennie gobeliny i narzuty. Jedną narzutę sprzedawano potem fabrykantom za 75 groszy, kilkakrotnie poniżej ceny rynkowej. Podobnych nielegalnych warsztatów było w Łodzi ok. 15 tys. Legalnych zakładów i fabryk płacących składki ubezpieczeniowe oraz podatki izba skarbowa doliczyła się niecałe 1,8 tys. Praca na czarno nie przynosiła jednak wielkich dochodów. Ludzie tworzący przemysł anonimowy żyli nędznie. "Na śniadanie barszcz z kartoflami, na obiad kartofle z barszczem. Tylko kolacja jest odmienna. Chleb z herbatą" - opisywał ich codzienne menu dziennikarz "IKC".

Węglowe podziemie

Nieco inaczej walczyli o przetrwanie bezrobotni na Górnym Śląsku. I tam po wybuchu wielkiego kryzysu znalezienie legalnej pracy graniczyło z cudem. W krótkim czasie spółki węglowe, aby przetrwać spadek popytu, zamknęły 12 kopalń i dały wypowiedzenie 40 tys. górników. To oznaczało wyrzucenie na bruk ok. 35 proc. ludzi tej profesji. Wedle szacunków badaczki dziejów Górnego Śląska prof. Marii Wandy Wanatowicz, zapaść w górnictwie skazała na życie w skrajnej biedzie ok. 320 tys. ludzi. Dotyczyło to regionu wcześniej bardzo bogatego i zamieszkanego ogółem przez 1,2 mln obywateli. Na początku lat 30. wydarzyła się więc na Górnym Śląsku prawdziwa katastrofa socjalna. Władzom samorządowym wystarczało środków na zapewnienie wydawania 95 tys. darmowych obiadów dziennie. Ale to nie przynosiło wielkiej ulgi w codziennej wegetacji. Brak jakichkolwiek perspektyw na poprawę bytu zdopingował górników do zakładania własnych kopalń.

"Wykopali tu na głębokości 15 metrów ziemię, dokopali się węgla. W tym otworze, który wywiercili, może się zmieścić «w suterenach» i na «chodnikach» trzech ludzi. Jeden wchodzi za drugim, bo otwór jest szerokości jednego człowieka" - opisywał czytelnikom Konrad Wrzos swój pierwszy zjazd do biedaszybu nieopodal Katowic. "Ustawili nad tym otworem kozły drewniane, na nich wałek, na sznurze, który otacza ten wałek, jedni spuszczają na dół wiadra, do których ci, którzy zeszli po drabinie w dół, kładą węgiel odrąbany, albo też czerpią wodę, która zalała «ich» pokłady" - relacjonował dziennikarz. Podobnych jak ta kopalnia istniało wówczas na Górnym Śląsku ok. 6 tys., a w Zagłębiu Dąbrowskim drugie tyle. Budowali je doświadczeni górnicy, bo amatorzy szybko ginęli przysypani gruntem lub zabijał ich pod ziemią tlenek węgla. Największa anonimowa kopalnia powstała nieopodal miejscowości Niwka. Jej szyb miał 80 m głębokości, a węgiel wydobywało z niego jednocześnie aż 16 osób.

Biedaszyby z czasem tworzyły całe kolonie, dając pracę nie tylko górnikom. W ich pobliżu zwykle zakładali swoje warsztaty kowale, wykonując na bieżąco potrzebne naprawy, narzędzia oraz okucia niezbędne do kołowrotów i skrzynek. Obok kuźni dawni pracownicy restauracji stawiali kramy oferujące górnikom coś do jedzenia, przeważnie chleb i kiełbasę, a do picia piwo lub wódkę. Nieco dalej czatowali na zarobek posiadacze furmanek, kupując na pniu węgiel i potem rozwożąc go odbiorcom. Tonę urobku z biedaszybu sprzedawano średnio za 11 zł. Węgiel z legalnej kopalni kosztował 64 zł za tonę. Produkt oferowany przez anonimowe górnictwo z łatwością więc znajdował nabywców. To z kolei owocowało powstawaniem wciąż nowych biedaszybów.

Kopiący je ludzie starali się tworzyć własny kodeks postępowania. W razie sporu o jakiś węglonośny obszar wszelkie konflikty nie zawsze udawało się rozwiązywać na drodze pokojowej. Jeśli załoga biedaszybu naruszyła wcześniej ustalone granic terytorium zajmowanego przez inną kopalnię, miała obowiązek wypłacenia korcowego, czyli oddania pewnej ilości własnego węgla. Gorzej, jeśli sprawcy nie czuli się winni i odmawiali uiszczenia odszkodowania. Wówczas ofiary zbierały przyjaciół i urządzały odwetowy zajazd. Jeden z najgłośniejszych, o którym rozpisywały się gazety w Zagłębiu, wydarzył się z powodu konfliktu między rodziną Dziedziców a rodem Krasoniów. Dziedzicowie nie chcieli zapłacić korcowego, które zdaniem Krasoniów ewidentnie się im należało. Co więcej, skutecznie odparli pierwszy zajazd. Ale Krasoniowie nie zamierzali zrezygnować z dochodzenia sprawiedliwości. Zebrali kilkudziesięciu stronników uzbrojonych w siekiery i kilofy, aby uderzyć po raz drugi. I znów Dziedzicowie okazali się lepiej przygotowani, dzięki czemu wygrali. Podczas walki zginął senior rodu Krasoniów, a kilkanaście osób było rannych. Po tym przerywniku praca w biedaszybach wróciła na swoje zwykłe tory.

Jak wykończyć anonimów

Wedle ostrożnych szacunków rządowych pod koniec 1933 r. przemysł anonimowy dawał pracę blisko milionowi Polaków. "Należy kategorycznie i zdecydowanie występować przeciwko nieuczciwym, a tak typowym dla tego przemysłu metodom, nie należy mu szczędzić kryminału, jak zresztą w ogóle nikomu, kto łamie ustawy o obowiązkach publiczno-prawnych" - zaapelował wówczas na łamach rządowej "Gazety Polskiej" Aleksander Heiman-Jarecki. Wpływowy szef spółki Wyroby Bawełniane "Wola" i jednocześnie prezes Związku Przemysłu Włókienniczego twierdził, że należy za wszelką cenę zerwać powiązania oficjalnie działających fabryk z włókienniczym i krawieckim podziemiem.

Podobne monity do rządu słała z Górnego Śląska Unia Polskiego Przemysłu Górniczo-Hutniczego. Branżowa organizacja, zrzeszająca właścicieli kopań i zakładów przemysłowych, domagała się podjęcia ostrych działań przeciwko biedaszybom. Zwłaszcza że rozzuchwaleni bezkarnością szybikarze zaczęli tworzyć własne zrzeszenia i organizować nawet nielegalną giełdę węglową. A uzyskiwali już ponad 550 tys. ton węgla rocznie. Protesty lobby wydobywczego dało w końcu efekty i aparat państwa przystąpił do działania. Zmasowane naloty policji na początku 1934 r. przyniosły zniszczenie ponad 9 tys. nielegalnych kopalń na Górnym Śląsku i w Zagłębiu. Na drogach ustawiono specjalne kontrole i każdy furman wiozący węgiel musiał okazać dokument poświadczający jego legalne pochodzenie. Brak papieru oznaczał aresztowanie, a następnie postawienie przed sądem pod zarzutem paserstwa.

Nagłe uderzenie w biedaszyby jedynie na krótki czas zahamowało proceder. Nielegalne wydobycie węgla było zbyt opłacalne, aby bezrobotni górnicy łatwo zgodzili się z niego zrezygnować. Nowe szyby zaczęto budować w lepiej ukrytych miejscach na obrzeżach miast, w lasach lub w piwnicach domów. Urobek wywożono furmankami nocą, kiedy policyjne patrole były mniej liczne. Również aparat państwa szybko stracił zapał do wypełniania powierzanej mu misji. Sędziowie odmówili ferowania wysokich wyroków i poprosili o wykładnię Sąd Najwyższy. Ten uznał, iż nielegalne wydobywanie minerałów z ziemi oraz handel nimi są jedynie wykroczeniem, a nie przestępstwem kryminalnym. Już samo to odebrało policji ochotę do działania. Z szybikarzami sympatyzowała też miejscowa ludność i jej wrogość dodatkowo zniechęcała funkcjonariuszy do zbytniej gorliwości. Coraz częściej więc przymykali oni oko na istnienie biedaszybów. W końcu taką postawę zaaprobował po cichu nawet minister spraw wewnętrznych Leon Kozłowski. Kiedy w lipcu 1934 r. Ministerstwo Przemysłu i Handlu zażądało od MSW ostatecznej likwidacji anonimowych kopalń, Kozłowski przesłał pismo MPiH do poszczególnych województw bez własnego komentarza, zostawiając wolną rękę władzom lokalnym. Te zaś z radością dokument zignorowały.

Podobnym fiaskiem zakończyła się szumnie zapowiedziana na łamach "Gazety Polskiej" ofensywa izby skarbowej w Łódzkiem przeciw krawieckiemu i tkackiemu podziemiu. "Władze uważają, że ta forma przemysłu zniknie, gdy zniknie pomoc udzielana mu ze strony legalnego przemysłu. Główna akcja władz skarbowych zmierzać więc będzie przeciwko wszelkim transakcjom, w których nie ma wyraźnie i rzetelnie ujawnionego klienta" - donosiła "Gazeta Polska" w lutym 1934 r. Łódzka izba skarbowa składała więc doniesienia do prokuratury na firmy prowadzące księgi rachunkowe na tyle nieczytelnie, że łatwo dawało się odkryć, iż współpracowały z przemysłem anonimowym. Kontrolerzy skarbówki polowali też w magazynach wielkich fabryk na towary niemające jasno określonego producenta. Jednak cały ten wysiłek nie znajdował potem odbicia w sądowych wyrokach. W końcu odpuszczono i łódzkiemu przemysłowi anonimowemu.

W mniejszej skali działo się tak samo w całym kraju. Ludzi zaangażowanych w szarą strefę gospodarczą było zbyt wielu, żeby metodami administracyjnymi dało się wykorzenić całe zjawisko. Zniknęło ono samo, kiedy skończył się kryzys i spadło bezrobocie, a konsumenci zaczęli sobie pozwalać na zakup droższych towarów.

Biedaszyby tworzyły całe kolonie, dając pracę nie tylko górnikom. W ich pobliżu zakładali swoje warsztaty kowale. Na zarobek czatowali też posiadacze furmanek i dawni restauratorzy

@RY1@i02/2013/236/i02.2013.236.000002200.803.jpg@RY2@

Reprodukcja FoKa_Forum

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.