Wielka pralnia autorstwa. Jak modele językowe traktują własność intelektualną
Big tech wypuścił systemy, które pod hasłem „wspólnoty wiedzy” przerabiają cudzy dorobek na zysk właścicieli AI, a koszt wykrywania plagiatu i obrony przed nim zrzucają na autorów. W dłuższej perspektywie za wygodę zapłacimy wszyscy.
Proszę sobie wyobrazić: wchodzą państwo do internetu i widzą… własne dzieło, tylko napisane innymi słowami i podpisane cudzym nazwiskiem. Albo lepiej: wygenerowane przez model językowy. Ja już nie muszę sobie tego wyobrażać. Doświadczyłam tego. I mogę powiedzieć jedno: nie jest to doświadczenie ani przyjemne, ani technologicznie ekscytujące. To doświadczenie rozgoryczenia i rozpadu zaufania.
Od końca zeszłego roku zdarzyło mi się kilka takich sytuacji. Niektóre były dość banalne – ktoś przepuścił mój tekst przez model językowy, model przepisał go innymi słowami, a człowiek opublikował efekt jako własny. W takiej sytuacji można poprosić o usunięcie, pokiwać głową z zażenowaniem i uznać, że oto dotarliśmy do nowej formy intelektualnej tandety. Problem zaczyna się wtedy, gdy „parafrazowana” treść jest chroniona. Wtedy trzeba zbierać dowody, wskazywać podobieństwa, dokumentować, pisać wezwania, tracić czas i energię na obronę czegoś, co w normalnym świecie powinno być oczywiste – autorstwa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.