Bezsilne państwo
Kilkaset lat prób, a Polakom nadal nie udało się stworzyć państwa mającego szansę przetrwać trudne czasy. Niezależnie kto, kiedy i jak dopasowuje poszczególne puzzle, na końcu zawsze powstaje "kamieni kupa"
Wejście Polski do NATO, a następnie Unii Europejskiej zrodziło nadzieję, że po stuleciach burz Rzeczpospolita w końcu przybiła do spokojnej przystani. Potężni przyjaciele dawali poczucie bezpieczeństwa i to tak wielkie, że starania o tworzenie sprawnie funkcjonującego państwa wydawały się zbędnym wysiłkiem. Przecież to ponadnarodowe organizacje miały zadbać o nasz spokój i dobrobyt. Agresja putinowskiej Rosji na Ukrainę brutalnie rozwiała złudzenia. Jak się okazało, Ukraińcy zachowają tyle własnego kraju oraz niepodległości, ile zdołają obronić. A gdyby nie stawili zbrojnego oporu, Zachód łatwo pogodziłby się z kremlowską polityką faktów dokonanych. W ciągu ostatniej dekady polscy żołnierze walczyli w wielu rejonach świata, lojalnie wypełniając zobowiązania wobec NATO. Tymczasem w Warszawie również nie ma pewności, jak bardzo można liczyć na sojuszników w momencie bezpośredniego zagrożenia. Za to zauważono, że w pierwszej kolejności należy liczyć na siebie. I tu zaczynają się schody, bo pilną koniecznością staje się stworzenie państwa potrafiącego zapewnić obywatelom bezpieczeństwo także w niestabilnym świecie. Ale jak to zrobić, skoro akurat w tej dziedzinie Polacy niezmiennie wykazują się wrodzonym antytalentem. Budując coś, co przy odrobinie dobrej woli można nazwać karykaturą państwa. I są z niej szczerze dumni.
Ustrój jedyny w swoim rodzaju
Zazwyczaj na mocarstwo wyrasta państwo posiadające taki model ustrojowy, który gwarantuje skuteczne działanie władzy wykonawczej. Gdy zaś jednocześnie potrafi nad władzą wykonawczą ustanowić rzeczywisty nadzór władzy ustawodawczej, wówczas ma szansę stabilnie funkcjonować przez kilka stuleci. Czego dobrym przykładem są Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Rzeczpospolita w XVI wieku była już mocarstwem regionalnym, posiadającym wszelkie atrybuty potrzebne do zachowania swojej pozycji jeszcze bardzo długo. Jednak rządzące elity wprowadzały reformy ustrojowe nie po to, żeby państwo funkcjonowało sprawniej, lecz dla osiągnięcia doraźnego celu politycznego. Na sejmie konwokacyjnym, po śmierci ostatniego władcy z dynastii Jagiellonów, ustalono, że kolejni królowie będą wybierani w sposób demokratyczny. Głosować mógł każdy szlachcic, który pofatygował się na miejsce wolnej elekcji. To zapewniało członkom stanu szlacheckiego poczucie równości oraz współdecydowania w najważniejszych kwestiach. Choć w praktyce o wszystkim i tak rozstrzygali najbardziej wpływowi przywódcy stronnictw politycznych. Jak sądzono, dzięki temu na tron trafi osoba, która zagwarantuje elitom rządzącym i krajowi najwięcej korzyści. Dlatego w kwietniu 1573 r. szlachta królem ogłosiła Henryka Walezego, co uznano za genialne posunięcie polityczne. Polacy i Litwini potrzebowali sojusznika w wojnie z Moskwą, zdolnego jednocześnie zabezpieczyć południową granicę Rzeczypospolitej przed zakusami Habsburgów oraz Turcji. To wszystko miał gwarantować brat króla Francji. Kalkulacja wydawała się trafna. Francuzi szachowali poczynania Habsburgów w Europie. Utrzymywali też bardzo przyjazne relacje z muzułmańską Turcją. Polscy politycy postanowili więc pójść na całość. W zamian za tron Henryk i jego brat król Karol IX musieli podpisać pacta conventa. W dokumencie tym zobowiązywali się m.in. do dostarczenia przez Francję czterotysięcznego korpusu sformowanego z najlepszej gaskońskiej piechoty na wojnę z Moskwą oraz wysłania na Bałtyk eskadry okrętów wojennych. Francja godziła się też oddać polskim kupcom jeden z portów, by mogli handlować z Nowym Światem (tak nazywano Amerykę), a także wpłacać do skarbu w Krakowie co roku 450 tys. florenów w złocie. Na dokładkę młody król musiał poślubić starszą od siebie o 30 lat Annę Jagiellonkę, siostrę Zygmunta Augusta - ostatniego władcy z dynastii Jagiellonów. Skoro Henryk Walezy i tak gustował w przystojnych młodzieńcach, uznano takie małżeństwo za niezbyt wielkie poświęcenie. Transakcja doszła do skutku jedynie dlatego, że Katarzyna Medycejska za wszelką cenę chciała zapewnić synowi posadę króla. Nie zajmował jej długo, bo ledwie 146 dni. Gdy tylko z Paryża nadeszła wiadomość, że Karol IX nie żyje, Henryk zwiał z Polski, by zająć tron po bracie. Ten dzwonek ostrzegawczy nie rozbrzmiał jednak w uszach ówczesnych posłów i senatorów wystarczająco głośno.
Skrojony na doraźne korzyści polityczne ustrój zdegenerował się w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat. Wybór Zygmunta III Wazy na króla Rzeczypospolitej miał zapewnić trwały sojusz ze Szwecją przeciw Rosji. Zapoczątkował kilkadziesiąt lat wojen ze Szwedami o Inflanty, koronę Wazów, wpływy nad Bałtykiem. Ostateczną jednak klęskę przyniosła równoczesna zapaść władzy ustawodawczej. Rzeczą logiczną było, że króla kontraktowego musi nadzorować silny parlament. Podejmujący decyzje jednomyślnie, żeby cały stan szlachecki nie stracił do niego zaufania. Naiwne założenia przyniosły liberum veto umożliwiające od połowy XVII w. pojedynczemu posłowi zrywanie obrad Sejmu. Często po wzięciu łapówki od chcącego pozostać w cieniu magnata lub zagranicznego dyplomaty. Podobnie rzecz się miała z wyborem kolejnych królów. Przed elekcją przywódców stronnictw szlacheckich kupowali posłowie z Paryża, Berlina lub Wiednia. Tak groteskowo rządzone państwo musiało upaść, gdy sąsiedzi urośli w siłę.
Rozbiory przyniosły Polakom wiele bolesnych doświadczeń, więc odzyskanie niepodległości w 1918 r. przyjęli euforycznie. Za swoją ojczyznę chcieli walczyć i umierać. Gorzej przedstawiała się sprawa wyciągania wniosków z dawnych błędów. Przygotowujący konstytucję politycy zakładali, iż pierwszym prezydentem II Rzeczypospolitej na pewno zostanie Józef Piłsudski. Co, zwłaszcza dla środowisk endeckich, stanowiło rzecz ciężką do przełknięcia. Zadbano więc, by przyjęta w marcu 1921 r. konstytucja nie dawała prezydentowi możliwości wnoszenia projektów ustaw, prawa wetowania uchwał parlamentu ani innej realnej władzy. Wybierana przez Zgromadzenie Narodowe na siedmioletnią kadencję głowa państwa jedynie pośredniczyła w sporach pomiędzy partiami, ewentualnie pomagała tworzyć rząd. Jednocześnie przyjęto proporcjonalną ordynację wyborczą, uniemożliwiającą sformowanie w parlamencie trwałej większości. Widząc, co się święci, Piłsudski odmówił kandydowania na prezydenta. Pechowy zwycięzca Gabriel Narutowicz został zastrzelony po trzech dniach urzędowania. Ostatecznie od listopada 1918 r. do maja 1926 r. kierowało Polską 14 rządów, które upadały jeszcze nim ludzie zdążyli się do nich przyzwyczaić. Nieustanny brak stabilności politycznej powodował, że obywatele szczerze znienawidzili ustrój polityczny II RP, a przy okazji kojarzoną z nim demokrację. "Niektóre stronnictwa sejmowe, jak też i rząd ostatni robił wszystko, aby sejm skompromitować, co się im też wreszcie udało" - oceniał na łamach broszury pt. "Czasy i ludzie" w lutym 1926 r. były premier Wincenty Witos. Zaś miesięcznik "Droga" nazywał elity polityczne "zdemoralizowaną hałastrą".
Coraz więcej osób domagało się więc od Piłsudskiego, by zrobił w kraju porządek. Tak też się stało. Po zamachu stanu, na polecenie marszałka, Sejm znowelizował konstytucję, dając ogromną władzę prezydentowi. Mógł on wydawać dekrety z mocą ustawy, a nawet rozwiązać parlament. Po czym Piłsudski nie przyjął urzędu i prezydentem uczynił bezwolnego figuranta.
"Mościcki rozpływał się w Piłsudskim, unicestwił się w religijnym jakimś oddaniu i nie ma mowy o tym, by mógł być dla niego głosem krytycznym - nie mówię już o tym, żeby mu się w razie potrzeby przeciwstawił" - zapisał w pamiętniku marszałek Sejmu Maciej Rataj. A zwykli ludzie mawiali o prezydencie: "Tyle znaczy co Ignacy, a Ignacy g... znaczy". To raczej nie służyło umacnianiu autorytetu państwa, którym z "tylnego siedzenia" kierował Piłsudski.
Stare przysłowie mówi, że do trzech razy sztuka. Ale ta reguła w Polsce raczej nie obowiązuje. W III RP nową konstytucję przyjęto w 1997 r. Określiła ona, że prezydent jest wybierany w powszechnych wyborach. Co daje mu społeczny mandat do sprawowania władzy większy niż którejkolwiek partii politycznej. Ta sama konstytucja uniemożliwia mu realne rządzenie, pozwalając jednocześnie dość skutecznie paraliżować prace Rady Ministrów dzięki vetu lub kierowaniu ustaw do Trybunału Konstytucyjnego. Czym to pachnie, pokazała już "szorstka przyjaźń" Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem. Choć było to zaledwie preludium do wojny podjazdowej stoczonej przez Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim. Obaj wszczęli walkę o kluczowe kwestie w polityce wewnętrznej i zagranicznej, a prowadzili ją nawet o pojedyncze krzesła na unijnych szczytach w Brukseli. Powtórkę z rozrywki obecny ustrój polityczny może zafundować Polakom już za kilka miesięcy, jeśli wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski, a parlamentarne PiS. Acz będzie jeszcze zabawniej, bo tradycyjna wojna polsko-polska może trwać równolegle z tą prawdziwą, tuż za wschodnimi granicami.
Bezprawie i niesprawiedliwość
Od czasów Imperium Rzymskiego wiadomo, że państwa trwają stabilnie przez stulecia, jeśli przestrzega się w nich zasady "dura lex, sed lex". Znów kłaniają się tu przykłady Wielkiej Brytanii czy USA. W Rzeczypospolitej szlacheckiej mało kto miał złudzenia, iż surowe prawo musi obowiązywać wszystkich. W połowie XVI w. ukuto rodzimą zasadę o treści: "Prawo jest jak pajęczyna: bąk się przebije, a na muchę wina". Przez następne stulecia tęsknota Polaków za sprawiedliwością miała nieco schizofreniczny posmak. Z jednej strony nieustannie o niej marzyli, a jednocześnie biernie akceptowali fakt, iż prawa przestrzegać muszą jedynie słabi.
Będący u szczytu kariery politycznej kanclerz Jan Zamoyski w listopadzie 1587 r. uniemożliwił przejęcie polskiego tronu przez pretendującego doń arcyksięcia Maksymiliana Habsburga. Podczas starcia o Kraków kanclerz nabrał podejrzeń, że zamieszkiwana przez niemieckich rzemieślników dzielnica Garbary może przejść na stronę Habsburgów. Nakazał więc żołnierzom, by prewencyjnie zlikwidowali mieszkańców. Po rzezi z rzeki Rudawy wydobyto potem 1564 zwłoki. I choć zamordowano poddanych polskiego króla, z których większość od pokoleń mieszkała w Krakowie, aferę zatuszowano. Kanclerz Zamojski był zbyt wpływowym politykiem, by jakikolwiek sąd ośmielił się go sądzić. Podobną bezkarnością mogli już sto lat później cieszyć się wszyscy magnaci. Nawet jeśli dopuszczali się zdrady ojczyzny. Bogusław Radziwiłł podczas potopu wiernie służył Szwedom przez trzy lata. Ale że był blisko spokrewniony z elektorem brandenburskim, gdy Polska podpisała z Brandenburgią traktat w 1657 r., Bogusław uzyskał na jego mocy ułaskawienie. Musiał jedynie przeprosić króla Jana Kazimierza za błędy z przeszłości. W następnym stuleciu inny członek potężnego rodu Karol Stanisław Radziwiłł, nazywany ze względu na stale powtarzane powiedzenie "Panie Kochanku", w czasach młodości zasłynął najazdami na dobra sąsiadów kończącymi życie wielu z nich. Wreszcie szlachta na Litwie zawiązała konfederację generalną, a Radziwiłła ogłoszono wrogiem ojczyzny, po czym skazano na konfiskatę majątku i banicję. Cóż z tego, skoro "Panie Kochanku" przyjaźnił się z ambasadorem rosyjskim Nikołajem Repinem. Po interwencji dyplomaty wyrok anulowano i ogromne dobra wróciły do właściciela. W tym samym czasie zwykłych morderców sądy skazywały na okrutne kaźnie.
Tradycyjny podział na "muchy" i "bąki" utrzymany został w II Rzeczypospolitej. Po zaborcach Polska odziedziczyła sprawnie działający system sądowniczy, potrafiący egzekwować wyroki (coś nie do pomyślenia w czasach przedrozbiorowych). Nauczono się też uchwalać dobre prawo. Ale respektowano je tak jak zwykle.
"Źródło kryzysu jest natury moralnej. Polega ono na rozpanoszeniu się w życiu naszym publicznym i państwowym: brudu, korupcji i wszelkich postaci złodziejstwa, na bezkarności, które one się cieszą i datują się od zamordowania prezydenta Narutowicza" - przekonywał czytelników miesięcznik "Droga" na początku 1926 r. Po zamachu stanu dokonanym przez Piłsudskiego niewiele się poprawiło. Jedynie trochę zmienił się skład grupy nietykalnych.
Gdy w 1927 r. lotnik kpt. Stefan Pawlikowski zastrzelił w Warszawie taksówkarza, bo ten zbyt blisko przejechał obok niego samochodem i ochlapał pewną damę, sąd wlepił mu trzy lata więzienia. Co uznano za surowy wyrok, bo osoby noszące mundur w II RP były praktycznie nietykalne. Jeszcze bardziej ponad prawem znajdowali się politycy z obozu władzy. Gdy wyszło na jaw, że minister skarbu Gabriel Czechowicz wyprowadził z budżetu państwa 8 mln zł na kampanię wyborczą utworzonego przez sanację Bezpartyjnego Bloku Wspierania Rządu, stracił jedynie stanowisko. Trybunał Stanu uchylił się bowiem od rozpatrzenia oskarżenia wniesionego przez opozycję. Zaufany człowiek Piłsudskiego płk. Wacław Kostek-Biernacki latem 1930 r. został w Brześciu nad Bugiem dowódcą specjalnego oddziału w wojskowym więzieniu śledczym, gdzie z zapałem nadzorował torturowanie osadzonych tam przywódców partii opozycyjnych. Sprawa stała się na tyle głośna i bulwersująca, że inni oficerowie przestali podawać mu rękę, zaś żonę pułkownika Annę Biernacką dotknął ostracyzm towarzyski. Ale pomimo ewidentnego łamania prawa przez Kostka-Biernackiego jedyna kara, jaka go spotkała, to mianowanie w 1931 r. wojewodą nowogródzkim.
Bezkarność ludzi władzy jest też jednym ze znaków rozpoznawczych III RP. Pomimo zmiany ustroju nigdy na poważnie nie próbowano wymierzyć sprawiedliwości osobom odpowiedzialnym za śmierć robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. czy jeszcze większą liczbę ofiar z czasów stanu wojennego. Nieśmiałe próby zwyczajnego egzekwowania prawa przedstawiano jako zemstę polityczną. Notabene również na co dzień egzekucja prawa w Polsce przypomina heroiczne zmagania z niemożliwym. Zarówno na poziomie wielkich afer gospodarczych, jak choćby Amber Gold, jak i ukarania pirata drogowego urządzającego sobie regularne rajdy ulicami Warszawy. Za każdym razem okazuje się, że państwo polskie nie jest zdolne dać obywatelom nadziei choć na namiastkę sprawiedliwości.
Zwarci, ale niegotowi
Ogromna, bo mająca w czasach świetności niemal milion kilometrów kwadratowych powierzchni, Rzeczpospolita nigdy nie potrafiła stworzyć armii mogącej swoją siłą zniechęcać wroga do najazdu. W dużej mierze uniemożliwiał to system polityczny. Gdyby elekcyjny król dysponował liczną armią zawodową, mógł ulec pokusie, żeby przemocą wzmocnić swoją władzę. Przedstawiciele stanu szlacheckiego dbali więc w parlamencie o to, żeby w skarbcu koronnym funduszy starczało na armię zawodową liczącą nie więcej niż 17 tys. żołnierzy. Wprawdzie bitnych i znakomicie dowodzonych, jednak ze względu na liczebność niezdolnych do przeprowadzenia zamachu stanu ani podboju krajów ościennych. Natomiast w razie zagrożenia najazdem granic miało bronić szlacheckie pospolite ruszenie. Ale już w XVI w. okazało się, iż potomkowie rycerzy spod Grunwaldu, zajmujący się na co dzień doglądaniem folwarków, niespecjalnie radzą sobie na polu bitwy. Przez następne dwa stulecia usiłowano więc kimś ich zastąpić. Z inicjatywy króla Stefana Batorego utworzono piechotę wybraniecką. We wsiach królewskich z każdych 20 łanów (czyli okręgu ziemskiego) powoływano poborowego, który w zamian za służbę otrzymywał zwolnienie ze swoich powinności. Po pierwszym poborze w 1579 r. udało się sformować jednostkę liczącą 614 marnych żołnierzy. Przez następne dziesięciolecia chłopi masowo uchylali się od służby wojskowej, przekupując prowadzących pobór oficerów. Mimo to piechota wybraniecka istniała aż do 1726 r., choć dowódcy zazwyczaj powierzali jej sypanie wałów, nie mając złudzeń co do wartości bojowej. Gdy w drugiej połowie XVII w. Rzeczpospolita musiała toczyć liczne wojny i zabrakło funduszy na zaciąganie na Zachodzie wojsk najemnych, Sejm powołał do życia wyprawy łanowe lub dymowe. Właściciele prywatnych wsi musieli dostarczyć określoną liczbę ludzi ze swoich ziem. Rekrutów wcielano do oddziałów zaciężnych, gdzie wojennego rzemiosła uczyli się od zawodowców. Tacy żołnierze bili się całkiem dobrze. Gorzej przedstawiała się sprawa poboru. Chłopi uciekali przed nim, a właściciele wsi im pomagali, żeby stracić jak najmniejszą liczbę poddanych.
Pomimo że podczas szwedzkiego potopu Rzeczpospolita o mały włos nie straciła niepodległości, z tej oraz następnych wojen nie wyciągnięto żadnych wniosków. Pod koniec XVII w. ościenne mocarstwa utrzymywały armie liczące w czasach pokoju ok. 100 tys. dobrze wyszkolonych żołnierzy. Polska, jak sto lat wcześniej, miała ich na co dzień kilkanaście tysięcy. Wprost prosząc się z tą ostentacyjną słabością, by ktoś ją najechał, obrabował i zniewolił. Dopiero po pierwszym rozbiorze, gdy w zasadzie było już za późno na odzyskanie suwerenności, przyszło otrzeźwienie. Sejm Czteroletni uchwalił powiększenie armii do 100 tys. żołnierzy. Szło to jednak bardzo opornie i ostatecznie siły zbrojne były o połowę mniejsze. Nic dziwnego, że Rosjanom swojej zbrojnej interwencji nie chciało się nawet nazywać wojną. Gdy 18 maja 1792 r. poseł Jakow Bułhakow wręczał w Warszawie podkanclerzowi Chreptowiczowi notę oficjalnie informującą o wkroczeniu rosyjskich wojsk do Polski, oznajmił uprzejmie: "To nie wojna, ale przyjacielska pomoc udzielona po sąsiedzku". W zaledwie trzy miesiące armia carycy Katarzyny II zakończyła polski sen o niepodległości. I nie zmieniły tego kolejne powstania.
Dlatego w II Rzeczypospolitej miało być zupełnie inaczej. Dbano więc, by armia posiadała wysokie morale, rekruci chcieli w niej służyć, a mundur cieszył się wielkim szacunkiem społecznym. Cóż z tego, skoro przed wybuchem wojny decydującej o losach kraju przy podejmowaniu strategicznych decyzji popełniono wszelkie możliwe błędy. Przewidując, że w Europie zmiana układu sił jest nieuchronna, od 1936 r. Polska wygospodarowała ogromne sumy na zwiększenie potencjału obronnego. W zaledwie trzy lata wydano na to 4 mld zł, czyli więcej niż jeden całoroczny budżet państwa. Ale połowę tej kwoty zainwestowano w budowę fabryk zbrojeniowych, które zaczęły produkować wyposażenie militarne dosłownie tuż przed niemiecką inwazją. A po kilku dniach walk wpadły w ręce wroga. Poskąpiono natomiast środków na zwiększenie produkcji znakomitych czołgów 7TP i przezbrojenie lotnictwa myśliwskiego w nowocześniejsze maszyny. Choć takowe - PZL P.24 - produkowano na eksport. Zainwestowano za to duże fundusze w rozbudowę nowoczesnego lotnictwa bombowego, które podczas kampanii wrześniowej zupełnie się nie przydało. Niemal do ostatniej chwili naczelny wódz marszałek Rydz-Śmigły zwlekał z opracowaniem szczegółowych planów obrony przed inwazją III Rzeszy. Zaczęto je przygotowywać dopiero wiosną 1939 r. i na dopracowanie szczegółów zabrakło czasu. Najfatalniej jednak wyglądał dobór wysokiej kadry dowódczej. Po rozpoczęciu inwazji przez III Rzeszę z generałów dowodzących poszczególnymi armiami jedynie gen. Tadeusz Kutrzeba potrafił zachować kontrolę nad podległymi mu jednostkami przez kilkanaście dni. Inni stracili ją w pierwszym tygodniu wojny. A gen. Juliusz Rómmel po prostu porzucił swoją amię "Łódź" powstrzymującą niemieckie natarcie na Warszawę. Nie lepiej pracował Sztab Generalny. Żołnierze i młodsi oficerowie bili się bohatersko, lecz wysoka kadra dowódcza okazała się fatalnej jakości. Było to jedynie konsekwencją prowadzonej wcześniej polityki personalnej.
Błędy przodków ponoć czegoś uczą, ale raczej nie przywódców III RP. W zeszłotygodniowym wystąpieniu w Sejmie wiceminister obrony Maciej Jankowski uspokajał posłów, iż armia podoła wszelkim wezwaniom. Wszak na 48 tys. szeregowych przypada aż 23,6 tys. oficerów, ma więc kto dowodzić żołnierzami. Podobnie zabawne wydaje się to, że siły zbrojne oferują 120 tys. etatów, zaś realnie do boju zdolnych jest - wedle byłego wiceministra obrony narodowej gen. Waldemara Skrzypczaka - jakieś 17 tys. żołnierzy. Cyfra ta dość mocno przywodzi na myśl skojarzenia z XVII wiekiem. I nawet Narodowe Siły Rezerwowe w obecnym kształcie, podobnie jak niegdyś piechota wybraniecka, nadają się co najwyżej do kopania rowów (w dzisiejszych realiach - przeciwczołgowych).
Tak więc obserwowanie kolejnej próby zbudowania przez Polaków silnego państwa prowadzi do konstatacji, iż cała nadzieja w Matce Boskiej, która znów nas obroni - jak w sierpniu 1920 r. Choć pozostaje pewne niepokojące pytanie, czym była tak zajęta we wrześniu 19 lat później.
W Rzeczypospolitej szlacheckiej mało kto miał złudzenia, iż surowe prawo musi obowiązywać wszystkich. W połowie XVI w. ukuto rodzimą zasadę o treści: "Prawo jest jak pajęczyna: bąk się przebije, a na muchę wina"
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.000001800.801.jpg@RY2@
Laski Diffusion/East News
W II RP dbano, by armia posiadała wysokie morale, rekruci chcieli w niej służyć, a mundur cieszył się szacunkiem społecznym. Cóż z tego, skoro przy podejmowaniu strategicznych decyzji popełniono wszystkie możliwe błędy
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu