Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Narodziny i zmierzch legendy

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 24 minuty

Hipolit Cegielski karierę przemysłowca rozpoczynał w stylu Kruppa, Morgana czy Rockefellera. Ale ich koncerny do dziś kształtują gospodarczą mapę świata, po Polaku może zaś pozostać jedynie pamięć dawnej świetności

Wszystko wskazuje na to, że pomimo wysiłków Ministerstwa Skarbu Państwa nie uda się w tym roku sprzedać akcji spółki H. Cegielski - Poznań SA. Wprawdzie stara się je kupić fundusz inwestycyjny TJD, należący do jednego z najbogatszych Polaków Tomasza Domagały, jednak w ostatniej chwili ministerstwo odstąpiło od transakcji. Resztce po niegdyś potężnym koncernie, która daje zatrudnienie ok. 550 ludziom, pozostaje więc czekanie na cud i trwanie. Dwusetnych urodzin założyciela udało się w tym roku doczekać, do 160. rocznicy powstania zakłady mogą jednak już nie dotrwać.

Nauczyciel z powołania

"Na środku drogi nie lubię stać, nie lubię się też dać wyprzedzić, bo podobno kto stoi, ten się cofa" - pisał w 1855 r. Gaspar Józef Hipolit Cegielski do swojego przyjaciela, oficera artylerii, dziennikarza i pisarza Władysława Bentkowskiego. "A należę do tych, co jak sobie coś w głowę wbiją, to spać nie mogą, chorują, aż skutek ujrzą, choćby go żałowali" - dodawał, informując, iż zamierza założyć fabryczkę produkującą urządzenia mechaniczne, konkurencyjną dla wytwórni niemieckiego przemysłowca Mögelina.

Zamiar ten wydawał się aż nadto szaleńczy, ponieważ doktor filozofii Hipolit Cegielski wcześniej z przemysłem nie miał zbyt wiele wspólnego. Na korzyść ambitnego Polaka przemawiało jedynie to, że przez całe życie wszystko zdobywał dzięki uporowi i ciężkiej pracy. Z przeciwnościami losu musiał radzić sobie już w dzieciństwie. Jego ojciec Michał Cegielski, choć mógł pochwalić się znamienitymi przodkami, utracił cały ziemski majątek i żył na garnuszku u krewnych w Królestwie Polskim. Na matkę Józefę z Palkowskich spadł obowiązek utrzymania i wychowania szóstki dzieci, co było dla jej zdrowia zbyt wielkim obciążeniem. Zmarła w 1830 r., kiedy siedemnastoletni Hipolit Cegielski rozpoczynał naukę w III klasie Gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Edukacji nie przerwał, a na swoje utrzymanie zarabiał, udzielając korepetycji młodszym kolegom z bogatych domów. Dzięki temu poznawał ich wpływowych rodziców, m.in. naczelnego prezesa Wielkiego Księstwa Poznańskiego Eduarda Heinricha Flottwella oraz dowódcę poznańskiego garnizonu Karla Grollmanna. Obu Niemcom spodobał się młody, zdeterminowany, aby odnieść sukces, Polak. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do wielu kolegów i nauczycieli w listopadzie 1830 r. nie przekradł się przez granicę z zaborem rosyjskim, aby wziąć udział w powstaniu, lecz wybrał naukę. Zyskał tym sobie we Flottwellu oddanego protektora. Kiedy pięć lat później u coraz gorzej się czującego Cegielskiego lekarz zdiagnozował febrę gastryczną, prezes Wielkiego Księstwa Poznańskiego załatwił młodzieńcowi pobyt sanatoryjny w Szczawnie, a wkrótce potem stypendium rządowe dla zdolnych uczniów na studia w Berlinie.

Cegielski miał szczęście do ludzi pragnących go wspierać. Funkcję jego drugiego anioła stróża wziął na siebie pochodzący z Francji nauczyciel w Gimnazjum św. Marii Magdaleny Jan Motty. Wielokrotnie gościł Polaka, potem zaś zgodził się, by ten zamieszkał podczas studiów z jego synem Marcelem w Berlinie. Nie minęło wiele czasu i Hipolit podbił także serce panny Walentyny Motty. Ale nim ją poślubił, z powodzeniem kontynuował naukę na Uniwersytecie Berlińskim. Pasją Cegielskiego okazały się językoznawstwo i filozofia. Praca badacza bardzo mu odpowiadała, podobnie jak pisanie rozpraw naukowych. W międzyczasie, choć otrzymywał rządowe stypendium, musiał dorabiać korepetycjami. Udzielał ich dzieciom ze znamienitych rodów, m.in. Wandzie Radziwiłł i księciu Augustowi Sułkowskiemu.

Studia zakończył w styczniu 1840 r. obroną rozprawy doktorskiej z gramatyki filozoficznej i porównawczej "De negatione" ("O przeczeniu"). Jednak na berlińskiej uczelni nie znalazło się dla Polaka miejsce, wrócił więc do Poznania i tam zdał egzamin nauczycielski, uzyskując prawo do nauczania łaciny, greki, języka niemieckiego, a w klasach niższych historii i geografii. Na posadę przyjął go dobrze znający możliwości intelektualne byłego ucznia dyrektor Gimnazjum św. Marii Magdaleny Jakub Prabucki. W sporządzonej o nauczycielu notatce dyrektor zaznaczał, iż jest to człek "obowiązkowy i punktualny w służbie, w użyciu dyscypliny (kijka do bicia - red.) dość zręczny, stąd przez uczniów szanowany".

Stałe zatrudnienie pozwoliło Hipolitowi oświadczyć się Walentynie Motty, choć nadal nie zyskał stabilności finansowej, musząc spłacać długi zarówno własne, jak i te zaciągnięte jeszcze przez ojca. Dlatego otworzył stancję dla uczniów z rodzin ziemiańskich, oferując im przy okazji płatne korepetycje. Jednocześnie znajdował czas na pisanie rozpraw naukowych, podręcznika "Nauka poezji", w którym promował polskich poetów, oraz zamieszczanie artykułów w "Gazecie Wielkiego Księstwa Poznańskiego". Pracowitość i obrotność nie przekładały się na sukces finansowy, dopóki Niemcy znów nie zatroszczyli się o przyszłość Cegielskiego.

Na co stać filozofa

Grupy spiskowców po długich przygotowaniach zaplanowały na wiosnę 1846 r. początek równoczesnych powstań na całym obszarze ziem dawnej Rzeczypospolitej. Chciano walczyć jednocześnie z trzema zaborcami. W praktyce rebelia wybuchła jedynie w Krakowie. Z kolei w Poznaniu pruska policja okazała się bardzo sprawna i ujęła przygotowujących narodowy zryw Karola Libelta oraz Ludwika Mierosławskiego. Obu aresztowano, zaś pozostali na wolności konspiratorzy odwołali powstanie. Ale młodzież, m.in. z Gimnazjum św. Marii Magdaleny, próbowała odbić niedoszłych wodzów rebelii z aresztu. W efekcie wielu uczniów trafiło za kratki. Naczelny prezes Wielkiego Księstwa Poznańskiego Moritz Beurmann nakazał wówczas pedagogom przeprowadzenie rewizji na stancjach uczniowskich. Cegielski, choć zdawał sobie sprawę z możliwych konsekwencji, stanowczo odmówił wykonania polecenia. "Moja misja nauczycielska, przywiązanie do uczniów tudzież zaufanie młodzieży polskiej w stosunku do mnie doszczętnie zostałyby zniweczone, jeśliby uczniowie ujrzeli mnie w mieszkaniach swoich nie jako przyjaciela, ale jako wroga, jako tego, co przychodzi denuncjować i wydawać w ręce policji", napisał potem w oświadczeniu przesłanym do pruskiego Ministerstwa Oświaty. Za niesubordynację prezes Wielkiego Księstwa natychmiast usunął go ze szkoły i wydał zakaz wykonywania zawodu nauczyciela. W przekazanym do Berlina wyjaśnieniu tej decyzji zapisano, iż "urzędnik, który swoje poczucie honoru pojmuje tak, że pozwala mu górować nad poczuciem obowiązku, nie powinien piastować tak odpowiedzialnego stanowiska, jakie mu zostało powierzone".

To zmusiło Hipolita Cegielskiego do dokonania prawdziwej rewolucji w swoim życiu. Przy czym bilans otwarcia nie przedstawiał się budująco. Miał 33 lata, spore długi, czteroletnią córkę Karolinę, a na utrzymaniu żonę, która - jak oględnie wówczas opisywano - cierpiała na "melancholię i hipochondrię", najchętniej spędzając czas w uzdrowiskach. Co gorsza nie mógł wykonywać zawodu, który wydawał się jego powołaniem. Na szczęście miał też oddanych przyjaciół, namawiających go, aby zajął się handlem.

Do zmiany profesji Cegielski zabrał się z typową dla siebie systematycznością i wedle wcześniej opracowanego planu. Najpierw pojechał do Berlina, gdzie załatwił sobie siedmiotygodniową praktykę w zajmującej się handlem narzędziami i maszynami rolniczymi firmie Jakub Ravene-Söhne. Po jej zakończeniu pożyczył od trójki przyjaciół - ziemianina Jana Suchorzewskiego, Macieja Mielżyńskiego oraz organizatora Biblioteki Raczyńskich Józefa Łukaszewicza - 4 tys. talarów, dzięki którym otworzył w październiku 1846 r. sklep o dość banalnej nazwie Handel Żelaza. Interesy wkrótce całkowicie go pochłonęły, a brak gotówki i przewagę konkurencji starał się nadrobić operatywnością. "Kapitałami przewraca, szachruje, ciekawe, jak się z tego wywinie" - biadoliła w styczniu 1848 r. teściowa Cegielskiego Apolonia Motty w liście do swojego syna Marcelego, wróżąc zięciowi rychły pobyt w więzieniu. Ale ten okazał się obrotnym kupcem. Dzięki wprowadzeniu sprzedaży komisowej oraz dostawy towaru do domu klienta doprowadził do tego, że sklep zaczął przynosić spory zysk.

Pomysł, żeby sprzedawać w znanej z produkcji rolnej Wielkopolsce pługi, sieczkarnie, siewniki i inne urządzenia przydatne do uprawy ziemi, był strzałem w dziesiątkę. Cegielski triumfował, choć pruskie władze traktowały go nieufnie, gotowe do karania za każdy objaw nielojalności. Dlatego kiedy w 1848 r. zaczęła się w Europie Wiosna Ludów, zabroniono sklepowi Handel Żelaza sprzedaży kos, bojąc się, iż Polacy znów użyją tego narzędzia jako broni przeciw zaborcy. Ale każde obostrzenie prawne ograniczające dochód dawało się obejść. Wystarczyło otworzyć warsztat, w którym kilkunastu robotników reperowało dostarczane przez chłopów narzędzia i maszyny. Co okazało się kolejnym trafionym pomysłem i natchnęło Cegielskiego ideą stworzenia własnej fabryki. Choć w warsztacie kuto też radła i pługi, Hipolitowi to nie wystarczało. Zwłaszcza że w Poznaniu niemieccy inwestorzy zbudowali wytwórnię sprzętu rolniczego, dostrzegając, iż Wielkopolska pod względem mechanizacji produkcji rolnej słusznie uchodziła za najbardziej zacofaną prowincję Prus. To dawało nadzieję na duży rynek zbytu.

Rozumiejąc, że musi się spieszyć, Cegielski kupił w Berlinie maszynę parową o mocy 10 koni mechanicznych, zdolną zasilać pięć obrabiarek żelaza. Przygotował też kuźnię i warsztat stolarski, po czym ogłosił w 1855 r. na łamach czasopisma "Ziemianin": "Rozpocząłem z dniem dzisiejszym na własną rękę i na własny mój rachunek fabrykę machin i narzędzi rolniczych".

O krok od potęgi

Karierę fabrykanta Hipolit Cegielski zaczynał w stylu, jaki potem przyniósł sukcesy Japończykom, Koreańczykom, a ostatnio Chińczykom. Najpierw uważnie przyglądał się temu, co produkują firmy od dawna obecne na rynku. Studiował katalogi, kupował i testował znane wyroby, a potem kopiował, starając się jednocześnie udoskonalić. Pierwsze młockarnie, żniwiarki oraz siewniki własnej produkcji dawał na próbę zaprzyjaźnionym ziemianom, aby ci mogli zasugerować usprawnienia. Dzięki temu urządzenia z fabryki Cegielskiego szybko zaczęły wyróżniać się wysoką jakością, co z kolei wzbudzało zainteresowanie nabywców nie tylko w Wielkopolsce, ale też w Prusach Zachodnich, Galicji i na terenie zaboru rosyjskiego.

Rozwój firmy następował błyskawicznie. Chcąc zwiększyć produkcję, Cegielski w 1858 r. kupił na obrzeżach Poznania dwuhektarową parcelę. Rok później działała już tam odlewnia posiadająca cztery piece, a w pobliżu niej wznoszono fabryczne hale. Na prowadzenie inwestycji z takim rozmachem udało mu się uzyskać kredyty od grupy polskich ziemian, widzących w Hipolicie ekonomicznego przywódcę, który może odmienić Wielkopolskę. Tym bardziej że coraz aktywniej angażował się on w działalność społeczną i filantropijną. Wspierał także polską prasę, zajmując się m.in. redagowaniem i wydawaniem "Gazety Polskiej", a następnie "Dziennika Poznańskiego", promującego idee solidaryzmu oraz pracy organicznej.

O Polaku odnoszącym sukcesy na niwie gospodarczej robiło się coraz głośniej także poza Wielkopolską. Tamten okres życia Cegielskiego zapewne można by uznać za najlepszy, gdyby nie śmierć żony w 1859 r. Czas żałoby nie przeszkodził Hipolitowi w nadzorowaniu rozbudowy fabryki. Czwórką dzieci zaopiekowała się teściowa Apolonia Motty.

Rok później gotowa była już kuźnia, a w innych halach kompletowano park maszynowy. Konkurowanie z niemieckimi przemysłowcami zarządzającymi w owym czasie najnowocześniejszymi fabrykami w świecie zmuszało Polaka do ciągłych inwestycji. Aż wreszcie sam zdobył pozycję wytwórcy najnowocześniejszego sprzętu. Zimowym popołudniem w centrum Poznania Cegielski zaprezentował widzom szczytowy wytwór ówczesnej myśli technicznej, parowy automobil, zdolny pracować jako ciągnik. Wedle doniesień "Dziennika Poznańskiego" z 14 stycznia 1864 r. pojazd bez problemu przemieszczał się ulicami miasta "z łatwością największą wykonując zwroty i zwyciężając przeszkody zwykłe różnego rodzaju, mianowicie bardzo znaczną pochyłość ulicy Podgórnej". Parowe ciągniki wkrótce stały się jednym z flagowych produktów zakładów H. Cegielski. W tym czasie przedsiębiorstwo zatrudniało 300 ludzi i cieszyło się opinią najlepszego miejsca pracy dla robotników w Wielkopolsce. Za główny jego atut uznawano jakość wyrobów i zdolność do budowania skomplikowanych pojedynczych machin na specjalne zamówienie wymagających klientów.

Swoją firmę Cegielski stopniowo obudowywał innymi instytucjami. Współtworzył Bank Przemysłowców kredytujący polskich inwestorów, został prezesem Centralnego Towarzystwa Gospodarczego fundującego szkoły rolnicze i biblioteki. Wszystko układało się znakomicie, kiedy pod koniec listopada 1868 r., nie zważając na deszczową pogodę, nadzorował rozbudowę fabryki. Przeziębienie szybko przeszło w zapalenie płuc i 30 listopada legendarny już przemysłowiec zmarł, mając zaledwie 55 lat.

Marka, która zobowiązuje

Dla Cegielskiego rzeczą oczywistą było, że po jego śmierci kierowanie fabryką przejmie jedyny syn Stefan. Jednak nie spodziewał się, iż stać by się to miało tak szybko. Dziedzic firmy liczył sobie dopiero 16 lat, zarządzanie przedsiębiorstwem wziął więc na siebie przyjaciel Hipolita Władysław Bentkowski. Zmiana kierownictwa następowała w najgorszym momencie. Rozbudowa fabryki wymusiła zaciągnięcie sporych długów, a dochody miały wzrosnąć dopiero w przyszłości. Brak przebojowego szefa, który był jednocześnie wizjonerem, stał się boleśnie odczuwalny. Przez następną dekadę w firmie panował zastój, a dynamiczny rozwój zastąpiono minimalistyczną chęcią przetrwania. Kiedy 1 lipca 1880 r. Bentkowski oficjalnie oddawał zarząd nad fabryką Stefanowi Cegielskiemu, nadal zatrudniała ona 300 robotników i wytwarzała podobny jak przed laty sprzęt.

Tymczasem młodego Cegielskiego od profesji fabrykanta bardziej pociągała działalność publiczna. Zdobył mandat posła do parlamentu Rzeszy, a potem został deputowanym do sejmu pruskiego. Jego działalność na niwie społecznej prezentowała się chwalebnie, lecz jednej z nielicznych polskich fabryk w Poznaniu zaczęło grozić bankructwo. Wykupienie jej proponowali nawet niemieccy przemysłowcy, lecz Stefan Cegielski, ze względu na legendę ojca, uparcie odmawiał. Wreszcie za namową znanego społecznika, przywódcy Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych księdza Piotra Wawrzyniaka w maju 1899 r. przekształcił firmę w towarzystwo akcyjne. Nowa nazwa spółki brzmiała: H. Cegielski Towarzystwo Akcyjne w Poznaniu. Dzięki wsparciu Banku Związku Spółek Zarobkowych i inwestorom udało się ustabilizować sytuację fabryki, a nawet ją rozbudować. Potem I wojna światowa przyniosła wprowadzenie do produkcji nowych wyrobów, jak np. wagony zamawiane przez niemiecką armię. Tak, w całkiem dobrym stanie, spółka dotrwała do odzyskania przez Polskę niepodległości. Dopiero wówczas otworzyły się dla niej naprawdę nieograniczone możliwości.

W II Rzeczypospolitej nie istniało zbyt wiele zakładów przemysłowych dysponujących technologiami na światowym poziomie. Jeśli w 1918 r. poznańska fabryka dawała zatrudnienie 450 osobom, to cztery lata później pracowało w niej prawie 5 tys. ludzi. W pośpiechu musiano uruchamiać dwa nowe oddziały. Stefan Cegielski, umierając w 1921 r., nie zobaczył już najlepszych dla dzieła jego ojca czasów.

Za ekspansją Zakładów Cegielskiego stał polski rząd, który zlecał im kluczowe dla interesu kraju kontrakty. Takie jak zamówienie przez Ministerstwo Kolei w 1923 r. aż 1040 nowoczesnych parowozów. Poznańska firma, posługująca się od tego czasu znakiem towarowym HPC, sukcesywnie zmieniała oferowany asortyment. Już nie maszyny rolnicze, ale parowozy własnej konstrukcji, wagony i kotły parowe przynosiły jej największe zyski. W latach 30. doszły do tego szybkie, samobieżne wagony spalinowe, obsługujące kluczowe trasy, np. z Warszawy do stacji Łodzi Fabrycznej, pokonując je ze średnią prędkością ok. 140 km na godzinę. W 1938 r. filia zakładów HPC w Rzeszowie rozpoczęła produkcję obrabiarek do metalu oraz znakomitych armatek kalibru 37 i 40 mm, na licencji szwedzkiego Boforsa.

Po II wojnie światowej firmę Cegielskiego znacjonalizowano i przemianowano na Zakłady Metalowe im. Józefa Stalina. Jak na ironię losu, to w nich zaczął się bunt poznańskich robotników w czerwcu 1956 r., który tak krwawo stłumiono. Przez następne dekady Zakłady Cegielskiego stanowiły jedno z najważniejszych przedsiębiorstw w PRL, wytwarzające lokomotywy i silniki dla przemysłu stoczniowego, czym zajmowało się ponad 20 tys. robotników. Ta zmiana profilu produkcji przyniosła późniejszą katastrofę. Przez ostatnie dwie dekady PKP nie modernizowały taboru, a przemysł stoczniowy wchodził w coraz głębszy kryzys, by wreszcie w 2009 r., po naciskach Komisji Europejskiej, żądającej jego gruntownej restrukturyzacji, ulec niemal zagładzie. W tym czasie dawne HPC podzielono na kilka spółek, sukcesywnie prywatyzowanych. Ostatnia z nich budzi dziś znikome zainteresowanie inwestorów, władz i mediów, pewnie dlatego że łatwiej jest czcić bohaterów, niż zatroszczyć się o to, by legendarna marka mogła coś jeszcze znaczyć.

"Na środku drogi nie lubię stać, nie lubię się też dać wyprzedzić, bo podobno kto stoi, ten się cofa" - pisał w 1855 r. Gaspar Józef Hipolit Cegielski

@RY1@i02/2013/212/i02.2013.212.000002200.101.jpg@RY2@

Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.