Jak dobrze mieć premiera
Piłsudski ciężką pracę zostawiał innym, a sam "bartlował" rządem, Sejmem i kolejnymi premierami. Czy Donald Tusk nie marzy czasem o tym, żeby wzorem Marszałka urządzić sobie tak wygodne życie?
Niezwykły sierpień roku 1980 odmienił bieg historii Polski. Jednak w najbardziej szalonych snach nikt nie mógł przypuszczać, by miało znaczenie to, iż tamtego lata student Uniwersytetu Gdańskiego Donald Tusk napisał pracę magisterską o narodzinach legendy Piłsudskiego. Dziś ówczesny absolwent historii, po rekordowo długim utrzymywaniu się na stanowisku premiera, przenosi się z polskiej polityki do brukselskiego Sulejówka. Trudno zakładać, żeby znany z zamiłowania do wolnego czasu Tusk zaczął nagle przemęczać się na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Tym bardziej że nie musi. Od grudnia do jego obowiązku będzie należało przewodniczenie obradom Rady, dwa razy w ciągu półrocza, chyba że nadzwyczajna sytuacja wymusi zwołanie dodatkowego szczytu. Potem Tusk musi przesłać stosowne sprawozdanie dla Parlamentu Europejskiego. Jeśli będzie nadgorliwy, to ilekroć François Hollande pokłóci się z Angelą Merkel lub Davidem Cameronem, może krążyć między europejskimi stolicami, aż wymyśli jakiś kompromis. Czasami też wypada przewodniczącemu odwiedzić któreś z państw UE, gdzie wygłasza odczyty i reprezentuje zjednoczonego ducha Unii. Na co dzień zaś zarządza wspierającą go grupą ok. 40 specjalistów w różnych dziedzinach, w tym: czterema kierowcami, trzema sekretarkami oraz trzema lokajami. W sumie daje to możliwości wygospodarowania sobie wolnych chwil, by dowiedzieć się, co nowego w ojczyźnie. Na odchodne Donald Tusk zdecydował, że premierem zastępczym zostanie znana ze swej lojalności Ewa Kopacz. Ale gdy skazani na samodzielność podwładni niespecjalnie będą sobie radzić, czas pokaże, czy nie przypomni sobie, jak zarządzał premierami bohater jego pracy magisterskiej.
Sponiewierać lub uwieść
Funkcja szefa rządu i związane z nią codzienne obowiązki zupełnie nie bawiły Józefa Piłsudskiego. Unikał ich jak ognia. Choć przy okazji jednego z kryzysów na szczytach władzy podał gen. Felicjanowi Sławojowi Składkowskiemu zupełnie inny powód, dlaczego nie nadaje się na premiera. "Jak stracę panowanie, to każę powiesić albo rozstrzelać stu lub dwustu tych łajdaków, złodziei, drani" - charakteryzował polityków. Po czym kolejny raz wymyślił, który z najbardziej lojalnych podwładnych może się okazać użytecznym szefem rządu.
W takim stylu Piłsudski zarządzał podległymi mu ludźmi od początku istnienia II Rzeczypospolitej. Jako naczelnik państwa, nim odbyły się pierwsze wybory, desygnował prezesa Rady Ministrów. "Zdecydowałem zwrócić się do tych, którzy najszybciej działają, szybciej czasami działają aniżeli myślą" - wspominał Piłsudski trzy lata później. Kierując się tym kryterium, premierem mianował socjalistycznego polityka, byłego posła do austriackiego parlamentu, kapitana saperów w I Brygadzie Legionów Jędrzeja Moraczewskiego. Ponoć przed wręczeniem nominacji postawił premiera Moraczewskiego na baczność, aby w krótkich słowach wytyczyć zadania rządu. Potem wykazywał znikomą tolerancję wobec nieudolności lub porażek. Gdy w styczniu 1919 r. spiskowcy zorganizowani przez płk. Mariana Januszajtisa-Żegotę uprowadzili premiera i kilku ministrów, chcąc dokonać zamachu stanu, naczelnik łatwo poradził sobie z rebelią. Zrugał buntowników, a następnie wypuścił do domu. Jedynie kilku oficerów trafiło na dwa tygodnie do aresztu. Być może Moraczewski wolałby to niż późniejszą rozmowę z Ziukiem w Belwederze. Jak zapamiętał gen. Leon Berbecki: "Odnaleziony gabinet ministrów odwiozłem z Kasprzyckim do Belwederu i oddałem w ręce Piłsudskiego. Gdy opuszczałem Belweder, dolatywały mnie słowa Piłsudskiego, rugającego swój gabinet ministrów". Dwa tygodnie później naczelnik zdymisjonował Moraczewskiego i przystał, by pod egidą endecji powstał rząd zgody narodowej na czele z Ignacym Paderewskim. Narodowi demokraci łudzili się, że światowej sławy artysta, przyjaciel prezydenta USA ukróci panowanie naczelnika.
"Paderewski miał wielką naprawdę w tych dniach szansę objęcia, przy poparciu znakomitej większości narodu i nawet wojska, zwierzchniej władzy w państwie, odsuwając od niej Piłsudskiego" - zapisał jeden z endeckich liderów Stanisław Grabski. Naczelnik także musiał mieć tego świadomość, więc zaprzyjaźnił się z gwiazdorem przybyłym z Ameryki. "Piłsudski okazał w rozmowie z nim (Paderewskim - red.) tyle serdeczności i wyższego ponad partyjne niechęci patriotyzmu, że słowa jego zupełnie mu wystarczyły" - zanotował Grabski. Od samego początku urzędowania Paderewski przy kluczowych decyzjach kierował się przede wszystkim opinią naczelnika państwa. Współpraca obu mężów stanu - ku rozpaczy endecji - układała się wzorowo. Ale po dymisji Paderewskiego musiał Piłsudski coraz bardziej wikłać się w parlamentarne spory, bo każdy kolejny gabinet potrzebował poparcia większości posłów. Rządy koalicyjne więc zazwyczaj po kilku miesiącach upadały. Rozczarowany Marszałek wycofał się z czynnej polityki, by poczekać na odpowiedni moment dla zdobycia takiej władzy, żeby sam mógł mianować premiera.
Bartel dobry na wszystko
Kiedy po majowym zamachu stanu Piłsudski władzę zdobył, natychmiast zaskoczył swoim politycznym pociągnięciem. Mało kto spodziewał się, że szefem rządu uczyni profesora geometrii wykreślnej z Politechniki Lwowskiej. Jednak Kazimierz Bartel nie był wcale przypadkowym wyborem. Uczony wyróżniał się pracowitością i nieprzeciętnymi zdolnościami. Jedynie dzięki temu syn zwykłego robotnika kolejowego mógł zostać znakomitym naukowcem, posłem, a w końcu ministrem kolei żelaznych w gabinetach Wincentego Witosa i Władysława Grabskiego. Co równie istotne, pozostawał poza głównym nurtem politycznym. Założony przez niego w Sejmie poselski Klub Pracy liczył sobie czterech członków. Piłsudski po raz pierwszy zaprosił prof. Bartla do Sulejówka we wrześniu 1925 r. Tam otwarcie zapowiedział, iż widzi w nim przyszłego premiera. Drugi raz spotkali się w lutym 1926 r. w Warszawie. Wówczas do mieszkania Wacława Grzybowskiego Marszałek zaprosił przedstawicieli wszystkich partii, będących w opozycji do rządu Aleksandra Skrzyńskiego. Po naradzie został jedynie z Bartlem. "Piłsudski ustawiał siebie jasno jako przyszłego gospodarza Polski. Analizował w swobodnej rozmowie przy kominku i winie wszelkie problemy, jakby odpowiadając Bartlowi na różne jego wątpliwości, które będzie miał w przyszłości w rządzie" - zapisał we wspomnieniach Grzybowski. Zaledwie cztery miesiące później zamierzenia Marszałka spełniły się i zastraszony Sejm zaakceptował gabinet utworzony przez lwowskiego profesora. "Piłsudski, który w rządzie prof. Bartla objął tylko stanowisko ministra spraw wojskowych, trząsł rządem bez żadnych osłonek i przeszkód" - zapisał Wincenty Witos. Ale premier okazywał się mu bardzo pomocny. Bartel pomógł wykreować nowego prezydenta, gdy Stanisław Wojciechowski podał się do dymisji. Rekomendując kolegę z lwowskiej uczelni, prof. Ignacego Mościckiego. Znakomitego uczonego zupełnie pozbawionego politycznych ambicji.
Pod koniec lata 1926 r. Bartel uwijał się jak w ukropie, zaś Piłsudski odpoczywał w sanatorium w Druskiennikach. To premier musiał się zmagać z Sejmem, który otrząsnął się po zamachu stanu i stawiał rządowi coraz to nowe warunki. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy Bartel trzykrotnie tworzył nowy gabinet, przeforsowując jednocześnie w parlamencie zmiany konstytucyjne ograniczające władzę posłów na rzecz prezydenta oraz rządu. W końcu rozeźleni ograniczaniem kompetencji parlamentarzyści zaczęli uchwalać wota nieufności wobec kolejnych ministrów. Wtedy trzeci gabinet Bartla solidarnie podał się do dymisji. Dopiero wówczas wrócił z wakacji do Warszawy rozeźlony Piłsudski. Natychmiast zademonstrował, kto naprawdę sprawuje władzę, i osobiście 2 października 1926 r. stanął na czele rządu. Profesora Bartla przesunął na stanowisko wicepremiera, powierzając mu ciężką, codzienną pracę. Sam zajął się sprawami strategicznymi. Marszałkowi wszystko wówczas sprzyjało. Gospodarka weszła w fazę wzrostu, opozycję dzieliły zaciekłe spory, sąsiedzi Polski zajęci byli kłopotami wewnętrznymi. Piłsudski mógł pozostawać premierem tak długo, jak chciał. Tymczasem po niespełna dwóch latach, pod koniec czerwca 1928 r., podał się do dymisji. Jako swego następcę wskazał prezydentowi Mościckiemu oczywiście prof. Bartla. To on musiał się zająć podjazdową wojną z niepokornym Sejmem i przygotowaniem projektu nowej konstytucji. Czyniącej prezydenta II RP odpowiedzialnym jedynie przed "Bogiem i historią". Dopiero po jej przyjęciu Piłsudski chciał oficjalnie objąć urząd głowy państwa.
Konieczna wymiana zderzaków
Dzięki temu, że Marszałek nie musiał na co dzień kierować pracami rządu, miał sporo czasu na pisanie. Na początku kwietnia 1929 r. czytelnicy "Głosu Prawdy" mogli zapoznać się z jego opinią na temat posłów opozycji wyrażoną w artykule pt. "Dno oka, czyli wrażenia człowieka chorego z sesji budżetowej w Sejmie". Jak podkreślał autor, "gdy się Pan taki zafajda, to każdy podziwiać musi jego zafajdaną bieliznę", co więcej, z tego powodu ministrowie "muszą nie pracować dla państwa, ale obsługiwać i fagasować tym zafajdanym istotom". Marszałek ostrzegał także, iż "do tego doprowadziło to gwałtowne staranie o bezkarność za wszelką zbrodnię, do tego prowadziło czynienie z sejmu związku zawodowego ludzi chorych na fajdanitis poslinis". Powodem całej awantury była afera sprokurowana przez ministra skarbu Gabriela Czechowicza. Wyprowadził on z budżetu 8 mln zł, by sfinansować kampanię wyborczą sanacyjnego Bezpartyjnego Bloku Wspierania Rządu. Kiedy rzecz wyszła na jaw, przedstawiciele partii opozycyjnych w Komisji Budżetowej Senatu uchwalili wniosek o postawienie ministra przed Trybunałem Stanu. Afera uderzała bezpośrednio w Marszałka, bo nikt nie miał wątpliwości, że Czechowicz wykonywał tylko polecenia z góry. Tymczasem premier zachowywał się wobec Sejmu bardzo ugodowo. "Bartel jest trochę urażony. Być może dlatego, że nie był dość wciągnięty w przygotowawcze prace nad projektem zmian konstytucyjnych i że nie uwzględniono jego koncepcji" - zapisał w swoim dzienniku długoletni sekretarz Piłsudskiego Kazimierz Świtalski (wówczas minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego). Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Pod datą 3 kwietnia 1929 r. w swoim dzienniku gen. Felicjan Sławoj Składkowski odnotował, że Marszałek polecił przekazać Bartlowi, aby "zbeształ ministrów za brak pracy, politykowanie i chodzenie po Sejmie". Nie minął tydzień i zapadła decyzja o wymianie premiera. Wszyscy byli przekonani, że nowy gabinet utworzy znów osobiście Piłsudski. Ale ten w rozmowie ze Składkowskim ironicznie stwierdził, iż boi się, że może stracić panowanie i kazać rozstrzelać wielu polityków.
"Tak, że być dla mnie premierem teraz, to za ciężko... Więc jako premier zwycięży Świtalski" - dodał Piłsudski. Takim wyborem zaskoczył nawet Kazimierza Świtalskiego, który miał dopiero 43 lata i na scenie politycznej egzystował jedynie dzięki protekcji szefa. Ten zaś zaprosił do Belwederu Kazimierza Bartla. Co się rzadko zdarzało, Piłsudski wygłosił przy kieliszku węgrzyna przemówienie pełne pochwał pod adresem profesora. "Wrócisz do nas, jak swój, jak kolega" - obiecał mu na pożegnanie. A potem zajął się nadzorowaniem Świtalskiego. W specjalnym diariuszu prezes Rady Ministrów z nabożną czcią notował rady pryncypała. Po pierwszym posiedzeniu nowego gabinetu premier pisał, iż Marszałek "radzi, ażebym zwoływał Radę Ministrów jednak co tydzień, ponieważ to potrzebne jest dla zżycia się gabinetu, przy czym jednak radzi, ażebym bardzo wiele spraw odraczał, które, jak się okazało, nie są wcale aktualne. Co do techniki prowadzenia przeze mnie obrad, nie miał żadnych zastrzeżeń. Śmiał się tylko, że po austriacku próbuję stworzyć jakiś regulamin kryteriów, kto ma być odznaczony, a kto nie". W odwrotności do samodzielnego Bartla nowy premier stale oczekiwał instrukcji. Mimo to miał dla Piłsudskiego nieocenioną zaletę. Należał do grupy ambitnych byłych legionistów potrafiących działać solidarnie. W rządzie Świtalskiego na czternastu ministrów połowa okazała się oficerami. Dlatego szybko nadano im nazwę "rządu pułkowników". Ta grupa musiała stawić czoło jednoczącej się opozycji. Aż sześć stronnictw politycznych, chcąc przeciwstawić się sanacji, zaczęło organizować wspólny front - od lewicowego PPS, poprzez stronnictwa chłopskie, po chadecję i Narodową Partię Robotniczą. Koalicja przyjęła nazwę Centrolewu. Ale Piłsudski nie zamierzał oddawać władzy. Oświadczył Świtalskiemu, że "nigdy nie dopuści do tego, ażeby Polska została rozdrapana przez partie, i że tego stanowiska będzie bronił wszystkimi środkami, choćby zrobieniem czterech Majów (przewrotów wojskowych - red.)".
Rząd kryzysowy
Świtalski zawiódł swojego protektora tylko raz. Ciężko rozchorował się, gdy pod koniec października 1929 r. zaplanowano w Sejmie sesję budżetową. W powietrzu zaś wisiał dalszy ciąg awantury z powodu afery Czechowicza. Premiera zastąpił osobiście Piłsudski. Gdy wchodził do parlamentu, w przedsionku przywitało go kilkudziesięciu oficerów z paradnymi szablami, tworząc szpaler. Wówczas marszałek Sejmu Ignacy Daszyński oznajmił, iż nie otworzy sesji, dopóki uzbrojeni oficerowie nie wyjdą. Obaj panowie zdecydowali się porozmawiać na osobności. Mimo to nie osiągnęli kompromisu. Piłsudski na odchodne powiedział o Daszyńskim "dureń" i trzasnął drzwiami. W odwecie posłowie przygotowali wniosek o wotum nieufności wobec rządu, który przyjęto 6 grudnia 1929 r. przygniatającą większością głosów. Spodziewano się wówczas, że Piłsudski trzaśnie pięścią w stół. Tymczasem on zaprosił ze Lwowa Kazimierza Bartla, by piąty raz został premierem. Jak wówczas mówiono, "bartlowanie" okazało się znów skuteczne. Zastąpienie "pułkowników" przez liberalnego profesora przyjęto w Sejmie z ulgą. Awantury się skończyły i sprawnie uchwalono prowizorium budżetowe, by wkrótce przekonać się, iż o to właśnie Piłsudskiemu chodziło. Na świecie trwał wielki kryzys, coraz mocniej uderzając w polską gospodarkę. Destabilizacja polityczna groziła więc jedynie pogłębieniem i bez tego ogromnych trudności ekonomicznych.
Po załatwieniu spraw budżetowych, gdy Sejm postanowił odwołać niezbyt sprawnego ministra pracy i opieki społecznej Aleksandra Prystora, premier, na życzenie Marszałka, podał cały rząd do dymisji.
Bartel nie prezentował się jako odpowiednia osobowość na kryzysowe czasy. Piłsudski bez sentymentu odesłał go do Lwowa, tym razem definitywnie wykluczając ze świata polskiej polityki. Co profesor powinien przyjąć z ulgą, bo działania sanacyjnych władz stawały się coraz bardziej brutalne. Początkowo Marszałek zaplanował, że Centrolewowi stawi czoło jako premier Walery Sławek, bezgranicznie oddany mu współpracownik jeszcze z rewolucyjnych czasów Organizacji Bojowej PPS. Dwadzieścia lat wcześniej wspólnie organizowali zamachy bombowe i napadali na pociągi. Potem Piłsudski powierzał Sławkowi najtrudniejsze misje podczas I wojny światowej oraz w czasie wojny z bolszewikami. Posłuszeństwo i odwaga Sławka okazały się jednak zbyt małym kapitałem, gdy doszło do bardziej finezyjnej rozgrywki politycznej. Latem 1930 r. Centrolew już otwarcie ogłosił, że dąży do stworzenia sejmowej większości, by powołać własny rząd. Piłsudski nie zamierzał dłużej ryzykować pozostawienia gry o władzę w rękach niezbyt lotnego Sławka. Pod koniec sierpnia po raz drugi osobiście stanął na czele rządu. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Prezydent Mościcki rozwiązał Sejm oraz Senat i parlamentarzystów przestał chronić immunitet. Najbardziej aktywni przywódcy stronnictw opozycyjnych zostali aresztowani, po czym trafili do specjalnego więzienia w wojskowej twierdzy w Brześciu. To bardzo ułatwiło sfałszowanie wyniku wyborów parlamentarnych, w których BBWR oficjalnie uzyskał aż 55 proc. głosów i bezwzględną większość w Sejmie. Po demonstracji siły zmaltretowanych przywódców opozycji pod koniec listopada przeniesiono do cywilnych więzień. Stamtąd wyszli za kaucją, by na wolności oczekiwać procesu. Tak wyglądał zapowiadany przez Piłsudskiego drugi "zamach majowy". Po wprowadzeniu na scenie politycznej wojskowego porządku Marszałek podał w grudniu 1930 r. swój rząd do dymisji i szefem rządu ponownie uczynił Walerego Sławka. Ale ta decyzja okazała się nieszczególnie trafiona. Premier miał blade pojęcie o ekonomii i nie potrafił zarządzać walką z kryzysem gospodarczym. Zaledwie po pięciu miesiącach Piłsudski zastąpił Sławka innym wiernym towarzyszem z czasów Organizacji Bojowej Aleksandrem Prystorem. W odróżnieniu od poprzednika znał się on trochę na gospodarce, kierował bowiem wcześniej Ministerstwem Pracy i Opieki Społecznej, a potem był ministrem przemysłu i handlu.
Władza to nie wszystko
Przez dwa lata rząd Prystora zmagał się ze światowym kryzysem. Gdy w maju 1933 r. Zgromadzenie Narodowe dokonało ponownej elekcji Mościckiego na prezydenta, premier zwyczajowo podał się do dymisji. Niespodziewanie Piłsudski nowym szefem rządu uczynił Janusza Jędrzejewicza. Powszechnie zachodzono w głowę, dlaczego Marszałek utracił zaufanie do Prystora. Ale ten nigdy nie podał powodów swej decyzji. Być może wiek i coraz gorszy stan zdrowia sprawiały, że Piłsudski nie był już tak zręcznym graczem. Jędrzejewicz z kierowaniem rządem radził sobie niespecjalnie, choć przecież w Sejmie opozycja znalazła się na zupełnym marginesie. Nikt się więc nie zdziwił, gdy w maju 1934 r. stracił posadę. Natomiast Marszałek znów zaskoczył. Na czele Rady Ministrów stanął wybitny archeolog z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie prof. Leon Kozłowski. Spekulowano wówczas, iż Piłsudski chciał premiera spoza politycznych układów, niepowiązanego z żadną koterią. Ale prof. Kozłowski okazał się dużo mniej zdolnym politykiem od prof. Bartla. To jednak coraz mniej absorbowało Marszałka. Szybko postępująca choroba nowotworowa powodowała, że Piłsudski słabł i chudł. Zaś najbliżsi współpracownicy zaczęli szykować się na nieuchronne zmiany po śmierci wodza. Ostatnią znaczącą decyzją ich przywódcy była dymisja Kozłowskiego pod koniec marca 1935 r. Przed swym odejściem Marszałek zdecydował, że to najwierniejszy z wiernych Walery Sławek powinien zostać jego następcą i przyszłym prezydentem. Dlatego też powierzył mu urząd premiera. Potem nie miał już tyle sił, by zajmować się polityką. Po raz ostatni przyjął w Belwederze swojego premiera cztery dni przed śmiercią, 8 maja 1935 r. Jak zapisał doktor medycyny Stanisław Rouppert w "Notatkach z wizyt przy łóżku Marszałka", Piłsudski "nie chciał z nim (Sławkiem - red.) jednak rozmawiać o sprawach politycznych. Pozwalał jedynie wozić się na wózku". Oglądali obrazy i wspominali stare, lepsze czasy.
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.00000180a.802.jpg@RY2@
Leon Baranowski/Muzeum Literatury/East News
Premier Kazimierz Bartel odwiedza marszałka Józefa Piłsudskiego w Druskiennikach
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu