Technokrata
Kilka dni temu
zostałem zmuszony do zakupu nowego telewizora.
Wybrałem się zatem do pierwszego lepszego marketu,
by wybrać normalny sprzęt w uczciwej cenie,
będąc przekonanym, że wszystko nie potrwa
dłużej niż poranne zakupy w piekarni.
Myliłem się. I to grubo. Najpierw sprzedawca
zmusił mnie, abym określił rozmiar ekranu
- wylicza się to wzorem uwzględniającym
odległość kanapy od miejsca, w którym
telewizor ma stać. Nie mam pojęcia, o co chodzi,
ale się okazało, że idealny model do mojego
salonu powinien mieć przekątną ekranu
wielką niczym równik. Ponadto zostałem
podstępem zmuszony do kupienia wersji z 3D, USB, WiFi,
DLNA, 400 MHz, LED, DVB-C, DVB-T i DVB-S. Nie mam bladego
pojęcia, co te skróty oznaczają, ale
zapewniono mnie, że dzięki tym technologiom obraz
będzie tak doskonały, że bez trudu przeczytam
sugerowaną przez producenta temperaturę prania
garnituru Kamila Durczoka. Do tego konieczne okazało
się dokupienie niebywale precyzyjnych kabli,
których cena sugerowała, że są wykonane z
czystej platyny.