Niemcy chcą zmartwychwstania. Awantura o okładkę „Spiegla”
Niemcy pokłócili się o okładkę „Spiegla”. Jeden z najważniejszych niemieckich tygodników pisał o zjawisku wymuszonej poufałości i społecznego nacisku, by z każdym przechodzić na „ty”. Za tą pozornie błahą, obyczajową inbą kryją się jednak sprawy znacznie poważniejsze. A cała awantura pokazuje, że debata publiczna za Odrą jest dziś jeszcze bardziej nerwowa niż u nas.
Marzył mi się felieton wielkanocny. Refleksyjny, może nawet z odrobiną kuchennej polityki. Coś o tym, czy Niemcy też prowadzą swoje narodowe wojny zastępcze, odpowiedniki naszych sporów o wyższość majonezu Kieleckiego nad Winiary. Coś o drobnych rytuałach, śmiesznostkach, może o tym, jak bardzo społeczeństwa potrzebują czasem tematów małych, żeby nie zwariować od wielkich.
I nawet utwierdziłam się w tym zamiarze, kiedy zobaczyłam najnowszą okładkę „Spiegla”. W jednym z najważniejszych niemieckich tygodników tematem numeru nie było nic o wojnie, recesji, Trumpie, Rosji albo migracji. Nie było też o Wielkanocy. Wielki tytuł straszył tyranią przechodzenia na „ty”, wymuszoną poufałością, anonsował nową tęsknotę za większym szacunkiem i za przestrzeganiem form.
Tyle że ta okładka nie została przyjęta jak rozrywkowy, świąteczny temat obyczajowy. Przeciwnie: wywołała w Niemczech falę kpin i irytacji. Na platformach społecznościowych wracał ten sam ton: Europa się chwieje, Niemcy się kończą, a „Spiegel” koncentruje się na jakichś bzdetach. „Tu świat płonie, a oni o »tykaniu«”. Sama skala tej reakcji mówi zresztą więcej niż okładka. Okazuje się, że w Niemczech nawet błahy temat nie jest dziś błahy. I ten także został odczytany jako kolejny dowód oderwania mediów od rzeczywistości. Zaprawdę powiadam Państwu: jest tam bardziej nerwowo niż u nas.
Sfrustrowany jak Niemiec. Skąd tyle rozczarowania?
I może właśnie dlatego warto potraktować tę inbę poważnie, nie jako śmieszny epizod, tylko jako objaw. Bo za niemiecką drażliwością stoi dziś coś znacznie większego. Najnowsze badania ARD-Deutschlandtrend pokazują rekordowe 84 proc. badanych niezadowolonych z pracy rządu. W sondażach partyjnych CDU/CSU ma 26 proc., AfD 25 proc. (lub zamieniają się miejscami), SPD spada do 12 proc. Zieloni się jakoś trzymają, liberałowie w zasadzie nie istnieją. Jednocześnie bardzo niska jest wiara, że rząd potrafi przywrócić gospodarce wzrost i zreformować rozbuchane państwo opiekuńcze. A za chwilę zacznie się wysyp tekstów rocznicowych – 6 maja 2025 Friedrich Merz został zaprzysiężony na kanclerza. Nie będą to pochlebne publikacje.
W tym sensie wielkanocna metafora zmartwychwstania pojawiająca się w wielu podcastach albo okołoświątecznych tekstach nie wydaje się przesadą. Niemcy tęsknią dziś za powrotem zza grobu. Comebackiem wzrostu gospodarczego, stabilności i skuteczności instytucji państwa, znaczenia Niemiec jako gracza w polityce międzynarodowej. Kraj pragnie „powrotu”, ale obiecane przez polityków odbicie nie nadchodzi. Stąd tyle rozczarowania.
Już nie tylko AfD i radykalni publicyści krytykują państwo, elity i media w RFN
Dzisiejsze opisy niemieckiego nastroju w wersji najbardziej wyostrzonej są przygnębiające. Publicyści i eksperci głoszą wieść nie o kryzysie technicznym, tylko o kryzysie cywilizacyjnym: o przerośniętym państwie, gospodarce duszonej przez podatki i biurokrację. O nieznośnym tonie debaty zdominowanej przez moralizowanie i pouczanie. A dodatkowo wieszają psy na mediach pogrążonych w totalnym wyparciu i na dziennikarzach, którzy profanują swoją misję; skupiają się na rzeczach „nonsensownych” i nie opisują nadciągającej katastrofy ekonomicznej.
To oczywiście diagnozy brutalne, czasem naznaczone ideologicznie i momentami wysoce polemiczne; w końcu stawiane są wobec państwa, które nadal jest trzecią gospodarką świata. Ale właśnie dlatego warto ich posłuchać jako sejsmografu społecznej frustracji. Bo najciekawsze nie jest nawet to, jak ostro wybrzmiewa tu krytyka państwa, elit i mediów. Ciekawsze jest to, że ten ton zaczyna być w Niemczech wszechobecny. To nie są już tylko tyrady polityków AfD lub kolejnych publicystów, tych od wielkiego narodowego przebudzenia.
Dzisiejsi Niemcy czują, że coś im się rozłazi w szwach; są społeczeństwem, które ma coraz mniej cierpliwości do instytucji, coraz mniej wiary w reformy i coraz większą pokusę, by powiedzieć: to wszystko trzeba zacząć od nowa. Coraz więcej z nich marzy o zmartwychwstaniu: Niemiec, debaty publicznej, partii, mediów, a może po prostu o powrocie elementarnego poczucia, że kraj nie dryfuje. Że wiemy, dokąd zmierzamy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu