Rosja tak, wypaczenia nie
W Europie wraca pomysł „dialogu” z Rosją. Zwolennicy mówią o realizmie i interesach, przeciwnicy o naiwności i geopolitycznej krótkowzroczności. W praktyce może to oznaczać powrót do iluzji, które Europa już raz drogo zapłaciła.
Coraz częściej słyszymy w Europie, że z Rosją trzeba będzie „zacząć rozmawiać”. Ostatnio powiedział to wprost premier Belgii Bart De Wever, wzywając do normalizacji relacji i odzyskania dostępu do taniej rosyjskiej energii. Nie jest pierwszy. W nieformalnych rozmowach pojawiła się już jakiś czas temu koncepcja utworzenia stanowiska specjalnego przedstawiciela UE do dialogu z Rosją. Została zdementowana. Nie jest to, miejmy nadzieję, rosyjskie dementi à la Gorczakow, słynny minister spraw zagranicznych z XIX wieku, co to nie wierzył w niezdementowane informacje.
Powrót „dialogu” z Rosją – realizm czy złudzenie
Zwolennicy „dialogu” nie rozumieją, że wznowienie rozmów teraz raczej osłabiłoby Europę, niż ją wzmocniło. Moskwa odczytałaby to jako oznakę słabości, zmęczenia i gotowości do ustępstw. Mimo to wątpię, by zaprzestali przekonywania do swoich racji. Zwłaszcza że ich argumentacja brzmi dziś pozornie rozsądnie. Skoro Donald Trump diluje z Rosją, to dlaczego Europa ma nie rozmawiać? Skoro ważą się warunki przyszłego bezpieczeństwa naszego kontynentu, to dlaczego Waszyngton i Moskwa miałyby decydować bez nas? Skoro wojna z Iranem podbija ceny surowców, to tym bardziej trzeba wrócić do „realizmu”; czyli w praktyce wrócić do myślenia o Rosji jako problematycznym, ale niezbędnym partnerze. Podsumowując, ewentualne rozmowy będą przedstawiane jako narzędzie sprawczości, choć w rzeczywistości mogą stać się furtką do moralnej i politycznej normalizacji reżimu Putina, przez którą już dawno przeszedł Trump.
Niepokojące są także stare mapy mentalne, które wracają do obiegu. Ci (najczęściej z południa Europy), którzy proponują „nowe kanały dialogu”, świadomie próbują obejść tych, którzy wiedzą najwięcej o Rosji i ponoszą największe ryzyko jej agresywnej polityki. Inicjatywy formatów „specjalnych europejskich wysłanników” nieprzypadkowo omijają Europę Środkową i Wschodnią. Paradoksalnie są też sprzeczne z duchem Traktatu z Lizbony: z ideą, że Europa mówi jednym głosem i że w osobie Wysokiego Przedstawiciela – wiceprzewodniczącego Komisji – de facto ma własnego ministra spraw zagranicznych. No, chyba że jest nim Estonka, której konsekwentna linia wobec Kremla psuje scenariusz, to wtedy nie ma. I wówczas trzeba stworzyć inny kanał lub otorbić Kaję Kallas jakimś gronem pomocników i pełnomocników. Żeby sobie jakoś poradziła, bo to takie odpowiedzialne stanowisko, a ona jest z tych „nowych państw członkowskich” i pewnie jeszcze się uczy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.