Mitteleuropa to za mało
Przez całe stulecie niemieccy politycy marzyli, aby ich państwo, wzorem Wielkiej Brytanii, stało się światowym mocarstwem. Ale zauważenie tego, że klucz do sukcesu mieli cały czas w zasięgu ręki, przyszło zdumiewająco późno
Wiele hałasu robią słabi, a prawdziwa siła porusza się na paluszkach - ponoć tak brzmi ulubione powiedzenie kanclerz Angeli Merkel. Jego trafność może boleśnie odczuć na swojej skórze nowy rząd w Warszawie, jeśli zdecyduje się na konfrontację z Berlinem. To, że czarne chmury się gromadzą, łatwo zauważyć, gdy zajrzy się do niemieckich mediów. Często artykułują one opinie polityków, którzy sami wolą jeszcze milczeć.
W jakim kierunku zmierza sytuacja, najbardziej trafnie oddał noworoczny numer "Süddeutsche Zeitung". Publicysta gazety Alexander Mühlauer bez oglądania się na takie drobiazgi, jak wynik wolnych wyborów w Polsce, napisał, iż: "UE nie może dłużej postępować tak, jak gdyby zamach stanu w Warszawie nic jej nie obchodził". Żądając, by Wspólnota objęła Polskę specjalnym nadzorem aż do ubezwłasnowolnienia, przez odebranie prawa głosu w Radzie Europejskiej. A jest ona kluczowym forum decyzyjnym, gdzie szefowie rządów rozstrzygają najważniejsze dla Unii kwestie. Minęły zaledwie dwa dni i niemiecki komisarz UE ds. gospodarki cyfrowej i społeczeństwa Günther Oettinger zapowiedział we "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung", iż tematem planowanego na 13 stycznia posiedzenia Komisji Europejskiej stanie się "uruchomienie mechanizmu kontroli praworządności i objęcie Warszawy nadzorem". Przegłosowana w ekspresowym tempie przez Sejm ustawa oddająca w ręce PiS publiczne media jest ku temu znakomitym pretekstem.
W Berlinie narasta bowiem lęk przed skutkami katastrofy politycznej i ekonomicznej, jaką byłby rozpad Unii Europejskiej. Oraz czymś jeszcze. Być może Niemcy znów będą musieli pożegnać się z marzeniami o zdobyciu pozycji supermocarstwa. Dążąc do tego celu, dwukrotnie inicjowali wybuch wojen światowych. Bolesne klęski, jakie im one przyniosły, w końcu doprowadziły do wyrzeczenia się używania siły na rzecz ekonomii i dyplomacji. Te narzędzia prowadzenia polityki nie działają tak szybko i efektownie jak rozpędzone dywizje pancerne, lecz koniec końców przynoszą dużo trwalsze rezultaty.
Walcząca o zachowanie całości Unii Angela Merkel jest mistrzynią cichej dyplomacji, hałas pozostawiając słabym. Wiele czynił go Silvio Berlusconi, nim pod naciskiem Berlina pożegnał się definitywnie z posadą premiera Włoch. Jeszcze głośniej potrafiła krzyczeć grecka Syriza, lecz w ubiegłym roku Ateny przyjęły drakońskie warunki polityki budżetowej i spłaty długów zaciągniętych głównie w niemieckich bankach. Jednak najwięcej zamieszania wokół siebie czynił Władimir Putin. W efekcie Rosja nie potrafi przetrawić Krymu i części Doniecka, natomiast reszta Ukrainy w zaledwie rok znalazła się w niemieckiej strefie wpływów. Dziś Berlin stał się dla polityków z Kijowa głównym celem pielgrzymek. Skrzętnie omijają oni przy tym Warszawę.
Zmarginalizowana Polska nie ma już nic do powiedzenia w kwestii wschodniej polityki UE, lecz nadal stanowi główny element układanki o nazwie Mitteleuropa. Zaś ten geostrategiczny twór, cokolwiek się w przyszłości wydarzy, zawsze będzie miał dla Berlina kluczowe znaczenie.
Gospodarka, głupcy!
"Zdolność do produkowania bogactw jest nieskończenie ważniejsza niż samo bogactwo" - uparcie twierdził Friedrich List. Ale ojciec niemieckiej ekonomii nieraz przekonywał się, jak ciężko być prorokiem we własnym kraju. Zwłaszcza kiedy usiłuje się go radykalnie zmienić.
Profesor uniwersytetu w Tybindze i deputowany do Rady Wirtembergii aktywność publiczną rozpoczął od zaangażowania się w działalność lokalnych stowarzyszeń kupieckich. W końcu został nawet ich liderem. Choć ważniejszą sprawą było to, iż List doszedł do pewności, że jeśli niemieckie państewka chcą się rozwijać gospodarczo, muszą rozpocząć szybką integrację. W kwietniu 1819 r. spisał petycję, którą przesłał do Frankfurtu członkom Zgromadzenia Federalnego Związku Niemieckiego. "Trzydzieści osiem granic celnych i opłat w Niemczech sparaliżowało ruch wewnętrzny i przynosi ten sam efekt, jak gdyby każdy członek ludzkiego ciała był zamknięty na przepływ krwi z innego" - tak List próbował uświadomić przedstawicielom 38 państw niemieckich, co oznacza utrzymywanie istniejących podziałów. "Aby prowadzić interesy z Hamburga w Austrii, z Berlina w Szwajcarii, trzeba przebić się przez dziesięć państw, studiować dziesięć rodzajów praw i systemów opłat, dziesięć razy płacić urzędom celnym" - wyliczał ekonomista.
Ale po wojnach napoleońskich każdego głosiciela idei zjednoczeniowej traktowano jak wywrotowca. Zresztą List szybko nim został, gdy nie doczekał się odpowiedzi na ponawiane apele. Udział w spisku na rzecz stworzenia wspólnego państwa niemieckiego w końcu wykryły władze Wirtembergii i postawiły deputowanego przed sądem. Szczęściem dla oskarżonego orzeczone zesłanie na ciężkie roboty w twierdzy Asperg nigdy nie doszło do skutku. List uciekł w drodze z sali sądowej do więzienia, zresztą za cichym przyzwoleniem miejscowych władz. Dzięki czemu pozbyły się one niewygodnego męczennika idei zjednoczenia. Uciekinier we Francji ani w Anglii nie zagrzał długo miejsca i w końcu wyemigrował do Ameryki. Dopiero w Stanach Zjednoczonych zrobił błyskotliwą karierę najpierw jako dziennikarz, potem farmer, aż wreszcie dyplomata. Dzięki pracy dla rządu USA chronił go immunitet i w 1833 r. mógł powrócić do ojczyzny. I otworzyć w Lipsku amerykański konsulat.
Dopiero wówczas List na poważnie zajął się pracą naukową. W swoich publikacjach początkowo analizował rolę, jaką mogłaby w przyszłości odegrać dla Niemców kolej. Wskazując na jej znaczenie nie tylko militarne i gospodarcze, lecz też narodowotwórcze. Oplecenie krajów Rzeszy gęstą siecią torów - zdaniem ekonomisty - przyśpieszyłoby zjednoczenie. Ten cel przyświecał mu również w 1841 r., gdy wydał najgłośniejsze dzieło "Narodowy system ekonomii politycznej". Polemizował w nim z ojcem liberalizmu Adamem Smithem, orzekając, że przy narodzinach bogactwa najważniejsze są nie indywidualne sukcesy jednostek, lecz narodów. Przy czym List za wzór najbliższy ideału stawiał Anglików. Przede wszystkim dlatego, że światowe imperium zbudowali nie dzięki militarnym podbojom, ale uzależniając od swojej gospodarki słabsze państwa. Stosując najpierw protekcjonizm, by pod jego osłoną rozbudować własny przemysł, a kiedy to się powiodło, promując leseferyzm i wolny handel. "Rzeczywiście jest to więcej niż prawdopodobne, że bez protekcjonistycznej polityki handlowej Anglia nigdy nie osiągnęłaby tak dużej wolności gospodarczej i indywidualnej, jaką teraz posiada, bo taka wolność jest córką przemysłu i bogactwa" - podkreślał List.
Opisując źródła sukcesu Zjednoczonego Królestwa, ekonomista ostrzegał przed złudzeniem, iż różniące się pod względem stopnia rozwoju ekonomicznego kraje mogą kooperować ze sobą na równych prawach. "Widziałem wyraźnie, że wolna konkurencja między dwoma narodami, które są bardzo cywilizowane, może być korzystna dla obu stron tylko w przypadku, gdy oba są na równej pozycji rozwoju przemysłu" - twierdził. Jeśli dysproporcje okazywały się zbyt duże, słabsza strona płaciła za to bolesną cenę, tracąc część suwerenności nie tylko ekonomicznej, ale też politycznej. Na dowód swych twierdzeń przytaczał przykłady Belgii i Portugalii, które stały się dostarczycielami prostych wyrobów, takich jak wino lub sukno dla odbiorców angielskich. A jednocześnie całkowicie uzależniły się od sprowadzanych zza kanału produktów przemysłowych oraz angielskiego kapitału.
W swoim programie Friedrich List postulował, by naród niemiecki najpierw stworzył jedno państwo chroniące barierami celnymi rodzimy przemysł przed konkurencją gospodarek wyżej rozwiniętych (panicznie obawiał się potęgi Wielkiej Brytanii). Następnie należało samemu znaleźć słabszych partnerów, łatwych do ekonomicznego uzależnienia. Tak aby rozszerzanie rynków zbytu pomogło utrzymywać tempo rozwoju przemysłu. Jako naturalny kierunek ekonomicznej ekspansji przyszłej II Rzeszy Friedrich List wskazywał Europę Środkową.
Złudność siły
"Mężem stanu jest ten, kto trafnie odczytuje ślady stóp Boga" - mawiał Otto von Bismarck, który jak mało kto zasługiwał na miano wielkiego polityka. Kanclerz Prus musiał uznać teoretyczne dzieła Friedricha Lista za natchnione przez Stwórcę, skoro w ciągu swych rządów realizował zawarte w nich idee z żelazną konsekwencją.
Choć był konserwatystą, przejął plany zjednoczenia Niemiec, dotąd kojarzone z lewicowymi rewolucjonistami. Chcąc je wcielić w życie, sprowokował trzy wojny - z Danią, Austrią i Francją. I każdą wygrał. Ale jednoczenie Rzeszy prowadził potem na zasadach tworzenia układów partnerskich i coraz ściślejszych związków ekonomicznych między niemieckimi krajami. Wspierając cały proces budowaniem niemieckiej dumy narodowej. Natomiast zupełnie wyrzekając się używania siły militarnej. Gospodarczy protekcjonizm, jaki zaoferował przemysłowcom, natychmiast zjednał Bismarckowi elity finansowe. Kanclerz nawet w kwestii rozwoju kolejnictwa co do joty zrealizował marzenia Lista, wydając na ten cel większość ogromnej kontrybucji wojennej, jaką musiała zapłacić Francja po przegranej wojnie 1871 r. Wkrótce drogi żelazne w II Rzeszy nie ustępowały jakością ani gęstością połączeniom angielskim.
Przez ostatnie 20 lat rządów Bismarck konsekwentnie osaczał Francję, dbając, by nie odzyskała dawnej pozycji, oraz żył dobrze z Rosją. Acz starannie pilnując, by nie mogła kontynuować ekspansji w stronę Bałkan. Dzięki temu mógł stopniowo uzależniać od Niemiec Austro-Węgry, Rumunię i Bułgarię, tak budując rynek zbytu dla błyskawicznie rozwijającego się przemysłu Rzeszy.
Ale kiedy niemiecka Europa Środkowa była już niemal gotowa, nagle plany "Żelaznego Kanclerza" zaczęły trzeszczeć w szwach. Przekleństwem Bismarcka okazało się to, że poprowadził kraj do zbyt szybkich i zbyt wielkich sukcesów. Niemcy ślepo uwierzyli w swoją potęgę, zwłaszcza militarną. Ducha nowych czasów zapowiadały dzieła Paula Antona de Lagarde’a, które zdobyły ogromną popularność w latach 80. XIX w. Ów uczony orientalista i znawca tekstów biblijnych prawdziwe powołanie odnalazł przy formułowaniu doktryn politycznych wskazujących na dziejową misję własnego narodu. "Pokój w Europie zapanuje wówczas, gdy Niemcy będą sięgać od Ems do ujścia Dunaju, od Dźwiny do Triestu, od Metz do Bugu, gdy zjednoczone siły niemieckie pokonają Francję i Rosję. Ponieważ cały świat chce pokoju, musi zaakceptować Niemcy w takich granicach" - twierdził de Lagarde. W jego marzeniach Rzesza, niczym niegdyś imperium rzymskie, narzucała Pax Germania Staremu Kontynentowi. Ukoronowaniem tych działań miało stać się rasowe oczyszczenie narodu. Wizjoner Paul Anton de Lagarde proponował w tej dziedzinie zacząć od Żydów, wysiedlając ich na Madagaskar.
Pragmatyczny Bismarck takie pomysły traktował w najlepszym wypadku wzruszeniem ramion, ale w 1888 r. na cesarskim tronie zasiadł Wilhelm II. Młody i bardzo ambitny władca marzył o Rzeszy rozciągającej się na inne kontynenty, z koloniami niczym nieustępującymi brytyjskim. Zamiast umacniać dominację w Europie Wschodniej i rozszerzać wpływy na zachodzie kontynentu, chciał sięgnąć od razu po cały świat. Dla Bismarcka te plany oznaczały obranie kursu na wojnę z Anglią. A do konfliktu na kontynencie Londyn nigdy nie przystępował samotnie, zawsze dbając o zbudowanie koalicji przeciw wrogowi. Czego boleśnie doświadczył Napoleon Bonaparte. Stary kanclerz próbował więc wyperswadować cesarzowi samobójcze mrzonki. Ten wówczas zmusił go do dymisji.
Zamiast cierpliwie poczekać, aż dzięki rozwojowi ekonomicznemu II Rzesza samoistnie stanie się supermocarstwem, Berlin wybrał drogę na skróty, a to oznaczało wojnę światową.
Pycha przed upadkiem
"Nasze spojrzenie kierujemy ku obszarowi Europy Środkowej usytuowanej między Morzem Północnym i Bałtykiem a Adriatykiem i południowymi krańcami niziny naddunajskiej. Na mapie są to kraje leżące między Wisłą a Wogezami, pomiędzy Galicją a Jeziorem Bodeńskim i Alpami. Ten obszar stanowi jedność, kraj bratni zarówno ze względu na przesłanki strategiczne, jak i powiązania gospodarcze" - zapisał Friedrich Naumann w 1915 r. we wstępie dzieła zatytułowanego "Mitteleuropa".
To pojęcie stworzył 10 lat wcześniej pochodzący ze Szklarskiej Poręby (wówczas Schreiberhau) geograf Joseph Partsch. W liczącym pół tysiąca stron atlasie wyodrębnił i drobiazgowo opisał obszar leżący między czterema morzami: Bałtykiem i Północnym oraz Czarnym i Adriatykiem. Dbając, by czytelnik dostał jak najwięcej informacji na temat historii tych ziem oraz zamieszkujących ich nacji. "Wymowa opracowania była jednoznaczna: w centrum Europy znajduje się odrębna kraina geograficzna, odróżniająca się specyfiką fizyczną i kulturową od otoczenia. Na jej terytorium dominuje naród niemiecki, predystynowany do roli przewodniej. Integracja tego obszaru jest koniecznością dziejową" - opisuje Piotr Eberhardt w eseju "Geneza niemieckiej koncepcji »Mitteleuropy«".
Friedrich Naumann doskonale zrozumiał przesłanie śląskiego geografa i przelał je na papier jako dalekosiężną strategię geopolityczną. W praktyce niewiele różniącą się od tego, co usiłował osiągnąć von Bismarck. Jednak okoliczności bardzo się zmieniły. Rzesza toczyła wojnę, osaczona przez Wielką Brytanię, Francję i Rosję, ale była dość potężna, by móc zwyciężyć. Stojący na czele Niemieckiej Partii Demokratycznej Naumann wierzył, że najlepszą drogę do przyszłego triumfu stanowi szybkie zbudowanie Mitteleuropy. I to nie tylko przez ścisłe zintegrowanie ze sobą Niemiec i Austro-Węgier, lecz także mniejszych państw ościennych. "Duch wielkiego przedsiębiorstwa i ponadpaństwowej organizacji opanował politykę" - podkreślał. "Kto nie jest z nikim związany, jest w izolacji, a kto jest w izolacji, jest zagrożony. W tym nadchodzącym okresie historycznym związków państwowych i wielkich państw Prusy są za małe i Niemcy za małe, i Austria za mała, i Węgry za małe. Żadne takie państwo nie wytrzyma wojny światowej. Dlatego środkowoeuropejski związek nie jest dziś przypadkiem, lecz koniecznością" - twierdził. Przy czym odrzucał pomysły militarnego podboju lub aneksji wbrew woli tych narodów. Bo był przekonany, że państewka wciśnięte między Niemcy, Rosję a Turcję dobrowolny związek z najbardziej oświeconym mocarstwem, zapewniającym rozwój gospodarczy i cywilizacyjny, muszą w końcu uznać za optymalne rozwiązanie. Naumann optował też za odtworzeniem państwa polskiego, przydzielając mu rolę rolniczego zaplecza dla uprzemysłowionej Rzeszy. W liście do kanclerza Theobalda von Bethmann-Hollwega napisał nawet, że odbudowanie Polski pod egidą Rzeszy ma szansę stać się dla innych krajów najsilniejszym z bodźców, by zechciały dobrowolnie przyłączyć się do Mitteleuropy.
Dalekosiężne plany Naumanna nie spotykały się jednak w Berlinie ze zrozumieniem polityków oraz generalicji. Zbyt mocno wierzono w militarną potęgę Rzeszy. Choć przecież pod koniec 1917 r. Mitteleuropa znalazła się w zasięgu ręki. Zaplanowana przez niemiecki wywiad operacja przerzucenia Włodzimierza Lenina ze Szwajcarii do Petersburga przyniosła fantastyczne efekty. W Rosji, gdzie praktycznie władza leżała na ulicy, bolszewicy odnieśli błyskawiczny sukces. Co otwierało drogę do separatystycznego pokoju na Wschodzie. Lenin godził się na wszelkie niemieckie żądania, oddając II Rzeszy nawet Ukrainę. Cesarzowi Wilhelmowi II pozostawało tylko zakończyć wojnę na froncie zachodnim, proponując kompromis do przyjęcia dla obu stron.
Szansa na to wcale nie była taka mała. Francja i Wielka Brytania wykrwawiły się podczas kolejnych lat rzezi. Armia III Republiki znajdowała się na skraju buntu i trzymała ją w karbach tylko żelazna ręka premiera Georges''a Clemenceau. Choć Ameryka przystąpiła do wojny w 1917 r., to znaczącej pomocy aliantom mogła udzielić dopiero w połowie kolejnego roku. W Berlinie wiedziano też, iż w marcu 1917 r. nowy cesarz Austro-Węgier Karol I przekazał rządom w Paryżu i Londynie odręcznie napisany list, w którym w zamian za pokój proponował Francji odzyskanie Alzacji i Lotaryngii, ponadto Austro-Węgry godziłyby się na istnienie niepodległej Serbii. Kiedy na początku listopada 1917 r. urząd kanclerza Rzeszy objął 74-letni Georg von Hertling, dobrze pamiętający pragmatyczną politykę Bismarcka, sugerował realizację planu Karola I.
Również rząd Wielkiej Brytanii chciał szybkiego zakończenia wojny. Walki aż do całkowitego zwycięstwa żądał jedynie Clemenceau, lecz rozejm z bolszewicką Rosją pozwalał Niemcom przerzucić na front zachodni 60 nowych dywizji. Ta groźba mogła złamać opór większości francuskich polityków, a wówczas "Stary tygrys" pozostałby zupełnie osamotniony w swym uporze. Wystarczyło, żeby cesarz Wilhelm II posłuchał rad kanclerza. "Gdyby Prusacy nie zaryzykowali, tylko zachowali się rozsądnie i mądrze, pozostaliby nadal czołowym mocarstwem w Europie" - pisze w książce "Na rozdrożach dziejów" Andrzej Wielowieyski. "Kontrolowaliby Wschód Europy, Polskę, Bałtów, Rumunię i Bułgarię oraz Ukrainę z Kijowem i... ze Lwowem. Cesarstwo habsburskie pozostałoby jako Austria-Węgry-Czechosłowacja pod niemiecką kuratelą. Polska, składająca się z Kongresówki z Krakowem i Białymstokiem, byłaby czternasto-, piętnastomilionowym biednym, zniszczonym krajem, zależnym w pełni od Niemiec, bez szans na połączenie z Polakami z dzielnic pruskich ani też na poprawę ich statusu. Bylibyśmy przybudówką gospodarki Rzeszy, dostarczającej jej taniej siły roboczej, żywności i surowców".
Tak znakomity dla Niemiec scenariusz okazał się niemożliwy do realizacji. Cesarz Wilhelm II nadal marzył o światowym imperium i liczył się tylko ze zdaniem szefa sztabu generalnego feldmarszałka Paula von Hindenburga oraz wywierającego nań ogromny wpływ gen. Ericha Ludendorffa. Oni zaś byli pewni, że w 1918 r., po zawarciu pokoju z bolszewicką Rosją, pobiją Francję, nim nadciągną posiłki ze Stanów Zjednoczonych. Całkowicie się pomylili, więc Niemcy przegrały wojnę, tracąc nie tylko Alzację wraz z Lotaryngią.
Klęski uczą z czasem
"Pochłoniemy albo usuniemy śmieszne sto milionów Słowian. Kto mówi o opiece, tego trzeba od razu wsadzić do kacetu" - oświadczył 6 sierpnia 1942 r. podwładnym Adolf Hitler podczas spotkania w Wilczym Szańcu pod Kętrzynem.
Dla wodza Tysiącletniej Rzeszy Mitteleuropa była tylko jednym z elementów ogromnego Lebensraumu dla narodu niemieckiego. Hitler tym różnił się od cesarza Wilhelma II, że chciał jeszcze szybciej i jeszcze więcej bez oglądania się na realia czy koszty. Wprawdzie na moment zjednoczył całą Europę Środkową, ale nawet sojusznicze Węgry, Rumunia i Bułgaria, gdy tylko Niemcy zaczęli przegrywać, podjęły dyskretne rozmowy z Zachodem. Końcowym efektem oparcia polityki na brutalnej sile militarnej były narodziny Mitteleuropy, tyle że pod protektoratem zwycięskiego Związku Radzieckiego.
Niemcy zostały podzielone i odepchnięte na zachód. RFN, aby odzyskać dawną pozycję, musiała zgodzić się na wspólną z Francją budowę zjednoczonej Europy. Ograniczonej zasięgiem do krajów demokratycznych. Ale klęska w II wojnie światowej przyniosła Niemcom jedną, być może bezcenną korzyść. Wreszcie, tak jak marzyli Friedrich List i Friedrich Naumann, głównym narzędziem używanym w kształtowaniu działań na arenie międzynarodowej stała się zręczna dyplomacja, wsparta potencjałem ekonomicznym państwa. Mistrzem wykorzystywania tych narzędzi do osiągania celów politycznych okazał się kanclerz Konrad Adenauer. Przy czym jego państwo wciśnięte między Związek Radziecki a Stany Zjednoczone zbudowało sobie zupełnie nową Mitteleuropę. Acz trudno przypuszczać, że ojcowie założyciele Wspólnoty Europejskiej marzyli o takim produkcie finalnym. Po prostu w praktyce zadziałały reguły dostrzeżone przez Friedricha Lista. Wysoko uprzemysłowione Niemcy, wkomponowane w duży obszar bez barier celnych, małymi krokami zdominowały otoczenie. W sposób pokojowy i zupełnie naturalny. Proces ten uległ przyspieszeniu po 2008 r., gdy światowy kryzys stał się katalizatorem zmian.
Ale to uzależnienie jest obustronne. Potęga gospodarcza współczesnych Niemiec zasadza się na eksporcie wysoko przetworzonych produktów przemysłowych. RFN to trzeci eksporter świata po Chinach i Stanach Zjednoczonych, z nadwyżką handlową wynoszącą ok. 200 mld euro w 2014 r. (dla porównania Chińska to ok. 230 mld dol.). Pozycja ta jest nie do utrzymania bez zachowania stabilnej, otwartej na przepływ towarów i kapitału Unii Europejskiej. Dlatego w tak niepewnych czasach jak obecne Berlin wyjątkowo nerwowo reaguje na każde zdarzenie mogące przynieść wypadnięcie elementu z tak skomplikowanej układanki.
Jeśli więc Warszawa zamiast tonować nastroje, pójdzie na dyplomatyczne starcie, w którym półamatorzy, specjalizujący się w dywagacjach o cyklistach i wegetarianach, będą musieli stawić czoło zawodowcom, to wynik jest z góry przesądzony. Łatwo zgadnąć, kto wygra, natomiast trudniej określić, jak wiele straci strona pokonana.
@RY1@i02/2016/004/i02.2016.004.000002800.802.jpg@RY2@
Philipp Guelland/dapd/East News
Pomnik Ottona von Bismarcka w Hamburgu
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu