Zjawisko przypadkowości wciąga
Dwadzieścia lat spędził za granicą. W Polsce Hubert Klimko-Dobrzaniecki czuje się jak turysta
"Był skubaczem indyków, mimem, świniopasem, robotnikiem rolnym, przemytnikiem diamentów, handlował kawiorem i dziełami sztuki" - informuje jego wydawca. On dementuje te rewelacje. "Nie mam czaderskiego życiorysu. Do niedawna chodziłem regularnie do pracy".
Zadebiutował w 2003 roku zbiorem opowiadań "Stacja Bielawa Zachodnia" w niszowej oficynie Mamiko. Nie miał pojęcia, jak działa rynek książki. Dlatego swojego startu nie wspomina dobrze. "Myślałem, że fajnie jest być promowanym przez lokalne wydawnictwo, w końcu pisałem o lokalnych sprawach. Ale projekt nie został tam dostatecznie spopularyzowany. Skończyło się na tym, że ksiądz z Nowej Rudy krzyczał na ambonie, żeby nie kupować mojej książki, bo to jest materiał pornograficzny". Okazało się to dobrą reklamą.
Z pisania żyje od niedawna. Od ponad trzech lat korzysta z programów stypendialnych. Wcześniej pracował jako pielęgniarz. Przez kilka lat opiekował się starszymi ludźmi w Islandii. Swoje doświadczenia wykorzystał, pisząc "Dom Róży. Krysuvik". Na powieściowy obraz złożyły się historie zebrane od różnych osób.
Z innych profesji, którymi się parał, najmocniej utkwiło mu w pamięci skubanie indyków w Wielkiej Brytanii. "Dostawałem pięćdziesiąt pensów od ptaka" - mówi. Ile jest prawdy w plotkach o tym, że przemycał diamenty? "Za komuny jako student musiałem sobie jakoś radzić. Urządzaliśmy z kolegami wycieczki do Związku Radzieckiego po złoto albo diamenty, które kupowaliśmy za pieniądze zarobione w Berlinie Zachodnim. Ale to nie był żaden przemyt" - zastrzega. "Dzięki temu można było przeżyć rok akademicki".
Studiował kilka kierunków. Zaczął od teologii w Koszalinie. "Wydawało mi się, że jeśli nie pójdę do seminarium, to będę kiedyś żałował. Byłem, zrezygnowałem, nie żałuję". Później rozpoczął studia filozoficzne w Poznaniu, ale przeniósł się do Wrocławia. Po czterech latach przerwał je, wyjechał z kraju, mieszkał w Holandii, potem w Anglii.
Na dłużej, bo aż na dziesięć lat, zatrzymał się w Islandii, gdzie studiował filologię islandzką. Tam poznał Agnieszkę - ożenił się z nią i przyjął jej nazwisko Klimko. "Dla mnie rodzina jest ostoją, miejscem, w którym człowiek czuje się bezpieczny i zrozumiany. Nawet jak gada głupoty".
Z Islandii wyjechał nie dlatego, że dowiedział się o nadciągającym kryzysie ekonomicznym, jak spekulowali niektórzy, ale ze względu na pracę żony. Zamieszkali w Wiedniu. Nowy kraj bardzo mu się podoba, chociaż niektóre cechy Austriaków uznaje za dziwactwa. "Tu wszystko jest ustalone, ma swoje pory. Kiedyś spotkałem sąsiadkę. Był późny wieczór, a ja wynosiłem śmieci. Według przyjętych zwyczajów w zupełnie nieodpowiedniej porze. Nie mogła pojąć, że można wynosić śmieci w nocy".
Wiedeński wątek umieścił w książce "Rzeczy pierwsze". Narrator dręczony przez obsesyjne myśli o zawiedzionej miłości odwiedza psychoanalityka. Doktor Gruber jako odtrutkę zaleca powtarzanie przed snem imienia księżniczki Wiktorii-Kawekiu-Lunalilo-Kalaninuiahilapalapa-Kaiulani-Cleghorn. Ale Klimko-Dobrzaniecki nie kpi z psychiatrów i psychologów. Sam nie był pacjentem żadnego z nich. "Pewnie takie spotkania pomagają, ale podobnie może pomóc spowiedź albo rozmowa z przyjacielem".
Miejscem, do którego ciągle wraca, jest Bornholm - mówi, że jeśli nie odwiedzi wyspy raz w roku, czuje się chory. Tam umieścił akcję swojej najnowszej powieści. "To raj dla rowerzystów. Ale ja jeżdżę tam przede wszystkim po to, żeby spotykać się z ludźmi. Ich opowieści bardzo mi pomogły w napisaniu książki".
Jeden z wątków tej powieści toczy się podczas niemieckiej okupacji wyspy. "Wciąga mnie analizowanie zjawiska przypadkowości, tego jak na przykład można być bezwiednie zamieszanym w wielką politykę - mówi. Mój bohater to taki niemiecki Szwejk. Chciałem pokazać, jak wojna mogła wyglądać bez przemocy".
Oprócz powieści i opowiadań Klimko-Dobrzaniecki stworzył też scenariusz filmu fabularnego. Za podstawę posłużyła powieść "Raz. Dwa. Trzy". Została przekuta na opowieść o polskim punku w realiach dolnośląskiej mieściny. Pisarz uprzedza zarzuty o kopiowanie pomysłu Jacka Borcucha, autora filmu "Wszystko, co kocham". Książka powstała, zanim go nakręcono. "Może wszyscy chłopcy z małych miast, którzy grali punka, są podobni? Może w związku z tym mają podobne pomysły" - zastanawia się. "Punk jest szybki, odjazdowy i brutalny. Dąży do punktu zasadniczego. Chciałbym zrobić szybki film z jajem. O chłopakach, którzy próbowali być kolorowi jak Sex Pistols albo The Clash".
Okres burzy i naporu przeżył w Bielawie - to miasteczko, w którym się urodził, wspomina z sentymentem. Wyróżniało się na mapie etnicznej powojennej Polski, bo oprócz rodaków zamieszkiwali je Grecy, uciekinierzy po wojnie domowej w 1949 roku, oraz niemieccy autochtoni. Zastanawiał się nawet nad powrotem w rodzinne strony. Uskładał na mieszkanie, kupił je w Jeleniej Górze. "Chciałem tam zamieszkać, ale nie mogłem. Zgubiłem książeczkę wojskową i nie mogłem się zameldować we własnym mieszkaniu. A bez meldunku nie mogłem dostać pracy, więc wyjechałem znowu" - dodaje.
W swoich powieściach od poważnego tonu woli groteskę. "To jest taka maska. Nie można strasznie opowiadać o rzeczach strasznych".
Po 20 latach spędzonych za granicą w Polsce czuje się jak turysta, mimo że bywa w kraju kilka razy w roku. Swoich obserwacji nie uważa za miarodajne, dlatego nie umieści kolejnej powieści w realiach współczesnej Polski. "Nigdy nie silę się na opisywanie rzeczywistości, której nie znam. Gdybym pomieszkał tu przez rok, może bym spróbował. A tak widzę tylko powierzchowne zmiany. Jak tę, że Warszawa jest teraz bardzo czysta, a centrum ładnie podświetlone. Ale nie wiem, jak żyją ludzie, czy dobrze im się powodzi".
@RY1@i02/2011/039/i02.2011.039.196.0043.001.jpg@RY2@
Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Anna Sidoruk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu