Żywe narzędzie
Niewolnictwo jest jak narkotyk. Przynosząc łatwy zysk, potrafi szybko stać się ważnym elementem gospodarki, a wówczas - choć degeneruje społeczeństwo - niezwykle trudno się z niego wyzwolić
Na terenie krajów Unii Europejskiej pracuje 880 tys. niewolników. Brzmi to nieprawdopodobnie, jednak aż tylu doliczyła się specjalna komisja Parlamentu Europejskiego CRIM, monitorująca m.in. zjawisko przestępczości zorganizowanej. Wedle raportu sporządzonego przez CRIM ludzi do pracy niewolniczej przymusza w Europie 3,6 tys. międzynarodowych gangów, co przynosi im ok. 25 mld euro zysku rocznie. Te liczby szokują. Acz opinię publiczną bardziej wzburzyła historia mieszkającej w Londynie zwykłej indyjsko-tanzańskiej pary, która przez 30 lat więziła trzy kobiety, traktując je jako darmową pomoc domową. Przy czym tylko jedna z ofiar pochodziła spoza Europy, a dwie pozostałe to 57-letnia Irlandka oraz 30-letnia Brytyjka przetrzymywana w niewoli od urodzenia. To, że nikt przez tyle lat nie zauważył, iż w budynku przy Peckford Place mieszkają trzy niewolnice, zmotywowało brytyjski rząd do działania. Minister spraw wewnętrznych Theresa May zapowiedziała powołanie instytucji rzecznika ofiar, reprezentującego osoby zmuszane wbrew swojej woli do pracy. Jednocześnie resort opracował projekt ustawy (Modern Slavery Act), przewidujący 14 lat więzienia za korzystanie z pracy przymusowej i zrównujący ją z niewolnictwem. W Izbie Gmin brytyjskie MSW zaprezentowało dokument 16 grudnia 2013 r.
W tym samym czasie rozgorzała we Francji debata na temat projektu prawa nakładającego wysokie kary finansowe (do 1,5 tys. euro) na osoby korzystające z usług prostytutek. Obrady nad nim rozpoczął parlament po ogłoszeniu danych, że ok. 90 proc. prostytuujących się kobiet pochodzi z Europy Wschodniej lub Afryki, a przytłaczająca większość do pracy niewolniczej zmuszają organizacje przestępcze. Już tak pobieżne dane wskazują, że na Starym Kontynencie następuje renesans niewolnictwa. Co powinno niepokoić, bo niewiele jest zjawisk zdolnych wywrzeć na całe społeczeństwa bardziej destrukcyjny wpływ.
Przynosi zysk i się nie opłaca
"To rodzaj narzędzia, które potrafi mówić" - tak Marek Terencjusz Warron zdefiniował człowieka zamienionego w niewolnika. W jednym zdaniu rzymski uczony zawarł opis skutków odebrania komuś wolności i człowieczeństwa dla ekonomicznych korzyści. Niewolnictwo w świecie starożytnym było rzeczą powszechną. Wolność tracili obywatele podbijanych państw, niewypłacalni dłużnicy, pechowcy porwani przez bandytów, a potem sprzedani na targu. Ich dalsze losy zależały od przyszłych właścicieli oraz kraju, w którym się znaleźli. W większości greckich miast-państw nie wiodło im się tak źle. Pracowali w prywatnych domach lub na roli. Jednak zawsze stanowili jedynie siłę pomocniczą, a gospodarka opierała się na pracy wolnych najemników lub właścicieli wraz z rodzinami.
Wyjątek stanowiła Sparta. W Lakonii, podbitej przez plemię Dorów, miejscowych chłopów nazywanych helotami sprowadzono do roli niewolników, uprawiających ziemię dla zwycięzców. Spartanie nie musieli dzięki temu zajmować się pracą fizyczną i cały swój czas poświęcali na doskonalenie wojennego rzemiosła lub politykę. Taka egzystencja wydawała się obietnicą raju na ziemi - przynajmniej dla grupy trzymającej władzę. Tymczasem zamknęła ona Spartan w totalitarnym obozie wojskowym, oferując życie w nieustannym strachu, nie przed wrogiem zewnętrznym (Sparta budziła grozę w całej Grecji), lecz przed buntem helotów. Aby nie musieć pracować, Spartanie podporządkowali państwu życie jednostki od narodzin aż do śmierci. O losie noworodka decydował urzędnik. Po oględzinach, jeśli maluch nie wyglądał dość zdrowo, zabijano go, rzucając w przepaść z góry Tajgetos. Jeśli dziecko dożyło siedmiu lat, bez względu na płeć było zabierane rodzicom i trafiało do koszar. Tam do 18. roku życia tresowano rekrutów na doskonałych żołnierzy, całkowicie posłusznych wobec przełożonych. W koszarach wykształcono charakterystyczną dla Spartan mentalność. Bali się oni wszelkich zmian, odmienne opinie uznawali za nieposłuszeństwo wymagające kary. Liczyła się tylko dyscyplina. W czasach swojej świetności Sparta dominował militarnie na całym Peloponezie, ale nigdy nie zasłynęła z powodu swego bogactwa czy osiągnięć kulturowych. Gdy przestano się jej bać, wówczas się okazało, że to tylko pięć nędznych wiosek, zamieszkiwanych przez nieliczną i mocno zdegenerowaną społeczność.
Oparcie ekonomii państwa na pracy niewolniczej nie wyszło na zdrowie także Rzymianom. Choć u nich proces uzależniania się od niewolników przebiegał stopniowo i nigdy nie zaszedł tak daleko jak w Sparcie. Początkowo w republice dominowały małe gospodarstwa rolne prowadzone przez właścicieli. Jednak w II wieku p.n.e., gdy państwo musiało toczyć jednocześnie wiele wojen, obywatele zasilali szeregi legionów. Gospodarstwa pustoszały, a potem skupowali je wielcy posiadacze ziemscy. Jednocześnie wojny owocowały ogromną liczbą tanich jeńców, zaś posiadaczom latyfundiów bardziej opłacało się kupować ludzi, niż ich zatrudniać. Z czasem ten sam proces dotykał kolejne profesje. Niewolnicy z różnych stron świata zostawali w prywatnych domach kucharzami, fryzjerami, nauczycielami, sekretarzami, bibliotekarzami. Ginęli na cyrkowych arenach ku uciesze tłumów. Rzym już nie mógł się bez nich obejść, bo zapewniali rozwój gospodarczy. Zajęć zaś brakowało dla stopniowo ubożejących obywateli. Żeby uniknąć rewolucji, państwo zapewniało im darmowy chleb i rozrywkę w postaci igrzysk.
Uzależnienie szkodzi
Oparcie gospodarki na niewolnictwie wymagało zadbania o jakość wykonywanych prac przymusowych. Ludzie do czegokolwiek zmuszani zwykle są dużo mniej wydajni. Pierwszy z rzymskich polityków specjalizujący się w kwestiach ekonomicznych Katon Starszy uważał, iż najlepszą radą na to są dyscyplina oraz nieustanny nadzór. W spisanych przez siebie "Księgach o rolnictwie" podawał wiele praktycznych sposobów na poprawienie wydajności pracy niewolników. Tych zatrudnionych w winnicach i na polach zalecał zakuwać w łańcuchy, by nie kusiła ich perspektywa łatwej ucieczki, ale dla podniesienia morale proponował zapewnić im lepsze wyżywienie. Zdaniem Katona narzędzia, w jakie ich wyposażano, powinny być najprostsze, ponieważ niewolnicy nigdy nie dbali przedmioty należące do pana. Obniżkę kosztów dawało się też osiągnąć dzięki zmniejszeniu racji żywności osobnikom, którzy chorowali. Tych najmniej wydajnych należało po prostu sprzedać. "Każdy niewolnik miał albo robić coś potrzebnego w domu, albo spać. I Katon bardzo się cieszył z dobrze śpiących. Uważał, że tacy są ochotniejsi niż ci nieśpiący i że są lepsi do wszelkich usług ci, co snu zażyli, niż ci niewyspani" - tak Plutarch z Cheronei w "Żywotach sławnych mężów" przedstawiał codzienność w latyfundiach polityka.
Ze zmarłym w 149 roku p.n.e. Katonem Starszym polemizował sto lat później Marek Terencjusz Warron. Podnoszone przez niego postulaty brzmiały wręcz rewolucyjnie. Uczony uważał, że praca niewolników jest z natury swej zbyt mało owocna, przez co gospodarka rolna nie dość dobrze się rozwija, a uzyskiwane plony są niskie w porównaniu z możliwymi do osiągnięcia. Proponował zatrudnianie na roli większej liczby najemników za godziwą pensję. Uczony odradzał też stosowanie wobec niewolników kar cielesnych i wymuszanie posłuchu okrucieństwem. Promował pozytywne zachęty, jak np. poprawę warunków życia, zgodę na zakładanie rodzin i posiadanie własnego dobytku.
Gdy Warron spisywał rozprawę "O gospodarstwie wiejskim", Rzym miał już za sobą epokę powstań niewolniczych. Najsłynniejsze z nich - powstanie Spartakusa - wybuchło w 73 r. p.n.e., okazując się tak traumatycznym doświadczeniem, że choć jego uczestnicy skończyli zawieszeni na 6 tys. krzyży ustawiony przy Via Appia, strach przed nadmiernym uzależnieniem się od pracowników przymusowych pozostał. Od tego momentu władze republiki, a potem kolejni cesarze konsekwentnie starali się ograniczać rolę niewolnictwa w gospodarce. Wydano kilka edyktów chroniących ludzi pozbawionych wolności przed samowolą właścicieli. Pozwolono niewolnikom pomnażać oszczędności i się wykupywać. Zapanowała nawet moda na ich wyzwalanie. W końcu zaczęło rosnąć w siłę chrześcijaństwo, będące pierwszą religią jednoznacznie i bardzo surowo potępiającą niewolenie ludzi. W granicach Imperium Rzymskiego różnice między wolnymi i pozbawionymi wolności się zacierały. Nie uchroniło to mocarstwa przed upadkiem, jednak ukształtowało średniowieczną Europę, w której niewolnictwo wprawdzie występowało, lecz długo pozostawało na zupełnym marginesie.
Zamiast roboczych wołów
Łatwy zysk przynoszony przez pracę przymusową zaważył także na losach Rzeczpospolitej. Jeszcze w XV w. miejscowi chłopi cieszyli się wolnością osobistą, ochroną prawną i możliwością rozwijania własnych gospodarstw. Obowiązek odpracowania bez zapłaty jednego dnia w tygodniu w folwarku właściciela wsi Sejm nałożył na nich w 1520 r. Niedługo potem eksport zboża stał się fundamentem ekonomicznej pomyślności Rzeczpospolitej. Każdy szlachcic, który zajmował się rolnictwem, starał się produkować go jak najwięcej, jednocześnie tnąc koszta. To wymagało licznych rąk do pracy, najlepiej niedomagających się zapłaty. Wybrano sposób najprostszy, czyli stopniowe podnoszenie liczby dni pańszczyzny w tygodniu i odbieranie chłopom praw, tak aby nie mieli możliwości porzucenia wsi ani odmówienia wykonania poleceń. "W Danii i Polsce lud to po prostu niewolnicy, tak że szlachta i możni szacują swe majątki nie według czynszów, lecz liczby chłopów, którzy są wszyscy niewolnikami" - zanotował w 1590 r. podczas zwiedzania Rzeczpospolitej angielski podróżnik Fynes Moryson.
Kilkadziesiąt lat później wymiar pańszczyzny w prywatnych folwarkach wynosił już sześć dni w tygodniu, a sprzedawanie lub kupowanie miejscowości wraz ze wszystkimi mieszkańcami było rzeczą zwyczajną. Posiadacz wsi mógł też zupełnie bezkarnie nakazać egzekucję dowolnego poddanego, jeśli naszła go taka ochota. Zaszokowany tym Francuz Gaspar de Tende, gdy znalazł się w 1648 r. na dworze króla Jana Kazimierza, starał się dowiedzieć, jak gospodarze taki przywilej godzą z nakazami chrześcijaństwa. "Polacy odpowiadają na to, że wprawdzie władzę taką istotnie dzierżą, lecz nie korzystają z niej, podobnie jak inne narody nie korzystają z prawa zabijania wołów roboczych czy koni. Chłopi zaś traktowani są przez szlachtę, podobnie jak tamci traktują bydlęta" - opisywał. Choć zaznaczał, iż był świadkiem: "zabijania chłopów przez panów, zamroczonych gorzałką lub szałem brutalnej pasji, której zwłaszcza młodzi ludzie łatwo dają się porwać".
Mordowania własnych podanych prawnie zabroniono dopiero w 1768 r. Wówczas Rzeczpospolita żyła już tylko wspomnieniami danej świetności, ponieważ sprowadzenie większości jej mieszkańców do roli tanich i użytecznych narzędzi na dłuższą metę całkowicie zahamowała rozwój kraju. Gdy na Zachodzie społeczeństwa podlegały burzliwym przemianom, których efektem okazały się narodziny nowoczesnego kapitalizmu, Polska na dwieście lat zastygła w tej samej formie, by potem paść ofiarą ościennych mocarstw.
Podobny los spotkał jej sąsiada Chanat Krymski. Główny dochód utworzonemu przez Tatarów państwu przynosił handel ludźmi. Z jednej większej wyprawy wojennej Tatarzy przywozili średnio 3-5 tys. osób trafiających potem zwykle na targ niewolników w Stambule. Porwany przez nich Polak lub Rusin kosztował ok. 40 czerwonych złotych, co przy tysiącach transakcji czyniło proceder bardzo dochodowym.
Jak szacuje Leszek Podhorodecki w książce "Chanat Krymski", Tatarzy uprowadzali w XVII w. rocznie około tysiąca obywateli Rzeczpospolitej. Handel żywym towarem na pograniczu polsko-tatarsko-tureckim nie zamarł i stulecie później. O tym, że nadal uważano go za rzecz naturalną, świadczy przebieg opisanej przez Podhoreckiego wizyty posła Rzeczpospolitej Pawła Benoe w 1742 r. w Stambule. Dyplomata "głuchy był na rozdzierające prośby i płacz niewolnic polskich padających mu w Stambule do nóg, a jedną nawet kopnął. Jego służba przebrała tę kobietę po polsku i ukryła w orszaku legacji przemyciła aż do Chocimia". Jednak już za polską granicą dogonił poselstwo właściciel branki. Wówczas Benoe, respektując prawo własności, kazał oddać Polkę, zaś służbę ukarał.
Wyjątek od reguły
Kraje, w których niewolnictwo zapuściło najmocniej korzenie pod koniec XVIII w., odstawały coraz bardziej ekonomicznie i cywilizacyjnie od Zachodu. Charakteryzowała je niewydolność gospodarcza, połączona z archaicznym systemem politycznym. Wyjątek stanowiła Rosja, gdzie prawa chłopów były jeszcze bardziej ograniczone niż w Rzeczpospolitej, oraz południowe stany USA. Zwłaszcza ten ostatni przykład wydawał się całkowitym odstępstwem od reguły.
Za uczynienie niewolnikami większości swoich mieszkańców państwo carów zapłaciło zacofaniem i późniejszym fermentem, który przyniósł w XX w. krwawą rewolucję. Z kolei południe Stanów Zjednoczonych do końca prosperowało znakomicie, opierając swój sukces ekonomiczny na czarnych niewolnikach. W Ameryce bardzo brakowało rąk do pracy na plantacjach bawełny, ale skutecznie temu zaradzili ówcześni gangsterzy z Portugalii, Hiszpanii, Anglii, porywając lub kupując od arabskich handlarzy setki tysięcy mieszkańców Afryki, aby potem przewieźć ich za ocean. Wprawdzie jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson potępiał takie praktyki, ogłaszając w 1782 r., że niewolnictwo oznacza współistnienie: "niesłabnącego despotyzmu z jednej strony i poniżającej uległości z drugiej", ale racje polityczne przeważyły. Konstytucja USA pozostawiła regulowanie kwestii pracy przymusowej czarnych i ich wolności osobistej w gestii poszczególnych stanów. Dzięki temu ocalono jedność państwa. Ale koniec XVIII stulecia przynosił kolejne zapowiedzi, że wolnorynkowe, coraz bardziej demokratyczne kraje nie są w stanie na dłuższą metę akceptować legalności niewolnictwa. Rosnący w siłę ruch abolicjonistyczny wymusił już w 1807 r. wydanie przez brytyjski parlament zakazu brania udziału przez obywateli Zjednoczonego Królestwa w handlu ludźmi. Dwadzieścia sześć lat później zdelegalizowano niewolnictwo we wszystkich brytyjskich koloniach. W 1848 r. to samo uczyniła Francja.
Tymczasem w USA funkcjonowały obok siebie przeżywająca burzliwy rozwój przemysłu Północ oraz żywcem czerpiące wzorce ekonomiczne ze starożytności Południe. Kolejne artykuły prawne nadały czarnym status podobny do tego, jaki miały narzędzia. Niewolników można było: kupować, dziedziczyć, zapisywać i zastawiać w banku w zamian za kredyt. Jednocześnie drobiazgowo dbano, żeby się nie zbuntowali. Pod groźbą egzekucji zabroniono im noszenia broni, opuszczania terenu posiadłości bez zgody właściciela, zawierania małżeństw, a nawet nauki czytania i pisania. Ten model zniewolenia społeczności gwałtownie zmienił się po tym, jak w 1803 r. Kongres zabronił sprowadzania nowych niewolników spoza terytorium USA. Wówczas, mimo że prawnie nie uznawano małżeństw czarnych, sami właściciele zaczęli zachęcać ich do łączenia się w stałe pary i posiadania potomstwa. To stwarzało pozory życiowej stabilizacji i odbierało chęć do otwartego buntu. Jednak najważniejsze okazywało się potomstwo.
Dzieciom biali starali się zaszczepiać posłuszeństwo i poczucie niższości, aby karnie wykonywały polecenia. Około jednej trzeciej potomstwa niewolników przed 14. rokiem życia kupowali właściciele innych plantacji, czym zapewniano przyrost taniej siły roboczej, a była ona Południu bardzo potrzebna. W Anglii jedna za drugą powstawały nowoczesne przędzalnie i błyskawicznie rósł popyt na bawełnę. Tymczasem żadne inne miejsce na świecie nie nadawało się lepiej do uprawy tej rośliny niż południe USA. Jeśli w 1790 r. zebrano tam 3 tys. bel bawełny (ok. 680 ton), to w 1820 r. było to już ok. 4 mln bel (ok. 900 tys. ton). Taki skok produkcji umożliwiły nie tylko przymusowa praca, lecz także udoskonalanie jej organizacji. Opierała się ona na systemie brygadowo-zadaniowym. Każda brygada otrzymywała zadanie do wykonania, po jego realizacji następował czas wolny. Dlatego wszyscy starali się pracować jak najszybciej. Nauczono się też w miarę humanitarnie obchodzić z niewolnikami. Jak pisał do syna pewien plantator bawełny z Missisipi: niewolnicy "są ciemni, zdradliwi i nieznośni, to złodzieje i kłamcy, ale zdejmują z człowieka brzemię ciężkiej pracy i zasługują na dobre ludzkie traktowanie".
Tuż przed wybuchem wojny secesyjnej południowe stany USA rozwijały się bardzo dynamicznie, a 8 mln białych żyło w dobrobycie dzięki przymusowej pracy 4 mln czarnych. W monografii pt. "Nieludzka niewola: Wzrost i upadek niewolnictwa w Nowym Świecie" David Brion Davis przytacza dane mówiące, że ówczesne amerykańskie plantacje bawełny dostarczały 60 proc. światowej produkcji tego surowca, a kapitał inwestowany w niewolników był trzykrotnie większy od sum wydawanych na rozbudowę linii kolejowych w USA. Koegzystencja nowoczesnego kapitalizmu z niewolnictwem okazywała się możliwa. Jakie przyniosłaby na dłuższą metę skutki społeczne, nigdy się nie dowiemy, ponieważ Południe przegrało wojnę domową i w grudniu 1865 r. Kongres USA przegłosował trzynastą poprawkę do konstytucji, likwidującą niewolnictwo na całym terytorium Stanów Zjednoczonych. Jednak gdyby nie militarna klęska, najpewniej Południe jeszcze długo swoją gospodarkę opierałoby na pracy przymusowej. Co samo w sobie stanowi groźne memento, bo wskazuje, że i w nowoczesnym, demokratycznym państwie przyzwolenie na niewolnictwo łatwo może sprawić, że zacznie się ono kalkulować. A stąd do uzależnienia już tylko jeden krok.
Tuż przed wybuchem wojny secesyjnej południowe stany USA rozwijały się dynamicznie, a osiem milionów białych żyło w dobrobycie dzięki pracy czterech milionów czarnych
@RY1@i02/2013/249/i02.2013.249.000001800.803.jpg@RY2@
east news
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu