Pokojowy blitzkrieg
Światowy kryzys sprawił, że Niemcy mogą dziś stopniowo urządzać Europę po swojemu. Wydarzyłoby się to już sto lat temu, gdyby rządzące wówczas w Berlinie elity okazały więcej cierpliwości i mniej arogancji
Po zdecydowanym zwycięstwie Angeli Merkel w wyborach 22 września koła europejskie w Brukseli są zaniepokojone jej zbyt dużą władzą w UE" - ostrzegł w numerze z 25 września 2013 r. "Süddeutsche Zeitung". Przestrogę tę skierował do niemieckich elit, żeby jeszcze mocniej pilnowały się przed robieniem czegokolwiek, co powiększałoby rosnące w Europie obawy. Dziennik donosił, iż wielu unijnych dyplomatów wyrażało opinię, że "gdy kanclerz Niemiec czegoś chce, inni muszą się na to zgodzić". Do wybuchu światowego kryzysu wpływy Niemiec w Unii równoważyły Francja i Wielka Brytania. Ale obecnie prezydent Francois Hollande akceptuje niemal wszystkie decyzje Berlina, bo V Republika sama coraz bardziej potrzebuje ekonomicznego wsparcia. Z kolei rządzący w Londynie David Cameron woli dystansować się od reszty Unii, uwodząc wyborców obietnicami referendum na temat opuszczenia jej przez Zjednoczone Królestwo. Nic więc dziwnego, że coraz potężniejsze gospodarczo Niemcy uzyskują adekwatne do swojej pozycji wpływy polityczne. Nieśmiałe próby Komisji Europejskiej odwrócenia stanu rzeczy, jak np. wszczęta 13 listopada procedura "pogłębionej analizy" w sprawie rekordowej nadwyżki eksportowej Niemiec, nie zatrzymają procesu. Kiedy Niemcy rosną w siłę, a wszyscy wokoło słabną, stan równowagi w UE nie zostanie naruszony jedynie wówczas, gdy rządzące w Berlinie elity zachowają rozsądek i poczucie odpowiedzialności. Tymczasem gdy pojawiają się sukcesy, o zawrót głowy bywa niezwykle łatwo.
Motor Europy
Ubogi komiwojażer z Kolonii Nikolaus August Otto nie mógł śnić o poślubieniu pochodzącej z bogatego domu Anny Gossi bez zmiany swojego statusu społecznego. W państwach niemieckich wysoko ceniono ludzi zamożnych i arystokratów, lecz największym szacunkiem cieszyli się uczeni oraz wynalazcy. Otto, choć był samoukiem, zapragnął dołączyć do tego grona. Swoje niewielkie oszczędności zainwestował w pracę nad lekkim silnikiem, zdolnym napędzać pojazdy na zwykłych drogach. Zbyt ciężkie automobile parowe przegrywały konkurencję z zaprzęgami konnymi. Wyczerpanie się funduszy sprawiło, że Otto zaprosił do współpracy przemysłowca i inżyniera Eugena Langena, który dał się porwać idei silnika spalinowego. Po pięciu latach dopracowywania projektu w 1867 r. firma N.A. Otto and Co. zaprezentowała wynalazek na paryskiej wystawie technicznej. Zachwyceni silnikiem organizatorzy przyznali mu główną nagrodę, przewidując, iż może zafundować Europie rewolucję technologiczną na miarę tej zainicjowanej przez maszynę parową.
W tym samym czasie wynalazca prądnicy Werner von Siemens kończył pionierskie prace nad instalacją ulicznego oświetlenia w angielskim miasteczku Godalming. Oczywiście elektryczne lampy zasilał prąd wytwarzany przez wynalazek niemieckiego konstruktora. Rok później inny niepospolicie uzdolniony Niemiec Alfred Krupp zaoferował cesarzowi Francji sprzedaż pierwszych na świecie armat z lufami odlewanymi nie z brązu, lecz hartowanej stali. W liście skierowanym bezpośrednio do Napoleona III desperacko poszukujący kontrahentów przemysłowiec apelował: "Ważę się raz jeszcze złożyć u stóp Waszej Cesarskiej Mości najpokorniejszą prośbę o przyjęcie i zapoznanie się z prospektem wyrobów produkowanych w moich warsztatach". Jednak francuscy generałowie stanowczo odradzili monarsze ten pomysł.
Takich twórczych ludzi jak Otto, Siemens czy Krupp pojawiło się w tym czasie na terenie Niemiec całe mnóstwo. Ich pęd do ulepszania świata i dorabiania się fortun nie zmieniłby układu sił na Starym Kontynencie, gdyby nie Otto von Bismarck. Premier króla Prus Wilhelma I postawił sobie za cel zbudowanie państwa niemieckiego i z żelazną konsekwencją do niego dążył. W dwóch wojnach Prusy pokonały Danię i Austrię, a w 1870 r. rzuciły wyzwanie głównemu przeciwnikowi zjednoczenia Niemiec - Francji. Decydującą o losach wojny bitwę pod Sedanem rozstrzygnęło 500 stalowych armat z zakładów Kruppa zakupionych zawczasu przez Prusaków. "Gratuluję panu armii, a przede wszystkim artylerii" - powiedział Wilhelmowi I trzymający fason pomimo trafienia do niewoli Napoleon III.
Pokonana Francja nie mogła już zapobiec powstaniu jednego państwa niemieckiego. Dla innych mocarstw narodziny II Rzeszy nie wydawały się wówczas zdarzeniem zbytnio niepokojącym. Nowy kraj liczył 41 mln mieszkańców, a więc jedynie o dwa miliony więcej niż Francja, a jego przemysł wytwarzał ok. 6 proc. całości światowej produkcji, czyli mniej niż przemysł francuski. W tym czasie przemysł brytyjski dostarczał na światowe rynki ok. 40 proc. wyrobów. Choć pruska armia wzbudzała respekt, jednak z Londynu, Petersburga, a nawet pokonanego Paryża patrzono na Berlin z wyższością. Liczącą 700 tys. mieszkańców stolicę II Rzeszy nazywano wówczas pogardliwie "miastem prowincjonalnym".
Młode wilki przemysłu
Po wojnie kanclerz II Rzeszy Otto von Bismarck wyegzekwował od Francuzów kontrybucję w wysokości 5 mld franków w złocie (dziś byłoby to szacunkowo ok. 150 mld dol.). Posługując się zamówieniami rządowymi, wpompował w niemiecką gospodarkę ten ogromny kapitał za pośrednictwem banków inwestycyjnych, nazywanych grynderskimi. W ciągu zaledwie trzech lat na giełdzie w Berlinie pojawiło się ok. 900 nowych spółek zajmujących się głównie produkcją przemysłową. Prywatni inwestorzy zbudowali w Niemczech 20 tys. km linii kolejowych spajających nowo powstały kraj. Aby marka skutecznie konkurowała na rynkach finansowych z brytyjskim funtem, Bismarck wprowadził parytet złota. To natychmiast uczyniło z niemieckiej waluty pieniądz godny najwyższego zaufania. Gigantyczne inwestycje przyniosły powstanie na giełdzie ogromnych baniek spekulacyjnych i po dwóch latach hossy nastąpił krach. Jednak II Rzesza bardzo szybko podniosła się z ekonomicznego kryzysu. Jej największym kapitałem okazała się nie francuska kontrybucja, lecz przemysłowe elity, coraz mocniej zaangażowane w budowanie potęgi własnego kraju.
Silnik czterosuwowy, nazwany powszechnie "typem Otto", zawojował europejskie rynki. W 1871 r. fabryka N.A. Otto and Co. wyprodukowała go ledwie 500 sztuk, ale musiała odrzucić aż 2 tys. zamówień. Po sukcesie obaj udziałowcy skłócili się ze sobą i Langen przejął pieczę nad całością produkcji, zatrudniając na kierowniczych stanowiskach niezwykle kreatywne osoby. Nowym dyrektorem uczynił Gottlieba Daimlera, któremu asystował Wilhelm Maybach. Wkrótce fabryka z Deutz (przedmieścia Kolonii) stała się głównym dostawcą silników czterosuwowych dla całego kontynentu. Co nie powinno dziwić, skoro do 1895 r. ani jedna z wyprodukowanych w Deutz jednostek napędowych nie trafiła tam z powrotem w wyniku reklamacji.
Jednak nie znalazłyby one tylu nabywców, gdyby nie narodziny samochodu. Pierwszym konstruktorem, który zbudował pojazd zasługujący na to miano, był Karl Benz. Posag ślubny swojej żony Berty zainwestował razem z kapitałem dostarczonym przez Maxa Rose i Friedricha Esslingera w dopracowanie nowatorskiej maszyny. Wreszcie w październiku 1885 r. na dziedzińcu fabryczki Benza w Mannheim stanął gotowy automobil. Pierwsza jazda zakończyła się uderzeniem w ścianę i połamaniem wielu części. Jak donosiła lokalna prasa 3 lipca 1886 r., po naprawieniu automobilu, Benz przejechał nim kilometr ze średnią prędkością 11 km/h. Tak rodził się niemiecki przemysł samochodowy. Dziesięć lat później zakłady samochodowe Benza wytwarzały 135 różnych typów samochodów rocznie, konkurując z innym niemieckim koncernem motoryzacyjnym Daimler Motoren-Gesellschaf.
Równie burzliwie rozwijał się koncern Siemens AG, hojnie wspierany zamówieniami rządowymi, elektryfikując całe Niemcy. Choć i tak nic nie mogło się równać z wielką przyjaźnią, jaka rozkwitła między cesarzem i rządem a koncernem Kruppa. Potężna korporacja, dająca pracę 70 tys. robotników, stała się głównym dostawcą znakomitego uzbrojenia dla armii oraz wyrobów stalowych niezbędnych przy wszelkich inwestycjach budowlanych.
Ekspansja koncernów postępowała błyskawicznie, ponieważ w II Rzeszy nastąpiło niezwykłe połączenie kultu nauki oraz innowacyjności, porównywalnego jedynie z podobnym zjawiskiem w USA, z propagowanymi przez Prusy dyscypliną, pracowitością i posłuszeństwem wobec przełożonych. Niemiecki robotnik pracował wydajnie, dyrektorzy byli całym sercem oddani firmom, a właściciele dbali o jakość produkcji i nowatorstwo. Sześć największych niemieckich koncernów, m.in. Krupp i Siemens, zatrudniało w swoich laboratoriach 650 naukowców. W Wielkiej Brytanii dla całego przemysłu pod koniec XIX wieku pracowało 40 uczonych. W efekcie zmierzch dominacji brytyjskiej gospodarki następował nadzwyczaj szybko. Pod koniec stulecia tylko firma Kruppa oferowała światu nowatorskie silniki Diesla, karabiny maszynowe Maxime i najodporniejsze z płyt pancernych. W ulokowanym w Leverkusen laboratorium Farben fabriken vormals Friedr. Bayer & Co sprokurowano znakomicie sprzedające się w każdym kraju preparaty: aspirynę i heroinę, a także wiele nowatorskich leków. Ani Wielka Brytania, ani Francja nie potrafiły dotrzymać już Niemcom kroku.
Bolesne przebudzenie
"Potęga kapitałowa Rzeszy wzrastała tak szybko, że nie wystarczało jej miejsca we własnym kraju. Już w latach osiemdziesiątych rozpoczęły się na wielką skalę inwestycje niemieckie poza granicami. W latach 1883-1914 wzrosły one pięć razy, osiągając w 1913 r. wysokość 30 mld mk (przy 5 mld mk inwestycji zagranicznych w Niemczech)" - opisują Władysław Czapliński, Adam Galos i Wacław Korta w "Historii Niemiec". Ekspansji tej sprzyjał dość niezwykły ustrój polityczno-ekonomiczny II Rzeszy. Obywatele w demokratycznych wyborach wyłaniali Reichstag, posiadający bardzo szerokie uprawnienia ustawodawcze, włącznie z uchwalaniem budżetu. Jednocześnie całą władzę wykonawczą skupiali cesarz i mianowany przez niego kanclerz. Spośród krajów respektujących zasady demokracji oraz praworządności władzą wykonawczą o podobnie silnej pozycji mogły pochwalić się jedynie Stany Zjednoczone.
Sprawnie działający niemiecki rząd wspierał rozwój rodzimych koncernów i banków. Największy z nich Deutsche Bank w zaledwie dwie dekady zdobył sobie pozycję jednej z najbardziej wpływowych instytucji kapitałowych świata. Pod koniec XIX wieku mógł się pochwalić depozytami na kwotę 306 mln dol., ustępując tylko angielskiemu Lloyds Bank (355 mln dol. depozytu) oraz francuskiemu Credit Lyonnais (336 mln dol. depozytów). Decyzje rządowe określały również, gdzie przede wszystkim trafiał niemiecki kapitał. Z powodów politycznych lokowano go w krajach ościennych. O ile więc Anglia inwestowała głównie w swoich terytoriach zamorskich (ok. 50 proc. inwestycji), zaś Francja w Rosji oraz w koloniach, o tyle głównym terenem inwestycji dla koncernów z II Rzeszy były Austro-Węgry, kraje bałkańskie, Turcja oraz Bliski Wschód.
Wystarczyły zaledwie trzy dekady, by na początku XX wieku okazało się, że Wiedeń, Stambuł czy Bukareszt to stolice państw całkowicie zwasalizowanych wobec Berlina. Z powodu uzależnienia finansowego i gospodarczego tamtejsze rządy nie mogły już podejmować samodzielnych decyzji na arenie międzynarodowej. Były skazane na sojusz z II Rzeszą, niezależnie od własnych interesów strategicznych.
Londyn po raz pierwszy okazał zaniepokojenie tą sytuacją w 1887 r., gdy rząd Niemiec zapewnił koncernowi Kruppa ochronę przed brytyjską stalą, wprowadzając taryfy celne likwidujące jej import. W odpowiedzi brytyjski parlament przyjął specjalną ustawę narzucającą obowiązek oznaczania wszystkich niemieckich produktów etykietą "Made in Germany". Premier Salisbury założył, iż angielscy konsumenci wzgardzą takimi wyrobami, czym popisowo odstrzelił imperium stopę. Marka "Made in Germany" stała się bowiem na całym świecie symbolem wyrobów najwyższej jakości, niezwykle atrakcyjnych dla konsumentów, co bardzo przysłużyło się niemieckiemu eksportowi. W efekcie brytyjski przemysł w 1900 r. nie miał już czterokrotnej przewagi nad niemieckim. Wedle danych statystycznych Wielka Brytania wytwarzała wówczas 19,5 proc. światowej produkcji przemysłowej, a Niemcy 16,6 proc. Francja ze swoimi 6,4 proc. pozostawała daleko w tyle. Przy czym tempo rozwoju jednoznacznie wskazywało, że wystarczy jedna dekada, by gospodarka II Rzeszy stała się silniejsza od brytyjskiej. Wprawdzie w tym czasie prym wiedli już Amerykanie, zapewniając światu aż 35 proc. całości produkcji przemysłowej, ale Stany Zjednoczone znajdowały się daleko od Europy. Nikt też nie brał pod uwagę, że mogą wpłynąć na losy Starego Kontynentu. Rozgrywka o to, kto będzie nim rządził, toczyła się między Wielką Brytanią, Francją, Rosją a Niemcami. Przy czym wszystkie trzy stare mocarstwa słabły, a II Rzesza błyskawicznie rosłą w siłę. W ciągu 40 lat od jej powstania niemiecka produkcja przemysłowa wzrosła pięciokrotnie. Anglicy na dokonanie analogicznego skoku rozwojowego potrzebowali ponad 100 lat. Nic więc dziwnego, że obawy Londynu i Paryża rosły.
Zawrót głowy od sukcesów
Dopóki urząd kanclerza sprawował polityczny wirtuoz Otto von Bismarck, wzrost potęgi II Rzeszy umykał nieco uwadze świata. Po wygraniu wszystkich wojen niezbędnych do zjednoczenia Niemiec żelazny kanclerz dbał o europejski pokój. Potrafił też zapewnić swojemu krajowi stabilność wewnętrzną. Gdy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi możliwego buntu uboższych warstw społeczeństwa, które najmniej skorzystały na wzroście gospodarczym, natychmiast przejął postulaty socjalistów dotyczące zabezpieczeń socjalnych. Wprowadzając pierwszy w świecie powszechny system emerytalny, a także obowiązkowe ubezpieczenia zdrowotne, kupił społeczny spokój. Znamienne, że gdy we Francji i w Rosji anarchiści regularnie przeprowadzali zamachy terrorystyczne, a strajki robotnicze i bunty były codziennością, w Niemczech panował błogi spokój.
Z perspektywy Berlina wszystko zmierzało w jak najlepszym kierunku. W zacofanej Rosji trwało podskórne wrzenie. Car miał władzę absolutną, ale stale bał się buntu Polaków, Finów, Gruzinów i wielu innych nacji. Na jego życie dybali anarchiści oraz komuniści, spiskowała przeciw niemu inteligencja. Rozległe imperium chwiało się pod własnym ciężarem. Z kolei w Paryżu na szczytach władzy trwał nieustanny wodewil. Od wojny z Niemcami w 1870 r. do 1914 r. w III Republice utworzono i zdymisjonowano 52 rządy. Urząd premiera sprawowały przeważnie miernoty. Jeszcze gorzej prezentowali się kolejni prezydenci. Gdy stanowisko to objął marszałek Edme de MacMahon, nad Sekwaną wielką popularność zdobył sobie jego portret na koniu opatrzony podpisem: "Koń wygląda na inteligentnego". Ale i tak nie przyniósł on Francuzom tyle wstydu, co prezydent Jean Casimir-Perier, który po kilku miesiącach rządów doznał w 1895 r. rozstroju nerwowego i zaczął cierpieć na manię prześladowczą. Na plus należy zapisać mu, że przesłał wówczas parlamentowi list informujący, iż rzuca pracę, po czym natychmiast tak uczynił. Jego następca Felix Faure rządził cztery lata, ale jego dymisja przebiegła równie nieszczególnie. Odszedł z tego świata podczas stosunku z żoną pewnego malarza sprowadzoną do Pałacu Elizejskiego. Przeciw Francji była nawet demografia. Do 1914 r. liczba Niemców wzrosła do 68 mln. Francuzów było nadal ok. 40 mln.
Tak naprawdę jedynym poważnym przeciwnikiem Berlina w rozgrywce o Stary Kontynent okazywał się Londyn. Ale Wielka Brytania musiała zmagać się z buntowniczymi nastrojami w rosnącej liczbie krajów wchodzących w skład korony. W Południowej Afryce o niepodległość walczyli Burowie, marzyła się ona również Hindusom. Wojna mocarstw w Europie mogła przynieść rozpad imperium. Zjednoczone Królestwo nie paliło się więc do zbrojnego starcia z II Rzeszą. Umiejący mistrzowsko kalkulować Bismarck wiedział, że wystarczy cierpliwie czekać, a w kolejnym stuleciu to Niemcy uporządkują Stary Kontynent wedle własnego gustu. Ale gdy umarł stary cesarz, jego syn Wilhelm II ogłosił, że Niemcom potrzebne jest "miejsce pod słońcem" (Adolf Hitler nie był oryginalny, a jedynie przerobił cesarski slogan na "przestrzeń życiowa" - Lebensraum). Nowy władca był wnukiem królowej Wiktorii i wychowano go w angielskim stylu. Uwielbiał więc Imperium Brytyjskie i marzył, że stworzy jeszcze większe. Pierwsze więc co zrobił, to zdymisjonował zbyt zdroworozsądkowo myślącego Bismarcka. Co ciekawe, większość społeczeństwa ochoczo poparła cesarza. To, że w tak krótkim czasie nowo powstały kraj został światowym mocarstwem, zawróciło ludziom w głowach. Jak poczucie sukcesu zmieniało się w pychę, najlepiej obrazowały powstające w II Rzeszy nowe idee. Niemiecki filozof Karol Marks był przekonany, że wymyślił ideologię, która ukształtuje doskonałe społeczeństwo, pozwoli zrozumieć bieg dziejów i da możność dokładnego przewidywania przyszłości. Biolog Ernst Haeckel sformułował podstawy eugeniki, których wcielenie w życie miało spowodować definitywne zniknięcie jednostek chorych, kalekich i głupich. Najdalej poszedł Friedrich Nietzsche, ogłaszając śmierć idei Boga i zmierzch chrześcijaństwa, będącego dla niego "religią niewolników". Budowanie przyszłości Nietzsche oddawał w ręce jednostek wybitnych - "nadludzi", obdarzonych nieprzeciętną wolą i inteligencją.
Niemieckie społeczeństwo zdawało się od nich roić. W latach 1901-1914 na 42 przyznawane Nagrody Nobla z nauk ścisłych Niemcom przypadło aż 14, czyli ok. 30 proc. Potencjał naukowy II Rzeszy był większy od francuskiego i brytyjskiego razem wziętych. Bił na głowę nawet amerykański. Kraj posiadał najlepszą na świecie armię, najnowocześniejszą flotę, perfekcyjnie funkcjonującą kolej, a nawet pierwsze w świecie pasażerskie linie lotnicze. Od 1910 r. sterowce z fabryki Grafa von Zeppelina zapewniły regularne i szybkie połączenia między kluczowymi miastami Rzeszy. Niemcy byli świadomi swoich osiągnięć i własnej siły. Co rodziło niepohamowany apetyt na zdobycie jak najszybciej jeszcze większej władzy. Tak światowa wojna stała się nieunikniona, bo nikomu w Berlinie nie przychodziło już do głowy, że przecież wystarczy trochę poczekać.
@RY1@i02/2013/226/i02.2013.226.000001400.802.jpg@RY2@
AKG/East News
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu