Towar najbardziej pożądany
Przed stu laty słowo "Polaca" oznaczało w Ameryce Południowej kobietę lekkich obyczajów. Miejscowe domy publiczne pełne były uprowadzonych z kraju nad Wisłą i przymuszonych do prostytucji dziewczyn
Każdego roku kilka tysięcy młodych Polek trafia nie z własnej woli do domów publicznych na Zachodzie. Wedle danych Eurostatu za 2013 r. obywatelki Rzeczypospolitej znajdowały się w ścisłej czołówce nacji najbardziej narażonych na zetknięcie z gangami handlującymi żywym towarem. Wyprzedzały je jedynie: Rumunki, Węgierki i Bułgarki. Popyt na młode kobiety z najbiedniejszych krajów Unii generował rosnący rynek usług seksualnych w najbogatszych państwach. Jedynie w Niemczech doliczono się, że spośród 400 tys. prostytutek ponad 60 proc. pochodzi z Europy Wschodniej. Tamtejsza policja ocenia, iż przytłaczającą większość z nich przymusiły siłą do nierządu organizacje przestępcze. Czerpiące z tego krociowe zyski. Możliwość ich zwiększania automatycznie powoduje wzrost zapotrzebowania na żywy towar i tak biznes się kręci. To, jakie osiąga rozmiary, zwykle określa zdecydowana reakcja państwa. Jeśli jej brak, wówczas patologia zaczyna się zmieniać w plagę, jak miało to już miejsce w początkach XX wieku. Gdy burdele w Ameryce Południowej oferowały pracę dowolnej liczbie Polek.
Kłopot nie dla państwa
W maju 1899 r. przed sądem w Piotrkowie toczył się proces właścicieli domów publicznych w Będzinie oraz Sosnowcu: Mosze Hendlera i Icka Bienkiewicza. Oskarżano ich o kierowanie szajką handlarzy żywym towarem uprowadzającą kobiety do Buenos Aires. "Podajenci dostarczali im właściwego towaru z różnych okolic Królestwa, w ich rękach zbiegały się zewsząd nici organizacji handlu eksportowego, oni zaś sprzedawali już dziewczęta zagranicznym ajentom do Katowic" - opisywał Stanisław Posner na łamach "Gazety Sądowej Warszawskiej". W tym czasie Katowice znajdowały się na terenie Niemiec, ale przerzucenie kobiet przez granicę nie stanowiło dla gangu większego problemu. "Opowiadano ofiarom, że w Ameryce mało jest kobiet i skutkiem tego kobiety zarabiają tam znaczne sumy, ofiarowano im drogie suknie, kosztowności itd., pojono je i w takim stanie przewożono przez granicę, gdzie nie znając języka, nie posiadając środków, dziewczęta musiały jechać dalej" - opisuje Posner. Kiedy stawiały opór, bito je.
Prawnik i publicysta Stanisław Posner był jedną z pierwszych osób usiłujących nagłośnić narastający wówczas problem społeczny. Jako ideowy socjalista nie potrafił obojętnie przejść obok ludzkich tragedii. Zgadzał się z nim jeden z najwybitniejszych teoretyków polskiego anarchizmu, a zarazem wybitny biochemik Augustyn Wróblewski. Na łamach pisma "Czystość. Tygodnik Etyczny" w 1909 r. alarmował czytelników, że: "Polska dostarcza dla całego świata po kilkanaście tysięcy dziewcząt rocznie na ofiarę rozpuście. Są to częstokroć zupełnie skromne, niewinne istoty". Wtórowała im działaczka katolicka Maria Kobylińska, na co dzień mieszkająca w zaborze pruskim. Wszyscy oni zgodnie twierdzili, iż handel żywym towarem osiągnął skalę międzynarodową, zaś gangi przestępcze z różnych krajów blisko ze sobą współpracowały, porywając kobiety z najbiedniejszych obszarów Europy. Narastający problem dostrzegali też inni światli obywatele. Natomiast zazwyczaj ignorowały go rządy państw, na których terytoriach zamieszkiwali Polacy.
"Powodem, dla którego na ziemiach polskich zatrważająco kwitł proceder handlu żywym towarem, był więc przede wszystkim jednoznacznie negatywny stosunek państw zaborczych do Polski i Polaków" - opisuje Radosław Antonów w pracy pt. "Drogi hańby". Główny cel istnienia policji stanowiło ściganie konspiratorów i wywrotowców. A w tym paradoksalnie nierząd bywał bardzo pomocny. Zwłaszcza dla carskiej policji politycznej, Ochrany , sutenerzy i prostytutki okazywali się cennymi współpracownikami. Otaczano więc te środowiska opieką, nawet jeśli współuczestniczyły w porwaniach młodych kobiet. Zdarzało się nawet, iż cenzura państwowa na ziemiach Królestwa Polskiego zdejmowała artykuły przybliżające czytelnikom wiedzę o niebezpiecznym zjawisku, "pod pozorem, że są to oskarżenia, o których powinny wiedzieć tylko władze sądowe i policyjne". Nic więc dziwnego, że handel żywym towarem rozkwitał.
Cenne dobro eksportowe
"U nas ten handel kwitnie. Rocznie wywożą z Królestwa do 10 000 kobiet za granicę" - ostrzegał Augustyn Wróblewski. Wedle jego obserwacji: "handel kobietami do celów prostytucyjnych bywa detaliczny lub też hurtowy. Detalista dostarcza dziewczęta do celów prostytucyjnych rozpustnikom, a rzadziej do burdelów. Handel zaś hurtowy ma na celu dostarczanie do krajowych i zagranicznych lunaparów i jaskiń rozpusty całego świata ładnych dziewcząt".
Ofiarami porywaczy padały przeważnie bardzo młode panienki z ubogich domów. Często wysłane przez rodziców do innej miejscowości na zarobek. Niewykształcone, naiwne, łatwo dawały się skusić obietnicami poprawy losu. Naganiacze wyszukiwali je w pociągach oraz na dworcach kolejowych. "Handlarze żywym towarem udają zazwyczaj ludzi bardzo pobożnych, mówią w drodze (w pociągu - przyp. aut.) różaniec, nie cofają się nawet przed świętokradzkiem przyjęciem Sakramentów św., byle tylko pozyskać zaufanie upatrzonej ofiary" - opisywała Maria Kobylińska. Sama działała w Katolickim Towarzystwie Opieki Dworcowej, starając się odnajdywać zagubione podróżniczki, aby chronić je przed zakusami złoczyńców. Ci jednak wykazywali się ogromną przebiegłością. Zazwyczaj młode kobiety czuły daleko posuniętą nieufność wobec nawet najmilszych mężczyzn. Natomiast inaczej traktowały przedstawicielki tej samej płci. "W podróży, lub na dworcach, operują często kobiety agentki. Ubrane w eleganckiej żałobie, udają wdowy po wojskowych lub urzędnikach, wypatrują okiem znawcy dziewczęta poszukujące zajęcia, znajomią się z niemi, zręcznie dowiadują się o ich stosunki i za pomocą obietnic wabią w sidła" - ostrzegał czytelniczki Augustyn Wróblewski. Aby pozyskać zaufanie ofiar, członkinie gangu oferowały ubogim panienkom pożyczenie eleganckiego stroju lub pieniądze. Tak budowano pierwsze nici zaufania. Potem namawiano na wspólny wyjazd lub żądano odpracowania pożyczki w miejscu, gdzie już czekali na ofiarę porywacze. Dla przestępców najbardziej jednak wygodnym rozwiązaniem było takie, gdy obiekt ich zainteresowania sam dobrowolnie godził się wyjechać za granicę. Osiągnięcie tego wymagało na początku więcej zachodu, lecz się opłacało. Najbardziej wytrawni łowcy żywego towaru uwodzili kolejne panny, prosili o ich rękę, a potem wspólnie z małżonką udawali się w podróż poślubną.
"Jeden z takich handlarzy poślubił w Polsce przeszło 30 dziewcząt, które wywiózł potem do Brazylji i Argentyny" - wspominał ksiądz Stanisław Podoleński na łamach miesięcznika "Przegląd Powszechny" w styczniu 1931 r. Kanadyjska dziennikarka Isabele Vincent w książce "Ciała i dusze" opisała, jak trzynastoletnią Zofię Chamys z Warszawy uprowadził Izaak Buroski. Przekonał on ojca dziewczynki, że jako pomoc kuchenna w Argentynie zarobi w miesiąc tyle, ile w Polsce przez sześć lat.
"Mimo że ślub odbył się w pośpiechu i bez obecności przywódcy religijnego, rodzinie Chamys nie wydało się to niczym złym. Na przełomie XIX i XX wieku ceremonie takie były czymś normalnym w mniejszych i biedniejszych sztetlach, gdzie często nie było rabina" - opisuje Isabele Vincent.
Niektórzy gangsterzy poprzestawali tylko na zaręczynach. "Do »ofiary« zgłaszał się z wizytą młody, urodziwy młodzieniec, po krótkich konkurach oświadczał się; przyjęty, objaśniał, że tu pobrać się nie mogą, lecz tylko za granicą, on bowiem chce uniknąć służby wojskowej i zamierza emigrować do Ameryki" - przedstawiał, jak wyglądało uprowadzenie "na narzeczonego", Stanisław Posner. Zachwycone swoim nieoczekiwanym szczęściem dziewczyny godziły się przekroczyć granicę, używając sfałszowanego paszportu. W obcym kraju zaręczone panny orientowały się, iż są zupełnie zdane na łaskę narzeczonego. Ten zaś po prostu oddawał je w ręce wspólników. Bezradność kobiet w takich sytuacjach bywała ogromna, a uczestnicy procederu czuli się zupełnie bezkarni. Opisywana przez Posnera działalność gangu Hendlera i Bienkiewicza wyszła na jaw z powodu braku jakichkolwiek zahamowań wśród jego członków. Przerzucali oni hurtowo do Katowic kobiety uprowadzone w Królestwie Polskim. Ale pewnego razu jeden z członków grupy sprzedał pośrednikom w Katowicach kochankę kolegi i to za jedyne 47 rubli. Zwykle cena dziewczyny wahała się od kilkuset do kilku tysięcy rubli. Tymczasem wkrótce autor transakcji dowiedział się, że i jego kochankę sprzedano. Wówczas doniósł o wszystkim rosyjskiej policji, wsypując wspólników.
Droga za ocean
Najbliższym odbiorcą Polek uprowadzonych na terenie zaboru rosyjskiego stały się domy publiczne w stolicy Austrii. "W tajnym burdelu p. Riehl w Wiedniu, pod nazwą »Salon mód«, były kompletne cele więzienne zaryglowane, dla opornych, gdzie sadzano zwabiane, niby na modystki, dziewczęta, które się nie chciały oddać prostytucyi" - opisywał Augustyn Wróblewski. Innym, najprostszym sposobem zatrzymania nowego personelu w firmie okazywały się specjalnie przygotowane drzwi wejściowe. Otwierały się one z łatwością od strony ulicy, ale "od wewnątrz można je otworzyć tylko kluczem znajdującym się w posiadaniu gospodyni lub dozorczyni" - dodawał Wróblewski. Podkreślając przy tym, że osadzonym w domu publicznym dziewczynom odbierano zwykłe stroje i pieniądze, zastępując je wyzywającym odzieniem. W nim nie ośmielały się swobodnie wyjść na ulicę miasta. Zapotrzebowanie burdeli w Wiedniu na nowy personel bywało dość ograniczone. Natomiast w Ameryce Południowej panował ogromny deficyt białych kobiet. Płacono więc kolosalne sumy za ich usługi seksualne. Dlatego tamtejsi właściciele domów publicznych oferowali nawet 10 tys. niemieckich marek za jedną urodziwą Słowiankę. Gangom handlarzy opłacało się organizować przerzut kobiet za ocean. "Punktem zbornym są Katowice, skąd na Wrocław, Berlin, Londyn jadą do Ameryki" - relacjonował Stanisław Posner w artykule na łamach "Gazety Sądowej Warszawskiej". W lipcu 1901 r., podczas procesu szefa jednego z gangów, Johna Meyerowicza, przed sądem w Bytomiu świadek oskarżenia opowiadał: "Nie mówi się im oczywiście nic o właściwym celu podróży. Opowiadają im, że otrzymają w Argientynie dobre, zyskowne posady albo że czekają tam na nie bogaci krewni, o których istnieniu nic im dotychczas nie było wiadomo. Dalej, otrzymują one list, który opiewa, że zostały zaręczone z takim a takim młodym człowiekiem w Buenos-Ayres. Na miejscu przedstawiają im owego młodzieńca, a po pewnym czasie wydaje je się właścicielom lupanarów". Gangsterzy najchętniej korzystali z usług brytyjskich towarzystw żeglugowych. Posiadały one ogromne liniowce transatlantyckie, zabierające na pokład po kilka tysięcy pasażerów. Ludźmi podróżującymi trzecią klasą nikt się nie przejmował, nie wspominając już o sprawdzaniu ich tożsamości czy celu wyjazdu. W portach docelowych na naiwne Polki czekali odbiorcy. Było to działające całkowicie legalnie Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy. Wedle opisu Isabele Vincent prowadzili je polscy i rosyjscy Żydzi. Jedynie w Rio de Janeiro kontrolując ponad 400 burdeli. Z mafią, nazywaną potocznie "Warszawą", lokalne władze bały się zadzierać. Niemogące liczyć na niczyją pomoc dziewczyny z Europy trafiały na dwa tygodnie do "domów nauki". Tam posiadające długi staż prostytutki zdradzały im tajniki profesji. Przy okazji najbardziej niepokorne kobiety uczono posłuszeństwa, przeważnie biciem. Potem przenoszono je do któregoś z burdeli i tam rozpoczynały pracę.
"W Ameryce Południowej istnieje cała organizacja handlowa skierowana ku przywozowi białych niewolnic z krajów Starego Świata" - dostrzeżono już w 1899 r. podczas międzynarodowego kongresu zorganizowanego przez National Vigilance Association. Delegaci z europejskich państw wymieniali się wówczas informacjami dowodzącymi jednoznacznie, że w biedniejszej części Europy aż roi się od werbowników pracujących na zlecenie właścicieli domów publicznych z Ameryki Południowej. Apelowano więc do rządów, aby podjęły skuteczną walkę z procederem. Zwykle bez odzewu.
Stręczycielstwo z urzędu
Handel Polkami stał się w 1913 r. przyczyną sporego skandalu politycznego w Niemczech. Przez ponad dekadę kierujący tzw. stacją emigracyjną w Mysłowicach Max Weichmann wysyłał setki niczego niepodejrzewających kobiet do burdeli w Ameryce Południowej. Instytucja mająca pomagać ludziom emigrującym za ocean okazała się przykrywką dla handlarzy żywym towarem. Mysłowice zaś zamieniły się w kluczowy punkt przerzutowy dziewczyn skaptowanych w zaborze rosyjskim. Dzięki temu Max Weichmann mógł pomnażać swój majątek i zdobyć sławę wielkiego filantropa. Oprócz wspierania ubogich pieniądze przekazywał też burmistrzowi Mysłowic Heuserowi i szefostwu lokalnej policji. W zamian spokojnie prowadził interesy. Wszystko popsuł wachmistrz policji kryminalnej o swojsko brzmiącym nazwisku Halemba. Przez kilka lat tropił on uparcie kolejne przypadki handlu kobietami. Kilka dziewczyn nawet uratował, przy okazji aresztując i stawiając przed sądem osoby, które namówiły je do zagranicznego wyjazdu. W końcu Halemba zatrzymał pracującego w stacji emigracyjnej Samuela Lubelskiego, będącego prawą ręką Weichmanna. Ten nie zamierzał bezczynnie czekać, aż przyjdzie jego kolej, tylko umówił się na spotkanie z bardzo wpływowym dyrektorem generalnym towarzystwa okrętowego Hamburg-Amerikanische Packetgesellschaft. Obaj robili zbyt zyskowne interesy na kobietach, by łatwo z nich zrezygnować. Dyrektor szybko skontaktował się z przyjaciółmi w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W efekcie to uczciwego wachmistrza oskarżono o nadużycia i w trybie dyscyplinarnym usunięto z mysłowickiej policji. Ale całą sprawą zainteresowali się prasa oraz poseł do pruskiego parlamentu Wojciech Korfanty. W lutym 1913 r. wygłosił on porywającą mowę w obronie krzywdzonego policjanta, w międzyczasie dla załagodzenia sprawy zatrudnionego w magistracie. "A więc władze pruskie skarżą za to policjanta, że demaskuje handlarza żywym towarem!" - krzyczał Korfanty, sugerując, iż niemieccy urzędnicy wysokiego szczebla czerpią dochód z hańbiącego procederu. "Handlarz żywym towarem przez lata całe uprawiał swe niecne rzemiosło. Albowiem Lubelski i jego pracodawca Weichmann byli w porozumieniu z policyą mysłowicką. W restauracji naprzeciwko dworca w Mysłowicach otworzyli konto i urzędnicy brali sobie co dusza pragnęła. Nawet burmistrz mysłowicki w tę sprawę jest zawikłany" - perorował Wojciech Korfanty z parlamentarnej mównicy. Jego wystąpienie przedrukowało wiele gazet i sprawy już nie dało się zatuszować. Przed sadem stanęli Samuel Lubelski, Max Weichmann oraz kilku wykonawców ich poleceń. Surowych wyroków nie musieli się obawiać, bo niemiecki kodeks karny za handel kobietami w celu przymuszenia ich do prostytucji karał maksymalnie pięcioma latami więzienia. Takie też wyroki zapadły. A wkrótce potem wybuchła I wojna światowa i o całej sprawie zapomniano.
Warto mieć własne państwo
Zaraz po tym, jak II Rzeczpospolita okrzepła, coraz więcej osób zaczęło się domagać podjęcia przez władze skutecznej walki z uprowadzaniem kobiet do domów publicznych. W marcu 1923 r. ukonstytuował się Polski Komitet Walki z Handlem Kobietami i Dziećmi. Działał on we współpracy z międzynarodowym biurem zajmującym się taką problematyką, mieszczącym się w Londynie. Niedługo potem, ulegając naciskowi opinii publicznej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utworzyło Centralne Biuro dla Międzynarodowego Zwalczania Handlu Kobietami i Dziećmi. Dwa lata później zaczęto tworzyć kadry policji kobiecej. Zatrudniono w policji państwowej 50 kobiet, powierzając im bardzo trudne zadania. Wchodziły one m.in. w środowiska sutenerów i prostytutek, aby pozyskiwać informacje o handlu dziewczętami. W końcu prezydent Ignacy Mościcki w rozporządzeniu z 1927 r., regulującym kwestie emigracyjne, zakazał wydawania pozwoleń na emigrowanie samotnym kobietom, które nie ukończyły 21. roku życia. Co miało chronić młode osoby przez zakusami gangów stręczycieli. Natomiast polskie MSZ wzmogło naciski na rząd Brazylii, żeby ukrócił działalność Warszawskiego Towarzystwa Wzajemnej Pomocy. Ostatecznie w 1928 r. zmieniło ono swoją nazwę, ale nie sposób pomnażania kapitału.
Wysiłki władz ograniczyły liczbę obywatelek II RP uprowadzanych do domów publicznych. Jednak konsekwencje rozpowszechnienia się tego procederu odczuwano jeszcze długo. Autor wydanego w 1933 r. opracowania "Kobieta niewolnicą XX wieku" Kazimierz Raczyński twierdził, że wedle brazylijskich szacunków ok. 80 proc. prostytutek w domach publicznych Rio de Janeiro uprowadzono z Europy. Więcej niż jedna trzecia miała pochodzić z terenów Polski. "W każdym jednak razie muszą Polki stanowić bardzo pokaźny procent, skoro słowo »Polaca« stało się synonimem dziewczyny ulicznej, i to nie tylko na Atlantyckim wybrzeżu Ameryki Południowej, lecz synonim ten stał się również powszechny w Brazylii i Argentynie, jak nad cieśniną Magiellana, w Boliwii, w Peru, czy też Panamie" - ubolewał Raczyński.
Podobnie fatalnie na relacjach polsko-żydowskich odbiło się to, że największym z gangów - Warszawskim Towarzystwem Wzajemnej Pomocy - kierowali Żydzi. W międzywojennej prasie stale podkreślano, że wśród ujętych przestępców trudniących się handlem żywym towarem stanowili oni ok. 60 proc., co potęgowało i bez tego już mocne nastroje antysemickie.
Z problemem uprowadzania Polek władze Rzeczypospolitej znów muszą się mierzyć od końca lat 80., kiedy otwarto granice państwa. Sprawy nie ułatwia to, że rynek usług seksualnych w najbogatszych krajach generuje wielki popyt na żywy towar. A gdy jest popyt, to zawsze znajdą się ludzie organizujący podaż. W tym kontekście nic na aktualności nie straciło zanotowane przed stu laty spostrzeżenie Augustyna Wróblewskiego. "Śmieszną niekonsekwencją rządów jest tolerowanie domów publicznych i wydawanie praw i rozporządzeń zwróconych przeciw handlowi żywym towarem" - zapisał uczony.
W podróży, lub na dworcach, operują często kobiety agentki. Ubrane w eleganckiej żałobie, udają wdowy po wojskowych lub urzędnikach, wypatrują okiem znawcy dziewczęta poszukujące zajęcia, znajomią się z niemi, zręcznie dowiadują się o ich stosunki i za pomocą obietnic wabią w sidła
@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.000002200.803.jpg@RY2@
Getty Images
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu