Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Przez zamknięte granice

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Jeśli na towar jest duży popyt, nic nie powstrzyma przemytników. Celnicy w PRL byli bezradni wobec sprytu rodaków i trudno zakładać, że dziś ich następcy wygrają walkę z kontrabandą

Noworoczna podwyżka akcyzy na alkohol o 15 proc. według założeń budżetowych ma przynieść polskiemu państwu dodatkowe 780 mln zł zysku. Skutków podniesienia podatku akcyzowego na paczce papierosów o 5 proc. Ministerstwo Finansów nie ocenia już tak optymistycznie. Pewnie dlatego, że ta danina rośnie systematycznie od lat w całej UE. W efekcie na terenie Unii - jak oceniono w komunikacie przekazanym przez Komisję Europejską 6 czerwca 2013 r. do Parlamentu Europejskiego - konsumpcja papierosów pochodzących z nielegalnych źródeł wzrosła o 30 proc. Taki skok nastąpił w zaledwie 6 lat. Zdaniem autorów raportu obecnie co dziesiąty wypalany papieros pochodzi z przemytu, zaś budżety poszczególnych państw ponoszą gigantyczne straty. W Polsce nikt nie potrafi dokładnie oszacować rozmiarów szarej strefy. Gdy w sierpniu 2013 r. badacze z amerykańskiej organizacji American Cancer Society zbierali w Warszawie wyrzucone opakowania po papierosach i pytali palaczy, czy te, które mają przy sobie, są z banderolą akcyzową, doliczyli się ok. 15 proc. opakowań bez tego oznaczenia. Kolejne podwyżki przynoszą tylko rozszerzanie się szarej strefy. Podobnie rzecz będzie się miała z alkoholem, a szlaki przemytnicze wiodące na Ukrainę, Białoruś, do Rosji, a nawet do Chin bardziej rozkwitną. Według przywoływanego już komunikatu Komisji Europejskiej "istnieje potrzeba wprowadzenia w całej UE zniechęcających, skutecznych i odstraszających sankcji, w tym sankcji karnych celem skutecznego ograniczenia nielegalnego handlu wyrobami tytoniowymi, w szczególności przemytu, oraz ich stosowania przez sądy". Co powinno uradować gangsterów, bo oznacza brnięcie w ślepą uliczkę i większą opłacalność nielegalnego biznesu. A gdy coś się opłacało, to żadna siła na świecie nie była w stanie powstrzymać polskiego przemytnika.

Niestraszne rzeki i morza

"Przemytnik to wróg naszego bohaterskiego narodu! Przemytnik to szpieg!" - ostrzegał w specjalnym okólniku z czerwca 1948 r. zgorzelecki komitet Polskiej Partii Robotniczej. Rządzący w Polsce komuniści starali się uszczelnić granice państwa tak, by nikt nie potrafił się przez nie przemknąć w żadną stronę. Ale wystarczyło, żeby w Niemczech zabrakło zwierzęcego tłuszczu, i obrotni Polacy natychmiast próbowali na tym zarobić. Na próżno kierownictwo PPR w Zgorzelcu obiecywało, iż: "Więcej ani jednego deka tłuszczu nie przepuścimy przez granice naszego Ludowego Państwa", kontrabanda kwitła mimo patroli po obu stronach Odry oraz zasieków. Jerzy Kochanowski w książce pt. "Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944-1989" opisuje, jak udawało się utrzymywać szlaki przemytnicze przez granicę z NRD dzięki załogom barek pływających po Odrze. Parały się one tym procederem niezależnie od narodowości, a dzielnie wspierali je zwykli obywatele korzystający ze sprzyjających okoliczności, aby coś zarobić. W donosie napisanym jesienią 1951 r. na obywatelkę Marię Cyprys mieszkającą pod Niemodlinem można wyczytać, że zabiła "świnię o wadze ok. 100 kg, mięso przekazując załodze statku rzecznego pływającego Odrą, a prowadzonego przez obywateli niemieckich, otrzymując w zamian 4 tony węgla i znaczną ilość materiałów ubraniowych".

Możliwości prowadzenia wymiany handlowej marynarzy pływających po rzekach okazywały się jednak niewielkie w porównaniu z okazjami, jakie dawało morze. "Miasta portowe stanowiły poważniejszą lukę w żelaznej kurtynie niż się zazwyczaj uważa (a z pewnością najpoważniejszą w skali kraju)" - zapisał prof. Kochanowski. Z Gdańska i Gdyni, a potem także ze Szczecina polskie statki wypływały na Zachód. Od 1946 r. kursowały też regularne linie promowe do skandynawskich portów. Ze szwedzkimi czy z duńskimi załogami także można było robić interesy. Uczestniczący w nich nasi marynarze dawali dowody takiej obrotności, że marynarkę handlową przechrzczono szybko na polską "marynarkę handlującą". Co rychło dostrzegły odpowiednie instytucje państwowe. "Przemyt jest ukrywany w tankach (wodnych, benzynowych i ropnych), pod węglem na dnie statków, wreszcie w lukach pod magazynami statków, wejścia do których są zamaskowane zwojami lin stalowych" - raportowała w grudniu 1948 r. gdyńska Inspekcja Urzędu Celnego. Skarżąc się przy tym, że tanki zamykano klapami blokowanymi przez 30 śrub, które musiano odkręcać bardzo ostrożnie, natomiast liny ważyły ponad 2 tony. Dobranie się do kontrabandy kosztowało celników wiele godzin ciężkiej pracy. Nic więc dziwnego, iż często woleli się nie przemęczać, zwłaszcza gdy wdzięczni za to marynarze chcieli się czymś zrewanżować.

Skoro celnicy się nie sprawdzali, oko na przemytników miały też tajne służby. Legalnie polską granicę przekraczało wówczas ok. 170 tys. ludzi rocznie, więc obserwowanie ich poczynań za pośrednictwem zwerbowanych współpracowników wydawało się nie takie znów trudne. Wybitny szermierz Jerzy Pawłowski, nim został amerykańskim szpiegiem, rozpracowywał dla Wojskowej Służby Wewnętrznej sportowców i działaczy, z którymi jeździł na zagraniczne turnieje. W książce "Jerzy Pawłowski - szpieg w masce" Ireneusz Pawlik przytacza jego raporty z połowy lat 50. zawierające opisy wyczynów przemytniczych członków polskiej reprezentacji oraz tego, czym handlowali podczas wyjazdów na Zachód. Szczególne miejsce zajmuje w nich legendarny spiker sportowy Jan Ciszewski, który nie dość, że potrafił przewieźć przez granicę dużą ilość złota, to jeszcze - według doniesienia Pawłowskiego - sprzedając kruszec, okantował na 200 dol. jubilera w Brukseli.

Podróż musi się zwrócić

Władysław Gomułka nigdy nie należał do osób liberalnych, ale za jego rządów liczba ludzi przekraczających rocznie granice PRL wzrosła do 870 tys. Możliwe stały się wyjazdy turystyczne na większą skalę do krajów socjalistycznych, a nawet na Zachód. Tymczasem w ojczyźnie niedobory towarów nadal stanowiły trwały element codzienności, co zachęcało do podejmowania działalności handlowej. "Często zasadniczy cel wycieczek - zacieśnianie przyjaźni, zwiedzanie kraju i poznanie jego zabytków, nie jest osiągany w pełni, ponieważ wielu uczestników wycieczki zajętych jest przede wszystkim handlem i spekulacją, a nie zwiedzaniem kraju" - ostrzegało przywódców PZPR w swym raporcie już w sierpniu 1956 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Ostrzeżenie to nie było bezpodstawne. Do końca roku polscy turyści odwiedzający w zorganizowanych wycieczkach ZSRR dostarczyli do tamtejszych sklepów komisowych, skupujących używane towary, tyle produktów, że radziecki rząd wydał zakaz nabywania czegokolwiek od cudzoziemców.

Podczas odwiedzania przez wycieczki z PRL innych demoludów działo się podobnie. Na zlecenie władz w 1963 r. przeprowadzono wśród turystów badania dotyczące ich zachowania podczas wyjazdu zagranicznego. Według Pawła Sowińskiego, autora książki "Wakacje w Polsce Ludowej", na pytanie, ilu uczestników wycieczki zajmowało się handlem, zwykle padała odpowiedź, iż "jakaś połowa grupy". Polacy zarabiali niewiele i gdy udawało im się wyjechać, wówczas z wielką determinacją robili wszystko, by podróż się zwróciła. Przeważnie nie tylko się zwracała, lecz osiągano pokaźne zyski. W połowie lat 60. popularne stało się w PRL powiedzenie: "Jesteśmy za biedni, aby urlop spędzać w kraju". Jednak chcąc uzyskać godziwy zysk, podczas wyjazdu do innego kraju socjalistycznego należało wziąć ze sobą towary wyprodukowane na Zachodzie. I tu bezcennymi dostawcami znów stawali się marynarze. W latach 60. mieli oni ułatwione zadanie, ponieważ władze Polski Ludowej wyraziły zgodę na otwarcie w Rotterdamie, Kilonii, Hamburgu i kilku innych portowych miastach placówek skupujących używane rzeczy od tubylców. Potem punkt komisowy odsprzedawał oficjalnie nabytek jedynie obywatelom PRL. Punkty owe prowadzili zwykle polscy emigranci, potrafiący robić interesy z marynarzami tak, żeby ci nie płacili wysokiego cła za legalnie nabyte dobra. Wystarczyło wystawić dokument tylko na jeden produkt do oclenia, a całą resztę sprzedać spod lady. Zaprawiony w bojach nabywca wiedział dobrze, jak przemycić zdobycz do kraju. Według zbiorczych sprawozdań z 1961 r. portowe komisy zakupiły ponad 11 tys. zegarków, po czym najpewniej sprzedały. Służby celne PRL odnotowały zaś oclenie na granicy... czterech sztuk. Zdaniem prof. Kochanowskiego w tym czasie polska "marynarka handlująca" stanowiła już prawdziwą potęgę. Potrafiła zaspokajać: "niemałą część czechosłowackiego popytu na gumę do żucia (w końcu lat 50.) czy radzieckiego na peruki lub dżinsy (dekadę później)" - opisuje. Stać też ją było na jednorazowe, spektakularne akcje, jak np. wyczyn załogi statku o wieloznacznej nazwie "Kopalnia Wirek". Marynarze na nim zaokrętowani przemycili z Hiszpanii tonę czosnku, który upłynnili w kraju, zarabiając na każdym zainwestowanym dolarze aż 3100 zł (czarnorynkowy kurs wynosił 200 zł za dolara).

Wilkom morskim dzielnie sekundowali górale. Na Podhalu prawie każda rodzina, co było spuścizną po wielkiej emigracji z końca XIX w., miała kogoś w USA. Górale dawno oswoili się z dalekimi podróżami, a także przemytniczym procederem. Czerpali z niego dochód, od kiedy zamknięto granice państw i postawiono na nich celników. Zauważył to w 1959 r. Wydział ds. nadużyć gospodarczych NIK, oskarżając w swym raporcie mieszkańców Podhala, że obrót kontrabandą stanowi ich drugi zawód. Początkowo górale przenosili dobra materialne na słowacką stronę, wymieniając je za rzeczy poszukiwane w PRL. "Przemycanymi stamtąd zamkami błyskawicznymi zaspokajano potrzeby całej Polski" - twierdzi Jerzy Kochanowski. Dekadę później góralskie szlaki przemytnicze prowadziły już przez Jugosławię aż do Włoch. Zapewniały one konsumentom w PRL szeroki asortyment rzeczy, dostosowywany do zmieniającej się mody. "Tak więc w latach 1950-1960 hitem przemytniczym była sztuczna biżuteria, a w okresie 1956-1960 - wyroby kosmetyczne, zwłaszcza pomadki. Od 1958 do 1966 r. trwała koniunktura na ręczne zegarki, zaś w pięcioleciu 1960-1965 - na wyroby tekstylne" - odnotowuje Jerzy Kochanowski.

W tym czasie pojawiła się też nowa grupa specjalistów od kontrabandy. Byli to robotnicy przedsiębiorstw takich, jak: Dromex, Elektrim czy Budimex, które budowały drogi i fabryki w krajach Trzeciego Świata. Sklepy w Libii lub Iraku zapełnione były towarami rozbudzającymi w mieszkańcach PRL gorące pożądanie. Pewien kłopot stanowiło to, że robotnicy z kontraktów wracali czarterowanymi samolotami LOT-u. Musiano więc wchodzić w spółki z kapitanami maszyn. Co okazywało się nie takie trudne. Wyrywkowa kontrola przeprowadzona pod koniec grudnia 1968 r. na Okęciu wykazała, że na 57 pasażerów samolotu wracających z Bliskiego Wschodu przypadało ponad 6 ton bagaży. Czyli średnio każdy robotnik zabrał ze sobą 105 kg rzeczy zadeklarowanych jako osobiste.

Ofiary porucznika Borewicza

Na początku lat 70. Aleksander Jerzy Wieczorkowski został dziennikarzem "Trybuny Ludu", głównego organu prasowego KC PZPR. To otworzyło przed nim nowe możliwości. W październiku 1975 r. dostał pozwolenie na wyjazd do Republiki Federalnej Niemiec. Jechał tam jako rzecznik prasowy Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej. "Pierwszy wyjazd na Zachód!!! Miałem wtedy 46 lat" - zapisał we wspomnieniach pt. "Mój PRL". Przytacza w nich również pierwszy list, jaki z RFN wysłał do żony. "Rowicki (Witold - dyrygent orkiestry - przyp. aut.) ryczy na cały autokar, że mamy wśród nas frajera, który nie dość, że przyjechał bez kochera, talerza, noża, widelca, łyżeczki, suchej kiełbasy i puszek, to w dodatku kupuje w najdroższych sklepach!" - opisywał swój debiut turystyczny w kraju dewizowym. Wszyscy inni starali się wydawać jak najmniej i jednocześnie zarobić na lewo, ile się dało. "Kontroli celnej nie było, mogłem wziąć wszystko, karton extra mocnych, te ograniczenia to lipa" - wyznawał żonie ze wstydem. Muzycy sprzedawali przemycane towary, a potem starali się dotrwać do końca tournee, maksymalnie ograniczając konsumpcję. "Orkiestra podzielona na grupy instrumentów pitrasi w pokojach na kocherach, smyczki śmierdzą wieprzowiną w sosie własnym, blacha dorszem w pomidorach, a może odwrotnie. Smród w całym hotelu. Recepcjoniści patrzą na nas jak na dzikusów i słusznie" - odnotowywał Wieczorkowski.

Za rządów Edwarda Gierka przepisy dotyczące wyjazdów zagranicznych bardzo zliberalizowano. W efekcie wkrótce każdego roku odnotowywano ok. 10 mln wyjazdów zagranicznych. Wprawdzie i tak 90 proc. podróżnych udawało się do krajów socjalistycznych, jednak możliwości prowadzenia nielegalnego obrotu towarami stawały się coraz większe.

Na Zachód turyści i osoby jeżdżące w służbowe delegacje wiozły: wódkę, skóry z lisów, wyroby ze złota i bursztynu oraz stare książki. Przywożono wszystko, co dawało się przewieźć, acz największą popularnością cieszyły się zegarki elektroniczne, kalkulatory i gumy do żucia. No i oczywiście dewizy. Kiedy 9 maja 1973 r. celnicy w Gdańsku przeprowadzili rewizję bagaży wszystkich pasażerów na transatlantyku "Batory", powracającym właśnie z rejsu do USA, znaleźli łącznie ok. 1,1 mln dol.

Powstawały też gangi przemytnicze z prawdziwego zdarzenia. Powierzały one zwykłym turystom rolę wielbłądów, oddając za opłatą towary do przewiezienia przez granicę. Potem je odbierano i przekazywano hurtownikowi zajmującemu się dystrybucją kontrabandy i jej legalizacją. Ten intratny proceder rozrósł się do takich rozmiarów, że pobudzał wyobraźnię nawet twórców filmowych. W pierwszym odcinku kręconego od 1976 r. serialu "07 zgłoś się" najlepszy milicjant w PRL porucznik Borewicz musiał zinfiltrować i rozbić gang przemytników nie broni czy narkotyków, lecz ... krempliny. Niezwykle wtedy modna dzianina ze sztucznego włókna, nazwana też bistorem, budziła mordercze żądze. Gangiem kierował bezwzględny i bardzo przebiegły pan inżynier, często podróżujący na Zachód. Ale Borewicz, który wcześniej pracował na placówce w Londynie (co wskazuje, iż był agentem wywiadu PRL), poradził sobie z niebezpiecznymi złoczyńcami.

W realnym życiu władzy ludowej nie szło już tak dobrze. "Po stronie niemieckiej ujęto 446 Polaków, z czego 118 za przestępstwa kryminalne, a 112 za przemyt" - raportował w grudniu 1972 r. kierujący wrocławską Służbą Bezpieczeństwa płk Krynicki, analizując sytuację, jaka powstała na granicy z NRD, po wprowadzeniu możliwości jej przekraczania jedynie z wkładką paszportową dołączaną do dowodu osobistego. To otwarcie granicy ze wschodnim sąsiadem dało przemytnikom nowe możliwości. Pływające po Odrze barki zastąpiły zwykłe taksówki, na co jako pierwsi wpadli miejscowi Romowie. "Przemyt towaru odbywa się w obie strony, z tym że samą granicę Cyganie przechodzą pieszo, a taksówkarzy puszczają samych" - zanotowano w raporcie dolnośląskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Tak przewożono kożuszki i buty wykonane przez rzemieślników z Podhala, a także swetry. Sprzedawano je potem w bramach domów, nie oglądając się na tropiącą nieustannie handlarzy enerdowską milicję. Niemiecka Republika Demokratyczna okazała się też znakomitym punktem przerzutowym dla kontrabandy z Zachodu. Wystarczyło, wracając z kraju kapitalistycznego, zdeponować towar gdzieś w NRD, po czym spokojnie wjechać do Polski. Potem należało zdać paszport w urzędzie paszportowym i wrócić za Odrę, legitymując się wkładką w dowodzie osobistym. Takich turystów celnicy kontrolowali dużo mniej dokładnie, zwłaszcza kiedy tego samego dnia wracali z terenu sojuszniczych Niemiec wschodnich.

W parze z przemytem szło ogałacanie przez Polaków enerdowskich sklepów ze wszelkiego dobra, więc cierpliwość władz obu państw szybko się wyczerpała. Bez zapowiedzi 27 listopada 1972 r. wprowadzono przepis, że Polacy, wjeżdżając do NRD, mogą dysponować maksymalnie kwotą 200 marek wschodnioniemieckich oraz muszą mieć dowód dokonania ich legalnej wymiany. To wymusiło znalezienie bardziej intratnego szlaku przemytniczego.

Związek Radziecki się opłaca

Pisarz Marek Nowakowski wspomina w "Moim słowniku PRL-u", jak wielkim szczęściem było załapanie się na jadący w głąb ZSRR Pociąg Przyjaźni. Ten rodzaj wycieczek turystycznych organizowało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR) i cieszyły się one niezwykłym powodzeniem. Przy czym wcale nie chodziło o odwiedzenie atrakcyjnych miejsc zwykle niedostępnych dla obcokrajowców, lecz o to, że wśród jego pasażerów celnicy rzadko przeprowadzali rewizje osobiste i kontrole bagażu. Po przekroczeniu Bugu polscy turyści nie mieli żadnego problemu ze zbyciem setek przemyconych dżinsowych spodni czy amerykańskich papierosów. Rynek w Związku Radzieckim, tak słabo zaopatrzony w zachodnie towary, wchłaniał praktycznie wszystko. Nawet plastikowe torby, zwłaszcza gdy miały naniesiony napis w języku angielskim.

W drodze powrotnej Polacy kupowali kawior i złotą biżuterię. "Również wódki, koniaki (szczególnie Ararat) miały wielkie powodzenie" - zanotował Marek Nowakowski. Kiedy gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny i ukrócił wyjazdy na Zachód, dla specjalistów od kontrabandy ZSRR nabrał szczególnego uroku. Interesy dawało się robić z coraz bardziej zdemoralizowanymi oficerami ze stacjonujących w PRL jednostek Armii Radzieckiej. Posiadali oni przywilej nieograniczonej wymiany paczek z członkami rodziny pozostałymi w ojczyźnie. Polacy i Rosjanie pakowali więc w nie tekstylia i zegarki. Z powrotem wracały radia, aparaty fotograficzne, rowery, a nawet motocykle. Jednak i tak najbardziej efektywny okazywał się osobisty wyjazd. Granicę na Bugu w 1986 r. przekroczyło ponad 800 tys. Polaków. Więcej niż łącznie wszystkich obywateli innych państw socjalistycznych. Poza Pociągami Przyjaźni jeździli tam z wycieczkami Orbisu, w delegacje służbowe, a nawet na indywidualne zaproszenia. Najsprytniejsi korzystali z pociągów tranzytowych, które jadąc do Rumunii, teoretycznie nigdzie się nie zatrzymywały, więc nie podlegały kontroli celnej. Ale wystarczyło gdzieś w okolicy Lwowa zaciągnąć hamulec bezpieczeństwa i wyrzucić przez okno nową dostawę towaru, na którą w polu czekał już umówiony odbiorca. Nic dziwnego, że w tamtym czasie ukuto w ZSRR powiedzenie, iż: "Są na świecie dwie rzeczy niezwyciężone: Armia Radziecka i polski turysta", mając oczywiście na myśli osobę zajmującą się międzynarodową wymianą handlową w każdych okolicznościach. Ale czasy się zmieniły i Armia Radziecka już nie istnieje, w przeciwieństwie do polskich turystów.

@RY1@i02/2014/016/i02.2014.016.000002000.802.jpg@RY2@

Tadeusz Wackier/Forum

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.