Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Emigranci racją stanu

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Kiedy obywatel II Rzeczypospolitej decydował się na emigrację, państwo dbało, by podróżował bezpiecznie, nikt go nie oszukał, a na miejscu traktowano go z szacunkiem. Wszystko po to, żeby 2 mln wychodźców nie zrywało kontaktu z ojczyzną

Nie wiadomo dokładnie, ilu Polaków w ciągu ostatniej dekady opuściło na stałe kraj. Wedle szacunków GUS, sporządzonych na podstawie spisu powszechnego, jest ich około 2 mln. Na dłuższą metę utrata tak ogromnej liczby obywateli fatalnie wpłynie na sytuację ekonomiczną państwa, a zwłaszcza na stabilność i tak już sypiącego się systemu emerytalnego. Straty są nie do odrobienia, ale można spróbować je minimalizować. Tymczasem politycy, niezależnie od opcji, ograniczają się do stwierdzeń, że owszem, problem istnieje, lecz jak ognia unikają deklaracji, co można by przedsięwziąć. W ostatnich latach jedynym konkretnym działaniem okazała się telefoniczna rozmowa Donalda Tuska z premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem, dotycząca zapomóg dla polskich emigrantów, których dzieci pozostały w kraju. Wizja wyrządzenia przez brytyjski rząd socjalnej krzywdy 25 tys. naszych pociech oburzyła wszystkich od prawa do lewa. Tym bardziej że premier Cameron zasugerował, iż emigranci nadużywają miejscowego systemu opieki socjalnej, i zapowiedział ukrócenie całego procederu. Czym - jak zapisał na swym blogu poseł PO Adam Szejnfeld - "w ciągu jednego dnia schłodził relacje polsko-brytyjskie do poziomu temperatur Arktyki". Trudno jednak mieć nadzieję, że jednorazowa reakcja, wywołana urażeniem narodowej dumy i chęcią przypodobania się wyborcom, stanowi zapowiedź głębszych zmian. Mimo że fala wyjazdów z Polski znów się nasila, nikt nie myśli o stworzeniu choć w zarysie całościowej polityki emigracyjnej. "Emigracja to zło konieczne, które z tego właśnie powodu wymaga troskliwej analizy, aby zło neutralizować, a zysk zwiększać" - pisał w 1927 r. szef Biura Ekonomicznego Banku Polskiego Mieczysław Szawlewski. Ale wówczas rząd i cała klasa polityczna robiły, co mogły, żeby straty zamienić na zyski.

Góralu, czy ci nie żal

Pisarz Michał Bałucki nie stworzyłby nieśmiertelnego dzieła, gdyby pod koniec 1863 r. nie trafił za kratki za udział w wywrotowym spisku. Celę w wiezieniu św. Michała przy ul. Senackiej w Krakowie dzielił z bardzo smutnym góralem, nieustannie wspominającym rodzinę i Tatry. Aby trochę rozweselić współtowarzysza niedoli, Bałucki napisał wiersz pt. "Za chlebem". Zaczynał się on depresyjnie od słów: "Góralu, czy ci nie żal odchodzić od stron ojczystych". Ale po wielu wyciskających łzy strofach: "Powraca góral do chaty/ Na ustach wesoły śpiew/ Trzos w rękach niesie bogaty". Ostatnia zwrotka popadła jednak w zapomnienie i najsmutniejsza z polskich pieśni biesiadnych stała się nieoficjalnym hymnem emigrantów.

Jej popularność rosła wraz z falą wyjazdów, jaka przetoczyła się przez ziemie dawnej Rzeczpospolitej pod koniec XIX w. Wcześniej z ojczyzny jej mieszkańcy wyjeżdżali niechętnie, głównie z przyczyn politycznych. Od około 1880 r. trwał masowy exodus za chlebem. Do wybuchu I wojny światowej terytoria trzech zaborów opuściło na zawsze ok. 4,3 mln Polaków. Prawie połowa z nich osiedliła się w USA, zaś 200 tys. wybrało Brazylię. Dla wielu wyjazd był życiową tragedią. "Wzruszony emocjami przyszłej podróży i horoskopami złotego bytu, stawał się (emigrant - red.) podatnym łupem wyzysku agentów, karczmarzy, oraz sprytniejszych rodaków przy transakcjach majątkowych i przygotowaniach do podróży" - opisywał Mieczysław Szawlewski w eseju pt. "Kwestja emigracji w Polsce". Na miejscu też nie bywało lepiej. Przybysze musieli podejmować najcięższe i najgorzej płatne prace. Na mężczyznach żerowali oszuści, kobiety wpadały w ręce handlarzy żywym towarem, zaopatrujących w personel domy publiczne na terenie obu Ameryk. Państwo polskie nie istniało i wychodźcy mogli liczyć jedynie na siebie.

Jednocześnie odznaczali się oni niezwykłym przywiązaniem do ojczyzny. Podczas I wojny światowej to dzięki nim Stany Zjednoczone opowiedziały się za odbudową niepodległej Rzeczpospolitej. Zaś wpłacone składki i ochotnicy pozwolili sformować we Francji Błękitną Armię gen. Hallera, którą rząd Francji oficjalnie uznał za: "samodzielną, sojuszniczą i współwalczącą armię polską". W kluczowym momencie emigranci, czując emocjonalny związek z rodakami pozostałymi w kraju, okazali się kapitałem politycznym i ekonomiczny trudnym do przecenienia. Jak wiele on znaczył, doceniali ówcześni polscy przywódcy. Co ciekawe, wcale nie okazywali zadowolenia, gdy zaraz po powstaniu II Rzeczpospolitej, ponad 100 tys. wychodźców zadeklarowało chęć przyjazdu z USA do kraju. Ignacy Paderewski wystosował wówczas do Polonii apel, by zaniechała planów powrotu, zaczynający się od słów: "Jeszcze nie nadszedł czas". Polscy patrioci, mieszkający na stałe w USA, mogący wywierać nacisk na rząd mocarstwa, okazywali się niezastąpieni, gdy walczono o utrzymanie ledwo co odzyskanej niepodległości. Co też stale podkreślano. Dlatego szybko rozpoczęła się dyskusja, czy emigracji nie można jeszcze lepiej spożytkować. To, że miał się nią zajmować Państwowy Urząd ds. Powrotów Jeńców, Uchodźców i Robotników, uznano za zaniedbanie. Tuż po pierwszych wyborach Sejm zajął się sprawą i podjął zgodną uchwałę zobowiązującą rząd do jak najszybszego utworzenia Urzędu Emigracyjnego. Decyzją Rady Ministrów powstał on w kwietniu 1920 r. w ramach Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej.

Polak mądry przed szkodą

"Stajemy więc przed niezwykle trudnym, skomplikowanym i odpowiedzialnym problemem, do którego jesteśmy bardzo słabo przygotowani. Podobnie jak nasza bandera handlowa, nasz horyzont światowy jest bardzo wąski i powierzchowny, a studia prymitywne. Poznaliśmy świat tylko z biernej konieczności albo w kajdanach politycznych, albo zepchnięci na spód okrętów, w pogoni za lepszym chlebem" - oceniał Mieczysław Szawlewski. Pierwszy dyrektor Urzędu Emigracyjnego Józef Okołowicz jednak nie załamywał rąk, tylko wziął się ostro do pracy. Swoje cele sformułował w trzech konkretnych punktach. Brzmiały one: "1) aby jak najmniej obywateli emigrowało; 2) aby z tych, którzy emigrują, jak najwięcej wracało do kraju z jak największym dorobkiem materialnym i bez strat moralnych i fizycznych; 3) aby z tych, którzy na stałe pozostają na obczyźnie, jak najmniej przepadało dla Polski".

Tak ambitne zamierzenia wydawały się niemożliwe do realizacji. Rzeczpospolita była biednym krajem, z powoli rozwijającym się przemysłem, który nie mógł zapewnić pracy mieszkańcom przeludnionych wsi. Do tego jeszcze w Europie jedynym państwem o większym przyroście naturalnym okazywała się... Holandia. Te czynniki wymuszały nie tylko zgodę władz na emigrację, ale wręcz nakazywały zachęcanie do niej. Urząd Emigracyjny zajął się więc w pierwszej kolejności przygotowywaniem projektów ustaw i umów międzynarodowych ułatwiających życie ludziom decydującym się na wyjazd z kraju. Postarano się też wytypować państwa, gdzie opłacałoby się wysyłać wychodźców, by osiedlali się w zwartych skupiskach i zarabiali jak najwięcej. Ten ostatni czynnik znaczył bardzo wiele. Co roku emigranci przekazywali rodzinom w ojczyźnie ok. 250 mln dolarów, co stanowiło wówczas ok. 10 proc. ogółu wpływów dewizowych, uzyskiwanych za sprawą handlu zagranicznego. Zniknięcie tego dochodu mogło wstrząsnąć całą gospodarką.

Rzeczą oczywistą wydawało się, że należy promować osiedlanie się Polaków w USA. Ale w tym czasie moda na teorie eugeniczne sprawiła, że amerykański Kongres rozpoczął prace nad ustawą zapobiegającą napływowi do USA najgorszych ras. Za takie uznano Słowian oraz Żydów. Wprowadzony w 1922 r. National Origins Quota Act ustalał kwotę maksymalną pozwoleń na osiedlenie dla Polaków na zaledwie 6 tys. osób rocznie. Wprawdzie wychodźcy z Rzeczpospolitej radzili sobie z tym obostrzeniem całkiem inteligentnie, przyjeżdżając na Kubę lub do Meksyku, a następnie nielegalnie przekraczając amerykańską granicę, jednak rząd w Warszawie miał związane ręce. Prowadzenie zorganizowanego osadnictwa na terenie Stanów Zjednoczonych stało się niemożliwe. Urząd Emigracyjny postanowił więc promować wyjazdy do: Argentyny, Meksyku, Kanady i Brazylii. Polskim Żydom oferowano wsparcie, jeśli decydowali się na osiedlenie w Palestynie.

Co ciekawe, usiłowano używać emigracji jako narzędzia w polityce obronnej. Skoro Republika Weimarska nie chciała uznać zachodnich granic Rzeczpospolitej, zakazano wychodźstwa do Niemiec. Co miało odciąć miejscowe rolnictwo od taniej siły roboczej.

Okołowicz dążył do tego, żeby to przedstawiciele Urzędu Emigracyjnego skupili w swoich rękach nadzór nad całym procesem osiedlania się Polaków za granicą. Budowa systemu trwała kilka lat. Ostatecznie, gdy ktoś zdecydował się wyjechać w celach zarobkowych, musiał najpierw wystąpić o paszport emigracyjny. Wydawano go od ręki i bezpłatnie. Następnym krokiem było udanie się do jednego z 44 państwowych urzędów pośrednictwa pracy. Zajmowały się one wyszukiwaniem zatrudnienia dla Polaków w przyjaznych krajach, udzielały informacji, jak będzie wyglądała podróż oraz życie już na miejscu. Obywatel, który posiadł taką wiedzę, mógł się spakować i wsiąść do pociągu jadącego do Gdyni. Paszport emigracyjny gwarantował zniżkę na bilet i przewóz bagażu. W porcie na nową grupą wychodźców czekał już komisarz z Urzędu Emigracyjnego, aby się nimi zaopiekować. Sprawdzał więc statek pasażerski, czy warunki sanitarne i bytowe są odpowiednie. Jeśli znajdował uchybienia, linia oceaniczna mogła stracić popłatną koncesję na przewóz emigrantów. To wymuszało zadbanie o nich. Komisarz wraz z towarzyszącym mu tłumaczem opiekował się potem grupą przez całą podróż. Również już na miejscu świeżo upieczonych imigrantów nie pozostawiano na łasce losu. Obowiązkiem wspierania ich w każdej potrzebie obarczono konsulów. Aby się z niego wywiązywali, poddano ich nadzorowi utworzonej w 1923 r. Międzyministerialnej Komisji Opieki nad Polakami za Granicą.

Zagadnieniem emigracji państwo starało się też zajmować od strony teoretycznej. W trudnym dla rządu Władysława Grabskiego 1925 r. znalazły się w budżecie środki na utworzenie Instytutu Naukowego do Badań Emigracji i Kolonizacji. Kierował nim wybitny ekonomista prof. Stanisław Głąbiński, sprawując pieczę nad pracą ok. 360 uczonych, badających różne aspekty polskiego osadnictwa w świecie.

Polityka emigracyjna, której zręby zaczął budować zmarły w 1923 r. Józef Okołowicz, sprzyjała wychodźstwu. Wśród polityków panowała zgoda, że z powodu wysokiego bezrobocia stało się ono wręcz koniecznością. Jednocześnie nikt nie ośmielał się zaprzeczać, iż nawet po wyjeździe państwo ponosi "niezwykłą odpowiedzialność za jego obywateli, mogących iść na zgubę lub po dobrobyt" - podkreślał Mieczysław Szawlewski.

Aby mocniej pokochali ojczyznę

Podejście władz do problemu emigracji nie zmieniło się po zamachu majowym. Wedle Anny Kicinger, autorki opracowania pt. "Polityka emigracyjna II Rzeczpospolitej", podstawowe jej cele zostały podtrzymane, a działacze sanacji postawili na intensyfikację zaangażowania państwa. Jednym z pierwszych tego efektów był dekret prezydenta Ignacego Mościckiego, wydany w październiku 1927 r., porządkujący istniejące już ustawy. Prezydent kładł mocniejszy nacisk na konieczność zapewnienia przez służby dyplomatyczne opieki wszystkim emigrantom, niezależnie jak długo przebywali za granicą. Nowym elementem systemu stał się fundusz emigracyjny. Zasilana środkami z budżetu państwa instytucja zajmowała się udzielaniem wychodźcom kredytów oraz zapomóg, tak by na starcie nowego życia posiadali wystarczające środki finansowe. Rocznie funduszu rozdysponowywał sumę 2 mln zł (czyli ok. 400 tys. ówczesnych dolarów).

Inwestycje w emigrantów zwracały się z nawiązką. Gdy świat ogarnął wielki kryzys i załamał się handel międzynarodowy, dochody Polski z eksportu spadły do kwoty zaledwie 147 mln dol. (dane za 1932 r.). W tym samym roku emigranci przysłali bliskim wedle wyliczeń GUS ok. 231 mln dol. Żeby ułatwić przepływ gotówki z odległych stron Ministerstwo Skarbu w marcu 1929 r. utworzyło Bank Polska Kasa Opieki SA. W pierwotnym swym założeniu popularne PKO powstało, żeby polski emigrant w USA, Argentynie, Palestynie czy Brazylii ulokował oszczędności w polskim banku lub mógł łatwo przelać gotówkę rodzinie pozostającej w kraju. Bardzo szybko PKO utworzyło za granicą 25 oddziałów i rozpoczęło zwiększanie liczby agencji. "By zdobyć zaufanie polskich emigrantów i przyciągnąć ich oszczędności, w wielu oddziałach angażowano do pracy osoby mówiące po polsku. Liczba książek oszczędnościowych zakładanych w banku przez polskich emigrantów ciągle rosła, podobnie jak jego znaczenie w dokonywaniu przekazów pieniężnych" - opisuje Anna Kicinger.

Umacnianiu związku wychodźców z ojczyną służyły także, organizowane od 1929 r., zjazdy Polonii. Patronat nad nimi osobiście sprawowali marszałek Józef Piłsudski, prezydent Ignacy Mościcki oraz prymas August Hlond. Na zjeździe inauguracyjnym, podczas powitania delegatów przybyłych z 18 krajów Piłsudski bez ogródek stwierdził, iż celem rządu jest "zrealizowanie idei zjednoczenia naszych rodaków na obczyźnie w jedną organizacyjną całość dla dobra potęgi państwowej Polski". Co nie było takie proste. Polonia na całym świecie liczyła ok. 7,5 mln ludzi i pozostawała rozbita na różne organizacje, toczące ze sobą zaciekłe spory. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych rzadko polskim służbom dyplomatycznym udawało się łagodzić konflikty, choć bardzo się o to starano.

Nie pomogło nawet wybranie Rady Organizacyjnej Polaków z Zagranicy podczas I Zjazdu Polonii. Ciało to zajmowało się inicjowaniem współpracy między towarzystwami polonijnymi na całym świecie. W praktyce zwykle tam, gdzie znajdowało się choć dwóch emigrantów z Rzeczpospolitej, powstawały minimum trzy śmiertelnie ze sobą skłócone organizacje. I żadna siła nie potrafiła tego zmienić.

Wyjechać, ale dokąd?

W piśmie rozesłanym polskim placówkom dyplomatycznym w styczniu 1930 r. MSZ nakazywało służenie wychodźcom wszelką pomocą. "Opieka stanowi cel sam w sobie, który realizować jest obowiązkiem Państwa Polskiego, nawet niezależnie od wartości politycznej, jakie może ona dla Państwa przedstawiać" - oznajmiało ministerstwo. W tym czasie sytuacja emigrantów robiła się coraz trudniejsza. Światowy kryzys ekonomiczny dotykał ich szczególnie boleśnie. Co gorsza kolejne kraje zamykały granice, żeby chronić własny rynek pracy. Bezrobocie rosło błyskawicznie także w II Rzeczpospolitej i palącą potrzebą stawało się wypchnięcie za granicę jak największej liczby ludzi niemogących znaleźć pracy. Już wcześniej próbowano prowadzić zorganizowaną akcje osiedleńczą w Brazylii, gdzie w stanie Espirito Santo wykupiono 50 tys. hektarów ziemi i osadzono 135 rodzin. Nie był to jednak wynik zadowalający. W pierwszej połowie lat 30. na terenie Brazylii ekspansję rozpoczęła, działająca pod egidą polskich władz, nowo utworzona Liga Morska i Kolonialna. Przedstawiła ona rządowi stanowemu w Paranie propozycję budowy linii kolejowej w okolicach Kurytyby, łączącą Riozinho z Guarapuavą o długości 138 km. W zamian oczekiwano prawa do eksploatowania linii przez 60 lat i 2 mln hektarów ziemi. Lokalne władze wyraziły zgodę. Ale Liga nie posiadała wystarczających środków (choć wspierał ją budżet II RP), zaś prywatny kapitał nie wykazał zainteresowania ryzykowną inwestycją. Ostatecznie więc kupiono 7 tys. hektarów indiańskiego rezerwatu koło Apucarany. Indian wysiedlili Brazylijczycy, po czym powstała tam osada o swojskiej nazwie Morska Wola. Co z kolei wzbudziło niepokój władz brazylijskich. Polskę oskarżono o chęć oderwania części terytorium południowoamerykańskiego kraju. W efekcie pod koniec lat 30. brazylijski rząd wydał akty prawne blokujące dalszy napływ osadników. Takich zastrzeżeń nie miały władze Boliwii. Po zakończeniu krwawej wojny z Paragwajem łatwo zgodziły się w 1937 r. na propozycję Warszawy, aby podpisać umowę gwarantującą polskim wychodźcom swobodę w wybieraniu miejsca osadnictwa i podejmowaniu pracy. Nowi obywatele otrzymywali za darmo gospodarstwa rolne o powierzchni do 50 hektarów i zwolnienie z podatków na 10 lat. Umowa gwarantowała też swobodę wyznania i prawa do własnych szkół z zajęciami w ojczystym języku.

Podobne umowy próbowano negocjować jeszcze z Peru i Argentyną, ale w doprowadzeniu rozmów do końca przeszkodził wybuch II wojny światowej. Miejsc dla emigrantów MSZ oraz Liga Morska i Kolonialna szukały także w Afryce, m.in. w Angoli i na Madagaskarze. Jednocześnie zreformowano cały system obsługi wychodźstwa. Urząd Emigracyjny zlikwidowano w 1932 r., a jego prerogatywy przejęło MSZ. Natomiast dla obsługi wyjeżdżających stworzono spółkę o nazwie Syndykat Emigracyjny, w którym 60 proc. udziałów miał Skarb Państwa. Instytucja ta z powodu oszczędności budżetowych musiała zarabiać na siebie, odgrywając rolę pośrednika. Zajmowała się ona przygotowaniem grup do wyjazdów i dystrybucją biletów Polskiego Transatlantyckiego Towarzystwa Okrętowego (w 1934 r. przemianowanego na Gdynia America Line - GAL).

Z kolei zadanie dbania o kontakty Polaków z ojczyzną powierzono Światpolowi. Tak nazywano, utworzony podczas II Zjazdu Polonii w sierpniu 1934 r., Światowy Związek Polaków z Zagranicy, któremu zawsze miała przewodniczyć aktualny marszałek Senatu. Ten fakt spowodował bojkot Światpolu przez amerykańskie organizacje polonijne, coraz krytyczniej odnoszące się do działań sanacji. Kolejne ulepszenia polityki emigracyjnej nie zawsze więc przynosiły pożądane efekty. Jednak dzięki niej wychodźcy nie czuli się porzuceni przez własne państwo i choć mijały lata od wyjazdu, nadal chcieli mieć cokolwiek wspólnego z ojczyną.

Poznaliśmy świat tylko z biernej konieczności - albo w kajdanach politycznych, albo zepchnięci na spód okrętów, w pogoni za lepszym chlebem

@RY1@i02/2014/011/i02.2014.011.000002200.803.jpg@RY2@

NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.