Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Od 1 września do szkół wracają uczniowie, nauczyciele i wciąż nierozwiązane problemy

Ten tekst przeczytasz w 53 minuty

O to 10 największych bolączek oświaty w ostatnim czasie. Część z nich jest już nauczycielom, dyrektorom szkół i samorządowcom dobrze znana. Przykładowo od lat nie ustają narzekania na trudności w zwalnianiu nauczycieli i system ich wynagradzania (w tym zwłaszcza tzw. czternastki). Postuluje się również likwidację Karty nauczyciela i zastąpienie jej nową pragmatyką dla tego zawodu. Podnoszona jest także konieczność rozprawienia się z dwuzmianowym trybem nauczania.

Obok tych już od dawna znanych problemów w ostatnim czasie pojawiają się nowe. Głównie za sprawą wciąż wdrażanej reformy likwidującej gimnazja. Dużo trudności, a w związku z tym również emocji, wywołuje kwestia migracji między szkołami – przenoszenie klas i uczniów, zagospodarowanie budynków pozostałych po gimnazjach, przepełnienie podstawówek. Do tego w przyszłym roku do szkół średnich pójdzie podwójny rocznik, co już dziś spędza sen z powiek wszystkim zainteresowanym, a zwłaszcza rodzicom, którzy obawiają się, że przez to ucierpi edukacja ich dzieci.

Jak bumerang powracają również pytania o finansowanie zmian wprowadzanych reformą na poziomie samorządów. Wątpliwości dotyczą także przyznawania w przyszłości specjalnych dodatków dla nauczycieli dyplomowanych za wyróżniającą pracę. Wreszcie powraca też postulat ujednolicenia metody finansowania miejsc dzieci w przedszkolach – dziś jest bowiem tak, że na sześciolatki wypłacana jest subwencja, a na młodsze dzieci dotacja. Ta ostatnia jest przy tym niemal trzykrotnie niższa od subwencji.

Jak widać, w polskiej oświacie nie wszystko jest tak, jak być powinno, i o tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Zdaje sobie z tego sprawę również Anna Zalewska, minister edukacji narodowej, która dziś na naszych łamach zapowiada kolejne zmiany dotyczące systemu oceniania nauczycieli oraz odstępuje od regulowania kwestii przerw miedzy lekcjami w przepisach. ©

Karolina Topolska

 

 

Wyzwania organizacyjne i kadrowe

Początek nowego roku szkolnego to jak zwykle czas zmian w prawie oświatowym. Nie inaczej jest i tym razem. Zwłaszcza że wciąż jesteśmy w trakcie wdrażania reformy likwidującej gimnazja. A proces ten powoduje wciąż nowe problemy. Z okazji 1 września przypominamy najważniejsze z nich, a także wracamy do tych, które są znane od lat, ale wciąż nierozwiązane

1. Przepełnione podstawówki i wygaszanie gimnazjów

Od września 2017 r. nie ma już rekrutacji do gimnazjów, ale za to w szkołach podstawowych utworzone zostały klasy siódme. W tym roku w podstawówkach będą już ósme klasy, a za rok placówki oświatowe pod nazwą gimnazjów całkowicie znikną z mapy Polski.

Na początku 2017 r., kiedy to tworzono sieci nowych szkół (co warto podkreślić – przy wsparciu kuratoriów), ustalono, że w miejsce wygaszanych gimnazjów będą powstawały nowe podstawówki. Część samorządów chciała, aby w budynkach pogimnazjalnych uczyły się starsze dzieci ze szkoły podstawowej, np. od klasy szóstej do ósmej. Tym bardziej, że prawo oświatowe pozwala na zastosowanie takich rozwiązań. Praktycznie w każdej gminie, w której pojawił się taki pomysł, był on jednak storpedowany przez opiekunów. Niejednokrotnie przeciwne były mu także kuratoria. Tak było m.in. w Łodzi.

– U nas o tym, jak wykorzystać te budynki po gimnazjach, decydować mieli dyrektorzy pobliskich szkół w porozumieniu z rodzicami. Był pomysł, by np. klasy I–IV zostały w pierwotnej lokalizacji, a klasy V–VIII miały lekcje w budynku gimnazjum. Chodziło o to, by dzieci nie wędrowały po szkołach. W przypadku szkół ponadgimnazjalnych miały w jednej lokalizacji mieć przedmioty ogólne, a w drugiej zawodowe. Niestety, pomysł zablokował łódzki kurator oświaty, nie dając na to zgody – mówi Monika Pawlak z Urzędu Miasta w Łodzi. – Stoimy na stanowisku, że kuratorium działało bezprawnie. Dlatego skierowaliśmy sprawę do wojewódzkiego sądu administracyjnego. W połowie września ma być wydane orzeczenie – dodaje.

Kuratoria odrzucają jednak twierdzenia samorządów, jakoby ich działania w sprawie wdrożenia reformy miały być bezprawne lub w jakikolwiek inny sposób utrudniać planowanie nowej sieci placówek oświatowych. W rozmowie z DGP pracownicy łódzkiego kuratorium wskazują, że byli na każde zawołanie samorządowców. Co więcej, organizowali dla nich specjalne szkolenia i pomagali przy każdym problemie, jaki pojawiał się u organów prowadzących przy wdrażaniu reformy.

– By wspierać działania samorządów i dyrektorów szkół, kurator wskazał koordynatora ds. wdrażania reformy oświaty, koordynatora ds. podstawy programowej, podał numer infolinii oraz adres poczty internetowej, gdzie można zadawać lub przesyłać pytania dotyczące reformy – wylicza Jolanta Kuropatwa, łódzki wicekurator oświaty.

– Samorządy, dyrektorzy szkół, nauczyciele, rodzice mogli spotykać się z pracownikami urzędu w celu omówienia występujących problemów – zapewnia.

Swoją pomoc dla samorządów i dyrektorów deklarowali też inni kuratorzy.

– Przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego najczęściej pytali o możliwości przekształcenia szkół i zgodne z prawem dostosowanie sieci placówek do nowego ustroju szkolnego. Pytano też o zasady funkcjonowania filii szkół, możliwość funkcjonowania szkoły w dwóch budynkach, a także o to, jakie typy szkół mogą wchodzić w skład zespołu szkół, jak zgodnie z prawem powinna być przygotowana uchwała o sieci szkół, czy w przypadku gdy w gminie nie zachodzą żadne zmiany należy tworzyć nowy projekt takiej uchwały oraz kto tworzy statut nowej szkoły i jaki jest termin jego nadania – wylicza Małgorzata Duras z Zachodniopomorskiego Kuratorium Oświaty.

Zdaniem władz Łodzi likwidacja gimnazjów to pomysł bez sensu, a reforma była wdrażana w pośpiechu, bez przygotowania, pozostawiła chaos, bałagan, a dzieci tylko ucierpiały. Efekt? W wielu przypadkach mamy przepełnione szkoły podstawowe, a budynki po gimnazjach stoją puste. Tam, gdzie tworzono szkoły podstawowe w miejsce wygaszanych gimnazjów, rodzice niechętnie zapisywali swoje dzieci (zwłaszcza w dużych miastach, w których szkoły często wręcz sąsiadują ze sobą). Argumentowali to najczęściej tym, że nauczyciele są niesprawdzeni, a placówka nie ma na razie żadnych osiągnięć w nauce, choćby w postaci wyników z zewnętrznych egzaminów na zakończeniu danego etapu nauki. Samorządy w roku wyborczym robią jednak wszystko, aby rodzice i uczniowie jak najmniej odczuli skutki reformy oświatowej. Jeśli okazuje się, że czegoś nie mogą przeforsować, to zrzucają to na kuratorów.

2. Niedostatek pieniędzy na wdrożenie reformy

Prowadzenie szkół i przedszkoli jest zadaniem własnym gminy. Niemniej z budżetu centralnego samorządy co roku mogą liczyć na dodatkowe wsparcie w postaci subwencji oświatowej. Obecnie na ten cel do samorządów trafia ponad 43 mld zł. Z własnych budżetów muszą dokładać do funkcjonowania placówek ponad 25 mld zł. Reforma oświatowa, jak podkreślają samorządy, sprawiła, że m.in. na tworzenie nowych pracowni przedmiotowych lub wypłatę odpraw dla zwalnianych nauczycieli trzeba było wydać więcej niż zwykle. Przykładowo Monika Pawlak wylicza, że na ten eksperyment – w postaci wygaszania gimnazjów – Łódź tylko w pierwszym roku przeznaczyła ponad 6,7 mln zł.

Do wzrostu wydatków samorządowych w ostatnich latach przyczyniła się zresztą nie tylko reforma oświatowa. Dołożyło się do tego również wprowadzenie od 1 września 2017 r. obowiązku przyjęcia wszystkich dzieci do przedszkoli w wieku od trzech do sześciu lat.

– Wzrost kosztów bieżących związany jest ze zwiększeniem liczby oddziałów przedszkolnych oraz klas siódmych, a w roku szkolnym 2018/2019 – klas ósmych w szkołach podstawowych. Przy czym te ostatnie, wcześniej skupione w jednym gimnazjum, niejednokrotnie są obecnie umiejscawiane w kilku szkołach, a to również przekłada się na zwiększenie wydatków – mówi Jacek Mazur, dyrektor zespołu ekonomiczno-administracyjnego szkół w Sierakowicach. Wskazuje on, że w ubiegłym roku wydano na oświatę ponad 38 mln zł, czyli o 4 mln zł więcej niż przed rokiem.

Dla porównania z budżetu gminy Zambrów na oświatę w 2016 r., czyli rok przed wdrażaniem reformy, wydano 25 mln zł, a w tym roku to już o 10 mln zł więcej. Kazimierz Dąbrowski, burmistrz Zambrowa, wylicza, że obecnie subwencja oświatowa pokrywa zaledwie 41 proc. wydatków na edukację i z roku na rok maleje.

Ministerstwo Edukacji Narodowej od początku zapewniało, że na przygotowanie szkół samorządy dostały ponad 300 mln zł z subwencji oświatowej, a blisko 200 mln zł z rezerwy 04. – Wydatki, które ponoszą samorządy, w kolejnych latach trzeba będzie liczyć w miliardach złotych, a nie milionach – mówi Marek Wójcik, były wiceminister administracji, obecnie ekspert Związku Miast Polskich. – Obecna reforma oświatowa jest klasycznym przykładem zlecania samorządom zadań bez odpowiedniego pokrycia finansowanego – dodaje.

Dla samorządów rosnące wydatki na oświatę, nawet bez reformy, były dużą bolączką już od lat. Remedium upatrują w zmianach systemowych.

– Należy zreformować finansowanie zadań oświatowych, gdyż środki subwencji oświatowej nie wystarczają na pokrycie wydatków bieżących na edukację i wychowanie, a przeznaczane są głównie na wypłatę wynagrodzeń – mówi Celina Jaworska, zastępca głównego księgowego Gminnego Zarządu Oświaty w Nysie.

3. Brak gruntownych zmian w systemie wynagradzania

Kolejną bolączką w oświacie są wynagrodzenia nauczycieli. Ich pensja składa się z wielu dodatków, które w większości nie mają charakteru motywacyjnego. Niezależnie od typu placówki i miejsca w kraju wszyscy nauczyciele na poszczególnych stopniach awansu zawodowego muszą otrzymywać płacę na podobnym poziomie, a ich średnie wynagrodzenie musi odpowiadać temu, które jest zagwarantowane przez art. 30 ustawy z 26 stycznia 1982 r. – Karta nauczyciela (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 967; dalej: Karta nauczyciela lub KN). Co więcej, jeśli gmina się z tego nie wywiązuje, samorząd do końca stycznia kolejnego roku musi im wypłacić wyrównanie w postaci jednorazowego dodatku uzupełniającego (potocznie określanego przez samorządy czternastką). W skali kraju co roku jest to kwota sięgająca około ćwierci miliarda złotych. Anna Zalewska, minister edukacji narodowej, przy okazji reformy oświatowej chciała pójść na rękę samorządowcom i zlikwidować ten mechanizm (i to nawet dwukrotnie). Niestety ostro zaprotestowały oświatowe organizacje związkowe, które zarzuciły szefowej MEN, że łamie przepisy o związkach zawodowych. W międzyczasie pojawił się pomysł, aby średnia pensja była naliczana wspólnie dla poszczególnych czterech stopni awansu zawodowego, a nie dla każdego oddzielnie. Takie rozwiązanie mogłoby doprowadzić do zbilansowania wydatków (np. często jest tak, że średnia płaca dla dyplomowanych znacznie przekracza minimum ustawowe, oparte na kwocie bazowej, tymczasem w przypadku stażystów sytuacja jest odwrotna). Przedstawiciele samorządów i oświatowych związków zawodowych podkreślają, że trzeba zmienić system wynagradzania nauczycieli pracujących na podstawie KN.

W tym roku wśród zmian forsowanych przez oświatową Solidarność pojawiła się propozycja likwidacji średniej płacy nauczycieli i dodatków, które docelowo miałyby być włączone do pensji zasadniczej. Wprowadzony miał być także mechanizm automatycznych podwyżek uzależnionych od wzrostu PKB lub przeciętnego wynagrodzenia. Wzrost wartości tych wskaźników wpływałby na wyższe wynagrodzenie nauczycieli.

– Wreszcie udało nam się przekonać Annę Zalewską, aby resortowi urzędnicy rozpoczęli prace koncepcyjne nad wprowadzeniem takiego rozwiązania – chwali się Ryszard Proksa, przewodniczący sekcji krajowej oświaty i wychowania NSZZ „Solidarność”. – Dzięki temu rozwiązaniu nauczyciele niemal z automatu przy wzroście PKB mogliby liczyć na podwyżki. Oczywiście z taką zmianą wiążą się odpowiednie wydatki, które muszą być zapewnione w subwencji oświatowej – dodaje.

Anna Zalewska, do tej propozycji podchodzi jednak z rezerwą. – Zleciłam analizy tego rozwiązania. Zanim jednak podejmiemy jakieś działania, trzeba zapytać nauczycieli, czy zgadzają się na to, że gdy kondycja gospodarcza będzie gorsza, to ich zarobki będą niższe. – wskazywała szefowa MEN we wczorajszym wywiadzie dla DGP.

Ewa Łowkiel, była wiceprezydent Gdyni, przekonuje, że likwidacja średnich pensji może mieć swoje plusy. – Zniesienie tego sztucznego tworu sprawi, że dodatek motywacyjny będzie trafiał do tych nauczycieli, którzy się angażują, a nie do wszystkich bez względu na jakość ich pracy. Obecnie, obok wynagrodzenia za godziny ponadwymiarowe, jest on regulatorem wysokości pensji, pozwalającym wywiązać się z ustawowego obowiązku zapewnienia średnich i uniknąć czternastki, a tak nie powinno być – przekonuje Łowkiel.

Ryszard Proksa uważa, że trzeba zlikwidować średnie, aby już nikt nie miał podstaw, by twierdzić, że nauczyciele dyplomowani zarabiają średnio 5 tys. zł, co w rzeczywistości nie jest prawdą. – Przy liczeniu tych średnich uwzględniane są przecież godziny ponadwymiarowe, a także odprawy dla nauczycieli, a to zafałszowuje obraz zarobków nauczyciela – zauważa.

4. Wciąż sztywne zatrudnienie na podstawie karty

Anna Zalewska, szefowa MEN, zdecydowała, że od 1 września 2018 r. skończy z umowami śmieciowymi w prywatnych szkołach i przedszkolach, a także w publicznych placówkach, które nie są prowadzone przez samorządy. Od początku takiemu rozwiązaniu sprzeciwiali się właściciele niesamorządowych placówek oświatowych. Co więcej, pomysł nie podobał się wielu nauczycielom, którym nie przeszkadzało to, że pracują na umowie cywilnoprawnej. Część z nich, jak nauczyciele języków obcych, prowadzą własny biznes i nie są zainteresowani etatem, lecz wystawianiem faktur. Przez takie sztywne rozwiązanie rodzice obawiają się, że dzieci z problemami np. z zespołem Aspergera lub autyzmem nie będą mogły liczyć na fachową pomoc zawodowych terapeutów, którzy też najczęściej prowadzą własną działalność. MEN obecnie nie zamierza łagodzić przepisu, który obliguje do zatrudniania na etacie w niesamorządowych placówkach. Anna Zalewska w wywiadzie dla nas zaznacza jednak, że będzie się temu rozwiązaniu przyglądać i wtedy ewentualnie podejmie decyzję o złagodzeniu przepisów.

– Przez takie rozwiązania ministerstwo robi krzywdę dzieciom. Obecnie mam siedmioro dzieci z orzeczeniami z poradni psychologiczno-pedagogicznych. Aby realizować wydane przez nie zalecenia, wysyłam te dzieciaki na specjalne zajęcia do nauczycieli logopedów i psychologów. Tacy specjaliści nie chcą współpracować inaczej niż na zlecenie. Tak więc w przyszłości po prostu nie będę mogła zrealizować oferty dla dzieci, które mają orzeczenia – przekonuje Anita Lachowicz, właściciel przedszkola Szczęśliwe Dzieci w Józefowie. – Obawiam się tylko, że gmina może wstrzymać mi dotacje, jeśli okaże się, że nadal zatrudniam tych specjalistów na podstawie umowy cywilnoprawnej – dodaje.

Jednocześnie placówki samorządowe, zatrudniając nawet na części etatu, ponoszą wyższe koszty i muszą się liczyć z tym, że wynagrodzenie dla nauczycieli musi być na poziomie płacy minimalnej (w proporcji do wielkości etatu).

– W przypadkach, gdy dyrektor szkoły nie może przewidzieć rzeczywistego zapotrzebowania na pracę danej osoby w ciągu roku szkolnego, stosunek pracy nie jest korzystnym rozwiązaniem, bo może okazać się, że w niektórych miesiącach pracownik otrzyma wynagrodzenie, mimo że nie miał w zasadzie obowiązków do wykonania – zauważa radca prawny Joanna Śliwińska. – Zatrudnienie w szkole nieoczekiwanie może być jednak korzystne dla prowadzącego firmę. Jeśli wynagrodzenie będzie wynosiło przynajmniej równowartość minimalnego wynagrodzenia (niezależnie od wymiaru etatu), nie będzie on musiał płacić składek na ubezpieczenie społeczne z działalności. Będzie zobowiązany do opłacania jedynie składki zdrowotnej. W drugą stronę zależność ta nie zachodzi – opłacanie składek z działalności nie zwolni ze składek od wynagrodzenia uzyskiwanego w szkole.

Inną odwieczną bolączką dla samorządów jest również specyficzna struktura zatrudnienia nauczycieli na podstawie Karty nauczyciela. Ponad 80 proc. z nich to mianowani i dyplomowani, którzy są praktycznie nieusuwalni. Dyrektorzy nieraz muszą stoczyć nie lada batalię poprzedzoną postępowaniami dyscyplinarnymi, aby zwolnić takiego nauczyciela. Pozostali po 9 miesiącach pracy otrzymują umowę na czas nieokreślony. Wkrótce to się jednak zmieni, bo od 1 września 2018 r. dojście do najwyższego stopnia awansu zawodowego ma być wydłużone z 10 do 15 lat. W efekcie o stałą umowę będzie można ubiegać się dopiero po roku i dziewięciu miesiącach. Związek Nauczycielstwa Polskiego stoi na stanowisku, że dobry, niezachowawczy dyrektor jest w stanie zwolnić każdego nauczyciela bez względu na posiadany przez niego stopień awansu zawodowego. Dyrektorzy szkół są jednak innego zdania.

– Mój kolega, dyrektor z Krakowa, pięć lat zwalniał jedną nauczycielkę. A ona ciągle odwoływała się, po drodze była komisja dyscyplinarna, a na końcu sąd pracy, który ją przywrócił, bo kryteria zwolnienia były podobno niewłaściwie zastosowane – mówi Tomasz Malicki, profesor oświaty, były wieloletni dyrektor szkoły podstawowej i liceum w Krakowie. – Większość dyrektorów szkół działa zachowawczo i nie chce konfliktować się z gronem pedagogicznym. Problem ze zwalnianiem nauczycieli mają też samorządy, które muszą się borykać z odszkodowaniami, a nawet opłacaniem wynagrodzeń dla nauczycieli przywróconych przez sąd do pracy, dla których nie ma już zajęć – dodaje.

Nie dziwi więc, że wśród samorządowców od lat przewija się postulat, aby zlikwidować Kartę nauczyciela. Krytyka w jej kierunku dotyczy jednak nie tylko trudności ze zwalnianiem nauczycieli, ale również tego, że pensum wynosi zaledwie 18 godzin tygodniowo dla nauczycieli tablicowych i 25 godzin dla pracujących w przedszkolach. Jak do tej pory, żaden z polityków nie odważył się jednak na napisanie nowej ustawy o zawodzie nauczyciela. Ponadto Karta nauczyciela swoimi regulacjami sprawia, że nauczycielom można wypowiadać umowy tylko do końca maja i tylko z niektórych powodów np. zmian organizacyjnych.

– Jeśli okaże się, że w liceum nie udało się zrekrutować odpowiedniej liczby uczniów i będzie mniej klas niż zakładano w arkuszu organizacyjnym, to dyrektor nie może np. pod koniec czerwca lub do połowy lipca wypowiedzieć stosunków pracy tym nauczycielom, dla których nie ma pracy – wskazuje Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

5. Różnicowanie przedszkolaków na tych z dotacją i na tych z subwencją

Związkowcy nieoficjalnie przyznają, że jeśli dojdzie do likwidacji przywilejów z karty, to rozpocznie się ją od przedszkoli. Resort edukacji, po odkręceniu reformy poprzedniej ekipy rządowej związanej z obowiązkowym wysyłaniem sześciolatków do szkoły, zdecydował bowiem, że pozostawi samorządom 1,5 mld zł w subwencji na sześciolatki w przedszkolu. W efekcie na sześciolatka w przedszkolu przysługuje subwencja w kwocie ponad 4 tys. zł. Jeśli trafiłby do pierwszej klasy szkoły podstawowej, wynosiłaby ona 5,3 tys. zł. Z kolei na pozostałe dzieci gminy otrzymują już nie subwencję, a dotację – w kwocie sięgającej zaledwie 1,4 tys. zł. Dzięki wyższej kwotowo subwencji dla sześciolatka rodzice płacą tylko za posiłek w przedszkolu. Poza tym zwolniony z opłat jest także pobyt w placówce powyżej pięciu bezpłatnych godzin przeznaczonych na realizację podstawy programowej. Rodzice młodszych dzieci za dodatkowy pobyt maluchów w przedszkolu płacą złotówkę za każdą godzinę. Na tym gruncie pojawiły się liczne pytania od opiekunów, dlaczego część z nich musi wnosić opłaty, a pozostali nie. W efekcie m.in. Warszawa i Suwałki zdecydowały, że wszystkie dzieci będą zwolnione z dodatkowej opłaty. MEN natomiast kwestie tę pozostawia gminom, bo to ich zadania własne.

– Dotacja jest skutkiem wdrożonej przez poprzednią ekipę rządową regulacji prawnej, zgodnie z którą wysokość opłaty wnoszonej przez rodziców nie może przekraczać 1 zł. Dotacja została wprowadzona, by zrównoważyć samorządom utratę dochodów z tytułu opłat za przedszkole. Z tego, co pamiętam, średnia wysokość opłat przed tą regulacją wahała się między 3 a 4 zł – mówi Mariusz Badura, dyrektor Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Olsztyna. – Natomiast naliczenie w ramach części oświatowej subwencji ogólnej wprowadzone zostało z tytułu cofnięcia 6-latków do przedszkoli. W efekcie objęcie ich na nowo obowiązkiem przedszkolnym było połączone z cofnięciem na nich dotacji i zwolnieniem ich rodziców z opłat za przedszkole. Dochód z subwencji rekompensuje więc tylko część utraconych dochodów z tytułu nieotrzymanych dotacji i wpłat rodziców oraz wzrostu wydatków w związku z powrotem sześciolatków do przedszkoli – wyjaśnia Mariusz Badura.

6. Kto zapewni pieniądze na „500 plus dla nauczycieli”

Ustawa z 27 października 2017 r. o finansowaniu zadań oświatowych (Dz.U. poz. 2203, dalej: u.f.z.o.) nowelizuje m.in. Kartę nauczyciela i od 1 września 2018 r. wprowadza generalną zasadę obowiązkowego oceniania pedagogów. Dla nauczycieli dyplomowanych wyróżniająca ocena będzie się wiązała z wyższą gratyfikacją finansową. Od wyników przeprowadzonej weryfikacji będzie zależało, czy uzyskają oni specjalny dodatek, nazywany potocznie „500 plus dla nauczycieli” (docelowo ma on wynosić 16 proc. kwoty bazowej z ustawy budżetowej – szacuje się, ze będzie to około 500 zł). Z kolei dla nauczycieli kontraktowych i mianowanych wyróżniająca ocena oznacza skrócenie ścieżki awansu zawodowego i wcześniejsze uzyskanie najwyższego stopnia. A awans, jak wiadomo, wiąże się z podwyżką wynagrodzenia. Nauczycielom będzie więc zależało na wzorowej nocie, bo dzięki niej mogą więcej zarabiać. To zaś martwi samorządy, które się zastanawiają, skąd mają wziąć pieniądze na dodatkowe gratyfikacje dla pedagogów. Anna Zalewska dziś na naszych łamach zapewnia, że środki na dodatek za wyróżniającą pracę się znajdą. Będą one przekazane w ramach subwencji. Przy jej podziale ma być też stosowana specjalna „waga”, co ma skutkować precyzyjnym kierowaniem środków z subwencji na dodatek (nadal jednak nie trafiła ona do przepisów rozporządzenia dotyczącego podziału subwencji oświatowej). Samorządy obawiają się jednak, że pieniędzy nie będzie, a sfinansowanie wydatków na ten cel będzie obowiązkiem gmin. Dlatego zdarza się, że urzędnicy samorządowi nieformalnie wydają dyrektorom zalecenia, aby tylko nielicznych nauczycieli dyplomowanych wyróżniać najwyższą notą. Do tej pory nie ma też jeszcze przepisów, które pozwalałyby stwierdzić, że bez względu na liczbę wyróżnionych nauczycieli dyplomowanych MEN wypłaci pieniądze.

7. Ocenianie dyrektorów i nauczycieli – niepotrzebna biurokracja

Do tej pory ocena dorobku zawodowego nauczycieli odbywała się przy okazji zdobywania kolejnego stopnia awansu. W efekcie po 10 latach pracy w szkole nauczyciel otrzymywał najwyższy stopień awansu i wówczas przestawał być oceniany przez przełożonych. Nieco częściej oceniani byli dyrektorzy, bo przy okazji ubiegania się o kolejną kadencje, czyli co pięć lat. Zgodnie z obecnymi przepisami weryfikacja pracy zarówno nauczycieli, jak i ich przełożonych ma się odbywać co trzy lata. Taki pomysł od początku nie podobał się nauczycielom. Anna Zalewska zapowiada więc, że ograniczy częstotliwość oceniania nauczycieli do cyklu pięcioletniego. Oświatowe związki zawodowe chcą też, aby ocenianie odbywało się wyłącznie na podstawie przepisów ustawy i rozporządzenia MEN, natomiast bez regulaminów określających wskaźniki oceny pracy nauczycieli, które od 1 września 2018 r. mają być obowiązkowe. Dyrektorzy szkół i przedszkoli muszą je wydać po zasięgnięciu rady pedagogicznej, a w ich treści powinny znaleźć się wskaźniki oceny pracy nauczycieli odnoszące się do poziomu spełniania kryteriów oceny ich pracy na poszczególnych stopniach awansu zawodowego oraz uwzględniające specyfikę zatrudnienia w danej szkole. Pojawiały się zarzuty, że w każdej szkole nauczyciele będą oceniani inaczej. Jest jednak szansa, że ten problem zostanie wkrótce przynajmniej częściowo rozwiązany. MEN zapowiada bowiem zmianę, po której wprowadzeniu regulaminy byłyby identyczne w danej gminie dla przedszkoli, szkół podstawowych i pozostałych placówek. Te rozwiązania mają wkrótce trafić do konsultowanego obecnie projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe, ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw, który od 26 czerwca jest w konsultacjach i w najbliższym czasie ma zostać przyjęty przez Radę Ministrów (wówczas też można się spodziewać jego uzupełnienia).

Uwaga! Więcej na ten temat pisaliśmy w DGP w miniony poniedziałek – zob. „Oceny nauczycieli jednak co pięć lat” (nr 238 z 27 sierpnia 2018 r.).

8. Dwuzmianowość i dłuższe przerwy

Zgodnie z par. 13 ust. 3 projektu rozporządzenia ministra edukacji narodowej w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach przerwy między zajęciami nie będą mogły być krótsze niż 10 minut. W niektórych przypadkach oznaczałoby to ich dwukrotne wydłużenie (w każdej szkole są one ustalane inaczej, przy czym przerwy 5-minutowe zdarzają się zwłaszcza po pierwszej lekcji i przed ostatnią).

MEN przekonywało do tej pory, że dzięki temu wymogowi uczniowie mieliby więcej czasu na zmianę sali lekcyjnej, a także na załatwienie swoich potrzeb fizjologicznych. Z kolei główny inspektor sanitarny wskazywał, że 10-minutowe przerwy pomagają w odreagowaniu zmęczenia wywołanego dłużej trwającym skupieniem.

Rodzice, uczniowie i nauczyciele, a także dyrektorzy szkół i samorządy głośno wyrażali jednak swoje niezadowolenie z pomysłu resortu, twierdząc, że takie odgórne regulowanie kwestii organizacji pracy szkoły może okazać się wielkim problemem. Wskutek tego uczniowie dłużej przebywaliby w szkołach, a wiele placówek, które borykają się z koniecznością prowadzenia nauczania w trybie dwuzmianowym, musiałoby dodatkowo przedłużyć czas pracy w szkole. Zdaniem ekspertów pomysł byłby dobry, ale tylko w sytuacji likwidacji pracy szkół popołudniami.

Po tej krytyce Anna Zalewska zapowiada dziś, że MEN również na tym polu zamierza odpuścić i pozostawić dyrektorom i rodzicom wolną rękę w planowaniu długości szkolnych przerw.

9. Przedłużające się remonty

Anna Zalewska chce również zrobić porządek z dzikimi remontami w szkołach i przedszkolach (zarówno tych publicznych, jak i prywatnych). Te przedłużają się często w nieskończoność i trwają nawet przez cały rok szkolny. Do tego nie są odpowiednio zabezpieczone, co stanowi zagrożenie zwłaszcza dla uczniów.

Do tej pory można było korzystać z pozostałej części budynku, w której nie był prowadzony remont. Wkrótce jednak się to zmieni. W projektowanym rozporządzeniu w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach przewidziano przepisy, które bez żadnych wyjątków będą zezwalały na przeprowadzanie różnego rodzaju inwestycji wyłącznie w czasie nieobecności uczniów. Z takiego rozwiązania cieszą się zwłaszcza rodzice, którzy rozumieją potrzebę przeprowadzania inwestycji, ale obawiają się też o bezpieczeństwo swoich dzieci. A przykładów na to, że z BHP placówki oświatowe są na bakier, jest wiele. Przykładowo w stołecznym przedszkolu nr 269 w czasie wymiany węzła ciepłowniczego na terenie placówki znajdowały się butle z gazem, a pomieszczenia od spawania były zadymione. Butli z gazem nie usunięto również przy remoncie dachu, mimo że dzieci przebywały wówczas w pomieszczeniach szkoły. Kolejny przykład: w szkole nr 222 w Warszawie dopiero po interwencji jednego z rodziców w Państwowej Inspekcji Pracy wstrzymano spawanie barierek przy schodach i nakazano zastosowanie specjalnych ekranów, które będą zapobiegać naświetlaniu oczu uczniów. W gminie Spytkowice (woj. małopolskie) rodzice skarżyli się na duże zapylenie w przedszkolnej szatni przylegającej do remontowanej szkoły, a poziom hałasu był nie do wytrzymania. Przykłady te pokazują, że w większości przypadków szefowie placówek oświatowych niewiele sobie robią z uwag przekazywanych przez rodziców. Odpowiadają: przecież musimy przeprowadzić remont. Takich obrazków jest więc mnóstwo w całym kraju. Dyrektorzy szkół tłumaczą też, że procedury przetargowe są żmudne, a remonty są robione wtedy, gdy są przyznane pieniądze i wyznaczony wykonawca, a nie wtedy, gdy nie ma uczniów. Argumentują, że część inwestycji musi być przeprowadzona przez kilka miesięcy.

– Biorąc pod uwagę aktualną sytuację na rynku pracy i usług, czyli problemy m.in. z rozstrzyganiem przetargów i znalezieniem wykonawcy, zmiany zaproponowane przez MEN należy uznać za nieracjonalne – przekonuje Włodzimierz Tutaj z Urzędu Miasta w Częstochowie.

Podobnego zdania są inne samorządy.

– Dyrektor, który odpowiada za bezpieczeństwo uczniów, powinien mieć możliwość takiego zorganizowania pracy placówki, aby w razie potrzeby remonty były realizowane także w czasie roku szkolnego, oczywiście z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa – sugeruje Marta Stachowiak z Urzędu Miasta w Bydgoszczy.

– Remonty szkół to nie tylko odświeżanie ścian w czasie letnich wakacji. Prowadzimy obecnie w mojej gminie termomodernizacje czterech szkół. Konieczne prace to wymiana wszystkich okien, instalacji elektrycznej, grzewczej, malowanie wszystkich pomieszczeń, ocieplenie ścian zewnętrznych, nałożenie nowej elewacji i oczywiście wymiana poszycia dachowego i blacharki. Cykl takiego remontu to dziesięć miesięcy. Dotyczy to m.in. gmachu szkoły, w której uczy się 960 uczniów. Gdzie ich przenieść na cały rok szkolny? A może najpierw zbudować szkołę zastępczą? – zastanawia się Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.

Problem na szczęście zaczyna też dostrzegać MEN. Anna Zalewska zapowiada, że przepisy będą pozwalać na remonty poza wakacjami w przypadku nagłych awarii.

10. Problem z podwójnym rocznikiem

Rodzice martwią się, że w przyszłym roku zabraknie miejsc dla uczniów w liceach. Powód? Wygaszanie gimnazjów. W jednym roku do szkół średnich pójdą bowiem dzieci z ostatniego rocznika likwidowanego gimnazjum i pierwsi absolwenci ośmioklasowej podstawówki. Będzie tak, ponieważ zmiany wprowadzone przez resort oświaty skróciły cykl kształcenia ogólnego z dziewięciu do ośmiu lat. MEN zapewnia, że w przyszłorocznej rekrutacji miejsc nie zabraknie. Rodzice obawiają się jednak, że uczniowie z podwójnego rocznika będą mieć ograniczony wybór. W odpowiedzi na te obawy resort przekonuje natomiast, że te dwa roczniki nie będą rywalizować o te same miejsca. Anna Zalewska w liście do rodziców z maja 2018 r. napisała, że postępowania rekrutacyjne dla tych dwóch grup uczniów zostaną przygotowane oddzielnie, według odrębnych kryteriów. Będą oni także ubiegać się o przyjęcie do innych typów szkół. W efekcie absolwenci gimnazjów będą kończyć trzyletnie licea lub czteroletnie technika. Byli ósmoklasiści spędzą natomiast w szkole średniej rok dłużej. W obu typach szkół będą też inne programy nauczania. Ponadto resort edukacji zapewnia, że szkoły i samorządy już teraz przygotowują się do przyjęcia od 1 września 2019 r. większej liczby kandydatów. ©

opinie ekspertów

Śmieciowe etaty w szkołach

Robert Kamionowski radca prawny, ekspert ds. oświaty z kancelarii Peter Nielsen & Partners Law Office

Zgodnie z wprowadzoną nowelizacją do Karty Nauczyciela od 1 września wszystkie niepubliczne szkoły i placówki będą miały obowiązek zatrudniania nauczycieli wyłącznie na podstawie umowy o pracę. Dla nauczycieli w placówkach publicznych będzie się to odbywało z pełnym uwzględnieniem przepisów Karty Nauczyciela (wymiar czasu pracy, wynagrodzenia), a dla tych w placówkach niepublicznych tylko na podstawie kodeksu pracy. Wbrew pozorom, wcale to nie poprawia sytuacji ani nauczycieli, ani tym bardziej niepublicznych szkół i placówek oświatowych. Rodzi zaś wiele problemów, z którymi będą się musieli uporać dyrektorzy.

Ustawa Karta Nauczyciela nie zawiera pełnej definicji nauczyciela. Dlatego MEN twierdzi, że są nimi także pracujący w placówkach niepublicznych psycholodzy, pedagodzy i logopedzi. Jednak nie każdego nauczyciela da się zatrudniać na umowę o pracę, nie wszędzie i nie na wszystkich stanowiskach. Moim zdaniem są tzw. inni pracownicy pedagogiczni, którzy mogą być zatrudniani w niepublicznych placówkach na inne umowy, jeśli zatrudnienie nie następuje na stanowisku nauczyciela, lecz specjalisty, np. logopedy, który prowadzi określone zajęcia. Problem nie dotyczy wszystkich szkół czy przedszkoli. Nie ma go tam, gdzie zatrudnia się nauczycieli pełnowymiarowych lub nawet na pół etatu. Także w prywatnych przedszkolach wychowawcy zwykle mają umowy o pracę. Ale inaczej już będzie z nauczycielami przedmiotów zawodowych w szkolnictwie zawodowym dla dorosłych. Dotyczy to chociażby zatrudniania nauczycieli praktycznej nauki zawodu – weterynarzy, księgowych, biegłych rewidentów, techników dentystycznych czy kosmetologów. Osoby te prowadzą własne firmy i w ich przypadku nie jest możliwe zatrudnienie w szkole na podstawie stosunku pracy. Taki wymóg spowoduje, że będą oni rezygnować z zajęć w szkole. A to może się z kolei skończyć zamykaniem szkół zawodowych dla dorosłych.

Szkoły stoją zatem przed realnym wyzwaniem – zatrudnianiem na takie części etatu, jakich nie da się nawet ułamkowo zapisać. Przykładowo, szkoła dla dorosłych potrzebuje nauczyciela biologii na 15 godzin w semestrze 5-miesięcznym, czyli średnio 3 godziny w miesiącu, zatem wymiar czasu pracy dla niego wyniósłby niecałe dwie setne pełnego etatu.

Wątpliwości mogą być również np. w przypadku księdza katechety, który przychodzi do małego prywatnego przedszkola na jedną lub dwie godziny w tygodniu. Jest on nauczycielem, więc należałoby go zatrudnić. Niejasna też będzie sytuacja lektora języka obcego, który pracuje z przedszkolakami godzinę w tygodniu, a zatrudniony jest na podstawie umowy o pracę w szkole językowej. Ta z kolei podpisała umowę z przedszkolem na prowadzenie takich zajęć. Takiego lektora raczej nie będzie można zatrudnić nawet na ułamek etatu, bo przecież nie można pracować na dwóch umowach czy etatach wykonując te samą pracę.

Nowy przepis jest tak skonstruowany, że mówi o zatrudnieniu każdego nauczyciela bezpośrednio przez dyrektora szkoły lub przedszkola. Tymczasem osoby samozatrudnione, przedsiębiorcy świadczący usługi edukacyjne w ogóle nie są zainteresowani zatrudnianiem na umowach o pracę. W efekcie problem mają zarówno samozatrudnieni i szkoły, ale także przedsiębiorcy prowadzący firmę, np. językową.

Osobną kwestią jest to, że niektórzy specjaliści, np. psycholodzy czy logopedzi są zatrudniani w placówkach doraźnie, w miarę potrzeb. Do tej pory, gdy np. w przedszkolu konieczna była pomoc psychologiczna korzystano z oferty specjalistycznej poradni lub indywidualnego specjalisty. Teraz chyba należałoby taką osobę zatrudnić na czas oznaczony np. na 2 godziny. A przedtem skierować na badania lekarskie czy szkolenie BHP. Trzeba też pamiętać, że rozporządzenie w sprawie pomocy psychologiczno-pedagogicznej dotyczy tylko publicznych placówek, a nie prywatnych. Zatrudnienie w ramach stosunku pracy w prywatnej szkole np. logopedy do jednego dziecka, któremu jest zorganizowane tzw. wczesne wspomaganie rozwoju w wymiarze od 4 do 8 godzin miesięcznie, w tym np. 2 godziny logopedii, jest w praktyce nie do rozwiązania. I tu też rodzi się pytanie, w jakim wymiarze czasu pracy trzeba zatrudnić na etacie cząstkowym tego logopedę czy psychologa, któremu na tym wcale nie zależy, bo pracuje już w poradni lub prowadzi samodzielną praktykę.

Dla nauczycieli nowe zasady też wcale nie są korzystne. Art. 222 ustawy wprowadzającej prawo oświatowe (Dz.U z 2017 r. poz. 60) nakazuje tym, którzy są zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy, a chcieliby podjąć dodatkowe zajęcie, uzyskanie pisemnej zgody dyrektora szkoły publicznej. Dzieje się tak nawet, gdy nauczyciel zamierza dorabiać w czasie wolnym od pracy. Gdy np. nauczyciel pracuje w szkole publicznej, a dodatkowo prowadzi zajęcia na zjazdach weekendowych w szkołach niepublicznych, to ta druga umowa o pracę jest mu zupełnie niepotrzebna. A jak wykorzystać urlop, gdy jednocześnie nauczyciel zatrudniony jest u kilku pracodawców i gdy nie ma woli, by wszyscy udzielili go w tym samym czasie? Gdy taki „ułamkowy nauczyciel” pójdzie na zwolnienie, zatrudnienie zastępcy także będzie wymagało umowy o pracę na kilka godzin.

Uzasadnianie przez MEN nowych przepisów tym, że nauczyciele otrzymają wreszcie uprawnienia pracownicze i prawo do awansu zawodowego, to zwykłe banały. Przecież ci, którzy pracowali w pełnym wymiarze, mieli już teraz umowy o pracę i wszelkie „korzyści”, a problem dotknie teraz nauczycieli lub nawet specjalistów dorabiających sobie w innych placówkach niż podstawowe ich zatrudnienie, gdzie przecież w pełni realizują swoje uprawnienia, także zawodowe. Nieprzekonująco brzmią też argumenty resortu, że zmiany wypływają z chęci zapewnienia odpowiedniej jakości procesu nauczania. Takie podejście oznacza, że ministerstwo uzależnia jakość nauczania od tego, czy nauczyciel jest zatrudniony na podstawie etatu lub np. umowy-zlecenia. MEN chce dzięki tym zmianom w istocie wykazać, że nagle przybyło etatów nauczycielskich i przykryć faktyczną liczbę zwolnień nauczycieli wynikających ze zmian w systemie szkolnictwa. To, że pojawi się wiele tysięcy nowych etatów, będzie można pokazać jako sukces resortu. Nie szkodzi, że w wymiarze godzinowym. Jeśli celem byłaby rzeczywiście likwidacja umów śmieciowych, to uzasadnienie jest niewystarczające, przecież np. firma językowa zawiera z prywatną szkołą lub przedszkolem umowę biznesową, a nie śmieciową. W efekcie zmian zamiast śmieciowych umów cywilnoprawnych będziemy mieli śmieciowe etaty. Zupełnie wystarczające byłoby egzekwowanie obowiązujących już przepisów kodeksu pracy (t.j. Dz.U. 2018 r. poz. 917), np. art. 22 par. 1 [1] i 1 [,2] które wyraźnie zakazują zawierania umów cywilnoprawnych w warunkach, gdy należy zawrzeć umowę o pracę. To zadanie inspekcji pracy, a nie MEN, aby kontrolować warunki zatrudnienia. ©

Specjaliści wykluczeni z rynku pracy ze szkodą dla dzieci

Danuta Mazij-Kucharska pedagog specjalny, dyrektor ds. merytorycznych Centrum Terapii Synergis

Dzieci z zaburzeniami rozwoju z roku na rok jest więcej, a miejsc w państwowych przedszkolach dla nich nie przybywa. Do tej pory to sektor niepubliczny dawał im możliwość korzystania z zajęć terapeutycznych w ramach wczesnego wspomagania rozwoju czy z subwencji oświatowej. Teraz może to być utrudnione, bo znowelizowane przepisy Karty nauczyciela wprowadzają obowiązek zatrudnia specjalistów na umowy o pracę od 1 września br. Doprowadzi to do przerwania ciągłości terapii przez zmianę lub brak terapeuty w placówce i skomplikuje działanie niepublicznych przedszkoli czy szkół, a także niepublicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych, prywatnych placówek terapeutycznych i gabinetów specjalistycznych świadczących usługi terapeutyczne. Od kilku lat w sektorze tym funkcjonują sprawdzone formy współpracy, coraz więcej logopedów, psychologów, terapeutów je wybiera i otwiera, np. gabinety. Wprowadzając tę ustawę, zupełnie pominięto tę grupę, ich zdanie na ten temat, kategoryzując wszystkich jako nauczycieli i nakazując jedną, jedynie słuszną formę zatrudnienia. Nie ma przesłanek, które wskazują, że chcieliby oni pracować wyłącznie na umowę o pracę.

Pomijając bardzo istotny fakt, że zostali wykluczeni z rynku pracy, krzywdzące jest samo uzasadnienie tych zmian. Resort edukacji uznał bowiem, że dotychczasowe rozwiązania nie gwarantowały dyrektorowi szkoły lub przedszkola odpowiedniego nadzorowania osób świadczących takie usługi, jak również nie zapewniało bezpieczeństwa dzieciom pozostającym pod opieką osób realizujących daną usługę. Traktowanie specjalistów, którzy pracują samodzielnie w ramach działalności gospodarczej i chcą współpracować z wieloma placówkami na wybranych przez siebie warunkach, jako potencjalnych przestępców jest niedopuszczalne.

W efekcie zmian niepubliczne placówki oświatowe tracą więc swoich terapeutów i muszą szukać nowych, ponieważ część z tych osób prowadzi działalność gospodarczą, część pracuje w placówkach edukacyjnych, które nie wyraziły zgody na zatrudnienie w innym miejscu, jeszcze inni nie chcą umowy o pracę. Kolejna trudność wynika ze stanu infrastruktury, bo w wielu placówkach brakuje odpowiednich specjalistycznych sal do zajęć.

Działalność prowadzona przez placówki niepubliczne, podobnie zresztą jak publiczne, wymagająca wsparcia, usprawnienia systemowego, uelastycznienia, tak aby główny beneficjent, czyli dziecko, miał jak najlepszy dostęp do specjalistycznej terapii, zostaje zamrożona przez narzucone dyrektywy. W konsekwencji dzieci z dnia na dzień zostają bez zajęć specjalistycznych i terapeutów, nie będą mogły korzystać z tego, co im przysługuje i czego potrzebują, czyli wsparcia rozwojowego. ©

Wydatki na oświatę

opinie ekspertów

Wydłużenie ścieżki awansu odbije się negatywnie na stanie polskiego szkolnictwa

Sławomir Broniarz prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego

Te przepisy są po prostu złe. Od początku, już na etapie prac parlamentarnych, krytycznie odnosiliśmy się do nowej koncepcji oceny pracy nauczycieli. Jej nowa formuła nie wpłynie na podniesienie jakości pracy szkoły. Uważam, że cel tych przepisów jest inny: oszczędności. Bo teraz trudniej będzie uzyskać kolejny stopień awansu zawodowego i wyższą pensję. Anna Zalewska wydłużyła w czasie możliwość uzyskania lepszych zarobków, co negatywnie odbije się w przyszłości na stanie polskiego szkolnictwa. Młodych, ambitnych i chętnych do pracy z uczniami będzie coraz mniej. Ten trend już obserwujemy, choć na razie tylko w przedszkolach zlokalizowanych w dużych miastach. Poza tym Anna Zalewska nie wykazała nieprawidłowości w obecnie obowiązującym systemie oceniania.

Przejdźmy do szczegółowych rozwiązań. Ocena pracy będzie dokonywana regularnie i obligatoryjnie co trzy lata, ale w praktyce w każdej chwili z inicjatywy dyrektora szkoły lub na wniosek nadzoru pedagogicznego, organu prowadzącego, rady szkoły lub rady rodziców. Tylko nauczyciel dyplomowany, który otrzyma ocenę wyróżniającą, od 2020 r. będzie pobierać specjalny dodatek do pensji. Od 2022 r. będzie on wypłacany w pełnej wysokości, tzn. 507 zł. Naszym zdaniem dodatek za wyróżniającą pracę powinien przypadać wszystkim nauczycielom, a nie tylko dyplomowanym.

Wskaźniki oceny pracy nauczycieli mają określać samodzielnie dyrektorzy szkół w odpowiednich regulaminach, po zasięgnięciu opinii rady pedagogicznej i związków zawodowych. Dyrektor każdej szkoły i placówki powinien opublikować ten regulamin najpóźniej 1 września br. To rozwiązanie jest niekorzystne. Wskaźniki oceny pracy nauczycieli powinny być określane w rozporządzeniu MEN, a nie w regulaminach poszczególnych szkół. Nasze zdanie podziela m.in. dr Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich.

Z niektórych projektów regulaminów, które dotarły do nas w czasie wakacji, wyłania się czarny obraz: nauczyciele mają być oceniani m.in. za organizowanie pikników dla rodziców, za pełną dyspozycyjność nie tylko w szkole, ale i poza nią, za prowadzenie szkoleń online nawet z przedszkolakami. To po prostu nowe obowiązki, jakie są nakładane na nauczycieli przy okazji oceny pracy.

Poza tym w każdej szkole będzie inny regulamin. Czyli teraz w każdej z 27,3 tys. placówek oświatowych będzie istnieć odrębny system oceniania, co spowoduje, że ocena pracy nauczycieli będzie nieporównywalna. A co z nauczycielami pracującymi w kilku szkołach? Będą musieli przejść kilka procedur oceny – osobnych w każdym miejscu pracy? Absurd! Dlatego już w czerwcu zaapelowaliśmy do parlamentarzystów, aby poparli nasz projekt likwidujący indywidualne regulaminy określające wskaźniki oceny pracy nauczycieli. ©

Edukacja jak praca na drugą zmianę w XIX-wiecznej fabryce

Karolina i Tomasz Elbanowscy Fundacja Rzecznik Praw Rodziców

Nauka zmianowa jest w polskim systemie edukacji patologią uświęconą tradycją. Na drugą zmianę chodzili do szkoły dziadkowie, chodzili rodzice, a dziś chodzą wnuki. Argument, że kiedyś było ciężko, a uczniowie i tak wyszli na ludzi, jest hasłem-wytrychem utrzymującym polską edukację w systemowym zapóźnieniu wobec zmieniającego się świata.

Dziś roczniki dzieci są dwa razy mniej liczne niż w latach 80., a dzieci dalej muszą chodzić do szkoły na godzinę 14:00. Skutkuje to rozchwianiem rytmu okołodobowego i fikcyjnością nauki, bo które dziecko jest w stanie przyswoić nową wiedzę z przedmiotów ścisłych o godzinie 17:00? W dodatku zmianowość dezorganizuje życie rodzin, a wielu matkom wręcz uniemożliwia powrót do pracy. Niestety samorządy bazują na przyzwyczajeniu ludzi do tej patologii. Nic nie robią z problemem, a często nawet pogarszają sytuację, zamykając szkoły. Tak było np. w gminie Krosno Odrzańskie, gdzie w 2011 r. burmistrz usiłował zamknąć naraz aż połowę placówek. Do roku 2015, gdy nowa ustawa ograniczyła w tej kwestii prawa samorządów, gminy likwidowały szkoły na potęgę. W latach 60. Polska Ludowa wybudowała tysiąc szkół na tysiąclecie państwa, tzw. tysiąclatek. Polska samorządowa w ciągu ostatnich 30 lat, jak w historycznym lustrzanym odbiciu, wymazała z mapy Polski tysiąc szkół. Wiele z nich liczyło setki uczniów i osiągało świetne wyniki.

Samorządowcy mają statystyki urodzeń i świadomość, że na nowe osiedla sprowadzają się nie emeryci, lecz młode rodziny. Ale ich reakcja jest co do zasady spóźniona. W Baninie pod Gdańskiem nowo powstała szkoła już w momencie otwarcia była za mała na potrzeby rozrastających się osiedli. Wójtowie narzekają, że reformy edukacji utrudniają planowanie, ale przecież dzieci w systemie edukacji jest tyle samo. Edukacja jest dla samorządu przede wszystkim kosztem i wszelkie „racjonalizacje” sieci szkolnej jawią się jako oszczędność, której trudno sobie odmówić. Jednocześnie samorządowcy bez żenady w kampanii wyborczej organizują koncerty i wydają na kredowym papierze gazetki opiewające ich dokonania. Tutaj cena nie gra roli.

Gminni decydenci najwyraźniej nie mają wyrzutów sumienia, że nauka zmianowa, którą wprowadzają, to standard, który występuje dziś poza Polską w przeludnionych krajach trzeciego świata, takich jak Bangladesz, Indie czy Pakistan. W XXI wieku jesteśmy jedynym krajem europejskim, w którym jest to norma, od ubogich miasteczek ściany wschodniej po stolicę z 18-miliardowym budżetem.

Dlatego rozwiązaniem problemu zmianowości może być tylko decyzja ministra edukacji narodowej, który musi oprzeć się naciskom samorządów i narzucić ustawowy zakaz organizowania zajęć na drugą zmianę, z konkretną datą jego wprowadzenia. Dziś nikt nie może powiedzieć, że budowa nowej infrastruktury zajmie niezliczone lata projektowania i prac budowlanych. Dostępne są chociażby nowoczesne rozwiązania modułowe, które można zainstalować w dowolnym miejscu w dosłownie kilka tygodni, a w razie zmieniających się potrzeb przenieść. Nie możemy dłużej sankcjonować sytuacji, w której warunki pracy dorosłych określają drobiazgowe nowoczesne normy, a warunki obowiązkowej edukacji dzieci zakładają pracę na drugą zmianę, jak w XIX-wiecznej fabryce. ©

 

WAŻNE Ograniczenie zatrudnienia nauczycielowi gimnazjum do wymiaru niższego niż 1/2 obowiązkowego wymiaru zajęć nie powoduje przerwania stażu na kolejny stopień awansu zawodowego, rozpoczętego przed dniem ograniczenia zatrudnienia.

Możliwe różne warianty przekształceń

Za rok o tej porze nie będzie już gimnazjów. Nadchodzący rok szkolny jest ostatnim, w którym funkcjonują tego typu placówki. Po 20 latach system wielokrotnie krytykowany za obniżenie poziomu edukacji nastolatków odchodzi do lamusa. Co w zamian? Możliwości było kilka

Do 30 listopada 2019 r. rady gmin, podejmując odpowiednie uchwały, ostatecznie stwierdzą zakończenie działalności gimnazjów, dla których organami założycielskimi były poszczególne jednostki samorządu terytorialnego. Do tego czasu szkoły te przekształcą się w inne placówki – zgodnie z art. 129 ustawy z 14 grudnia 2016 r. Przepisy wprowadzające ustawę – Prawo oświatowe (Dz.U. z 2018 r. poz. 60, dalej: u.p.w). (patrz: tabela).

Przypomnijmy: decyzja co do formy i czasu przekształcenia gimnazjum albo jego włączenia do innej szkoły należała do kompetencji organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego prowadzącej gimnazjum. Uchwały dostosowujące sieć placówek do nowego ustroju musiały być podjęte do 31 marca 2017 r. Przy czym, gdy gmina decydowała się na przekształcenie gimnazjum (lub na jego włączenie) w liceum ogólnokształcące, trzeba było zawrzeć nowe lub zmienić dotychczasowe porozumienie o prowadzenie tego liceum. Wymóg ten nie dotyczył miast na prawach powiatu (art. 138 u.p.o.).

Rok szkolny 2018/2019 jest ostatnim, kiedy w szkole utworzonej zgodnie z wariantem 1–4 i 7–8 są prowadzone klasy gimnazjalne. Ich uczniowie otrzymają świadectwa ustalone dla tego typu szkoły, opatrzone jego pieczęcią. Co więcej, dla tych klas zachowany jest też obwód ustalony dla dotychczasowego gimnazjum.

Uregulowano także sytuację, gdy uczeń w ostatnim roku działalności gimnazjum nie otrzyma promocji. Wówczas, zgodnie z art. 128 ust. 3 u.p.w., od 1 września 2019 r. stanie się uczniem klasy VIII szkoły podstawowej. Dyrektor dotychczasowego gimnazjum, po uzgodnieniu z organem prowadzącym, będzie musiał go poinformować, w której placówce zrealizuje obowiązek szkolny.

Trzeba pamiętać, że wygaszenie gimnazjów nie kończy jednak dostosowywania szkół do docelowego systemu oświaty, przyjętego w ustawie z 14 grudnia 2016 r. – Prawo oświatowe (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 996 ze zm., dalej: u.p.o.). Reforma ostatecznie dobieganie końca dopiero z upływem roku szkolnego 2023/2024.

Zatrudnienie w okresie przejściowym – przeniesienie

W art. 220 u.p.w. przewidziano przepisy przejściowe, które z założenia mają uelastycznić politykę kadrową. Obowiązywać one mają do 31 sierpnia 2019 r. Nie obejmą one zatem całego okresu wprowadzenia reformy oświaty, ale są wprost związane z ostatecznym wygaszeniem gimnazjów.

Przepisy te modyfikują art. 18 ustawy z 26 stycznia 1982 r. – Karta nauczyciela (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 967, dalej: KN) w ten sposób, że jest on stosowany również do nauczycieli, których stosunek pracy został nawiązany na podstawie umowy o pracę na czas nieokreślony. Z założenia przepis ten jest poświęcony pedagogom zatrudnionym na podstawie mianowania. Regulacja ta zezwala na jego przeniesienie (na własną prośbę lub z urzędu, ale za jego zgodą) na inne stanowisko w tej samej lub innej szkole, w tej samej lub innej miejscowości, na takie same lub inne stanowisko. Artykuł 220 u.p.w. wyłącza jednak obowiązywanie warunku zapewnienia przeniesionemu nauczycielowi mieszkania służbowego oraz miejsca pracy dla małżonka, który też wykonuje ten zawód. Przeniesienia nauczyciela – w trybie art. 18 KN – do innej szkoły dokonuje dyrektor szkoły, do której nauczyciel ma być przeniesiony, po zasięgnięciu opinii organu prowadzącego tę szkołę i za zgodą dyrektora szkoły, w której nauczyciel jest zatrudniony.

Zgoda na dodatkową pracę

Podjęcie lub kontynuowanie dodatkowego zatrudnienia w okresie przejściowym w innej placówce wymaga uzyskania pisemnej zgody dyrektora, w której zatrudniony jest nauczyciel, a w przypadku gdyby takiej zmiany chciał dla siebie dyrektor – zgody organu prowadzącego. Naruszenie tego warunku skutkować może rozwiązaniem stosunku pracy w głównym zakładzie pracy z końcem roku szkolnego z zachowaniem trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. To rozwiązanie nie jest stosowane wobec nauczycieli przedmiotów teoretycznych w szkołach i placówkach prowadzących kształcenie zawodowe oraz nauczycieli praktycznej nauki zawodu we wszystkich typach szkół i na kwalifikacyjnych kursach zawodowych.

Uzupełnienie wymiaru godzin

Możliwa jest też sytuacja, w której po przekształceniu szkoły nauczyciel zatrudniony na podstawie mianowania lub umowy o pracę na czas nieokreślony nie będzie w niej miał tylu godzin, by wypełnić tygodniowy, obowiązkowy wymiar zajęć dydaktycznych. Wówczas, zgodnie z 22 ust. 1 i 2 KN, organ prowadzący placówkę może zobowiązać go do podjęcia pracy w innej szkole lub szkołach, na tym samym lub – za jego zgodą – na innym stanowisku. Praca w innej szkole nie może stanowić więcej niż 1/2 obowiązkowego wymiaru zajęć. Artykuł 220 ust. 1 pkt 3 u.p.w. dotyczy wszystkich nauczycieli, także tych zatrudnionych w szkołach, których reforma systemu oświaty nie dotyczy. Nauczyciele, którzy skorzystają z uprawnienia zawartego w art. 22 ust. 1 i 2 KN, w przypadku rozwiązania stosunku pracy otrzymają odprawę z uwzględnieniem wymiaru zajęć obowiązkowych z miesiąca przypadającego bezpośrednio przed zastosowaniem ograniczenia wymiaru zatrudnienia.

Nauczyciel zatrudniony w gimnazjum, który w okresie trwania stażu na kolejny stopień awansu zawodowego zmieni miejsce zatrudnienia, może kontynuować staż, jeżeli podjął zatrudnienie w szkole – bez względu na wymiar zatrudnienia – nie później niż 12 miesięcy po ustaniu poprzedniego stosunku pracy i jeżeli za okres dotychczas odbytego stażu otrzymał pozytywną ocenę dorobku zawodowego. Regulacja ta ma zastosowanie również do nauczycieli gimnazjów, którzy rozpoczną lub będą kontynuowali staż w szkołach, w których prowadzone będą klasy gimnazjum (art. 228 u.p.w.).

Rozwiązanie angażu

Ci nauczyciele gimnazjalni, których dalsze zatrudnienie wraz z końcem roku szkolnego 2018/2019 nie będzie możliwe ze względu na wygaszenie tego typu szkół, zostaną zwolnieni. Rozwiązanie stosunku pracy nastąpi z końcem roku szkolnego, po uprzednim trzymiesięcznym wypowiedzeniu. Nauczyciele ci otrzymają odprawę.

W stosunku do nauczycieli wygaszanych gimnazjów w roku szkolnym 2018/2019 wyłącza się stosowanie art. 20 KN (art. 227 u.p.w.).

Kadra kierownicza

W przypadku wygaszanych samodzielnych gimnazjów (tj. takich, które nie przekształcają się w szkoły nowego typu lub nie będą włączane do innych placówek) przyjęto zasadę, że ich dotychczasowi dyrektorzy będą zajmować stanowisko do końca okresu, na jaki zostali powołani, nie dłużej jednak niż do 31 sierpnia 2019 r. Zasada ta odnosi się także do osoby powołanej na stanowisko dyrektora niebędącej nauczycielem.

Do dnia zakończenia działalności gimnazjum organ prowadzący może powierzyć pełnienie obowiązków dyrektora gimnazjum wice dyrektorowi, a w gimnazjum, w którym nie ma wicedyrektora, nauczycielowi tego gimnazjum, na ustalony przez siebie okres nie dłuższy niż do 31 sierpnia 2019 r.

Kierujący gimnazjum przekształcanego w 8-letnią podstawówkę – z dniem tej reorganizacji staje się dyrektorem 8-letniej szkoły podstawowej i zajmuje to stanowisko do końca okresu, na jaki powierzono mu stanowisko dyrektora gimnazjum. Organ prowadzący może przedłużyć mu pełnienie funkcji (także, gdy nie jest nauczycielem) na okres maksymalnie do 31 sierpnia 2019 r. (art. 237 u.p.w.). Taka sama zasada obowiązuje w razie przekształcenia gimnazjum w trzy- lub czteroletnie liceum ogólnokształcące, cztero- lub pięcioletnie technikum albo branżową szkołę I stopnia (art. 240 u.p.w.).

Proces włączenia

Odmienne zasady obowiązują w razie włączenia gimnazjum do innych placówek. Gdy będzie ono włączone do szkoły podstawowej, to dyrektor gimnazjum staje się wicedyrektorem tej szkoły. Stanowisko to pełnił do końca okresu, na jaki powierzono mu stanowisko dyrektora gimnazjum. Natomiast dyrektor szkoły podstawowej staje się dyrektorem ośmioletniej szkoły podstawowej.

Wicedyrektorów oraz nauczycieli zajmujących inne stanowiska kierownicze w szkole podstawowej oraz w gimnazjum odwołuje się ze stanowiska z końcem roku szkolnego poprzedzającego rok szkolny, z początkiem którego następuje włączenie tej szkoły.

Przykład

Gimnazjum do podstawówki

Rozpoczęcie działalności przez ośmioletnią szkołę utworzoną poprzez włączenie gimnazjum do szkoły podstawowej nastąpi 1 września 2018 r. Zatem odwołanie wicedyrektorów gimnazjum i dotychczasowej szkoły podstawowej musiało się odbyć do 31 maja 2018 r.

Ta sama zasada obowiązuje w razie włączenia gimnazjum do trzy- lub czteroletniego liceum, cztero- lub pięcioletniego technikum lub branżowej szkoły I stopnia (art. 241 ust. 2–4 u.p.w.). W przypadku szkół nowego systemu, w ramach których funkcjonują do wygaśnięcia oddziały gimnazjalne, organ prowadzący może przedłużyć powierzanie stanowiska dyrektorowi, któremu w trakcie przeprowadzania zmian kończy się kadencja, nie dłużej niż do 31 sierpnia 2019 r.

Natomiast w razie wygaszanych gimnazjów (tj. takich, które nie przekształcają się w szkoły nowego typu lub nie są włączane do innych szkół) dotychczasowi ich dyrektorzy zajmują stanowisko do końca okresu, na jaki go powierzono – nie dłużej jednak niż do 31 sierpnia 2019 r. W sytuacji zaś gdy ich kadencja kończy się przed wygaszeniem kształcenia w gimnazjum, przepisy przewidują możliwość przedłużenia powierzenia im tej funkcji, nie dłużej jednak niż do 31 sierpnia 2019 r. Dopuszczalne jest powierzenie wicedyrektorowi pełnienia obowiązków dyrektora gimnazjum, a w gimnazjach, w których nie ma wicedyrektora, nauczycielowi tego gimnazjum, nie dłużej niż do 31 sierpnia 2019 r. ©

 

 

Tabela. Warianty przekształcenia gimnazjum ©

Wariant

Opis

Rozpoczęcie działalności

1

Przekształcenie dotychczasowego gimnazjum w 8-letnią szkołę podstawową

Od 1 września 2017 r., 1 września 2018 r. albo 1 września 2019 r.

2

Włączenie gimnazjum do 8-letniej szkoły podstawowej

Od 1 września 2017 r., 1 września 2018 r. albo 1 września 2019 r.

3

Przekształcenie gimnazjum w 3-letnie liceum ogólnokształcące albo 4-letnie technikum

Od 1 września 2017 r. albo 1 września 2018 r.

4

Włączenie gimnazjum do 3-letniego liceum ogólnokształcącego albo 4-letniego technikum

Od 1 września 2017 r. albo 1 września 2018 r.

5

Przekształcenie gimnazjum w 4-letnie liceum ogólnokształcące albo 5-letnie technikum

Od 1 września 2019 r.

6

Włączenie gimnazjum do 4-letniego liceum ogólnokształcącego albo 5-letniego technikum

Od 1 września 2019 r.

7

Przekształcenie dotychczasowego gimnazjum w branżową szkołę I stopnia

Od 1 września 2017 r., 1 września 2018 r. albo 1 września 2019 r.

8

Włączenie gimnazjum do branżowej szkoły I stopnia

Od 1 września 2017 r., 1 września 2018 r. albo 1 września 2019 r.

opinia eksperta

Najpierw więcej etatów, potem zwolnienia i odprawy

Mariusz Banach zastępca prezydenta Lublina ds. oświaty

Największy problem będziemy mieli przy podwójnym roczniku, który pojawi się we wrześniu 2019 r. Wtedy absolwenci szkół podstawowych i gimnazjów będą ubiegać się o przyjęcie do placówek ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych. W tych szkołach, które są przekształcane ze szkół gimnazjalnych w podstawówki, dla wielu przedmiotowców nie będzie w przyszłym roku pracy. Do tej pory mieliśmy 10 klas w gimnazjum, a w podstawówce będzie ich o połowę mniej. Ogółem nauczycieli przedmiotowych będzie za dużo, ale jednocześnie będzie ich za mało w liceach. Musimy się też zmierzyć z problemem społecznym. Zastanawiamy się, czy uczniowie i rodzice zaakceptują, że nauczyciel z gimnazjum nagle zacznie uczyć w liceum i przygotowywać dziecko do matury. Od września zaczynamy pracę z dotychczasowymi nauczycielami, którym będzie trzeba przypomnieć, czego się uczy w szkole średniej i jakie procedury obowiązują przy zdawaniu matury. My też nie wiemy, czy nauczyciel, który dziś ma pracę w gimnazjum, zechce ją podjąć w liceum, a może w ogóle odejdzie z zawodu i poszuka czegoś spokojniejszego i bardziej dochodowego. Ta górka w postaci podwójnego rocznika, która będzie w przyszłym roku w szkołach średnich, później się skończy i co wtedy? Dyrektorzy szkół średnich będą zatrudniać nowych nauczycieli, aby później po przejściu tego podwójnego rocznika zwalniać i wypłacać odprawy. Inny problem, o którym nie mówi się zbyt dużo, to sprawa realizacji podstawy programowej, której uczniowie zaczną uczyć się od połowy. Uczniowie po zakończeniu szóstej klasy, w której mieli przyrodę, trafią do siódmej klasy, gdzie będą już mieli biologię. A nowa podstawa programowa przewiduje , że biologia obowiązuje od V i VI klasy. Problem ten miała rozwiązać przejściowa podstawa programowa, ale niestety nie pojawiła się. Odpowiedzialni nauczyciele chcieli nadrobić te zaległości, ale powstaje pytanie kiedy? Trudno przerobić materiał w dwa lata, skoro powinno się go przerobić w trzy. Ostatnio przyszedł do mnie nauczyciel chemii, który powiedział mi, że jeśli w szkole nie byłoby żadnych przerw i wycieczek, to i tak w ciągu roku brakuje mu osiem lekcji do zrealizowania materiału. ©

!Urlop dla poratowania zdrowia dla nauczycieli zatrudnionych w gimnazjum (w roku szkolnym 2018/2019) będzie mógł być udzielony najdalej do 31 sierpnia 2019 r. Po tym terminie nie będzie można go kontynuować.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.