Niemcy silniejsze po kryzysie
Berlin wykorzysta zamieszanie, by urządzić Europę po swojemu
Niemieckie media uznały, że Angela Merkel w czasie kryzysu greckiego poniosła klęskę. Paradoksalnie jednak reformy strefy euro, w które kanclerz tak opornie się zaangażowała, mogą przynieść jej władzę, jakiej Niemcy w zjednoczonej Europie nigdy jeszcze nie mieli.
Angela Merkel nie miała w ostatnich tygodniach łatwego życia. Scenariusz przed kolejnymi szczytami unijnymi był zawsze taki sam. - Nie będzie zatykania greckiego budżetu pieniędzmi niemieckich podatników - zapewniała przed wyjazdami do Brukseli, a po powrocie do kraju zawsze musiała jednak obwieszczać swoim rodakom coś dokładnie odwrotnego. Tak było, gdy 11 kwietnia uległa presji Włochów i Francuzów, obiecując Grecji 30 mld euro kredytów oprocentowanych poniżej rynkowej wartości. Ta sama sytuacja powtórzyła się 9 maja, kiedy z inicjatywy Nicolasa Sarkozy’ego (który według świadków miał walić nawet pięścią w konferencyjny stół) kraje strefy euro uzgodniły utworzenie Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego w wysokości 750 mld euro dla zagrożonych bankructwem państw obszaru wspólnej waluty. Za każdym razem z najwyższym rachunkiem od stołu odchodzili właśnie Niemcy.
- Znów jesteśmy głupkami Europy - skomentowała wynik ostatniego ze szczytów ratunkowych najpoczytniejsza niemiecka bulwarówka "Bild Zeitung". Wcale nie lepiej zareagował nobliwy "Frankfurter Allgemeine Zeitung". W "Der Spiegel" czy "Sueddeutsche" pojawiło się ostrzeżenie przed nadciągającym nad strefę euro widmem inflacji, które w Niemczech z powodu historycznych wspomnień z lat 20. ma piorunującą siłę rażenia. Decyzja Europejskiego Banku Centralnego o kupnie obligacji Grecji i innych maruderów z południa Europy doprowadziła do wściekłości szefa Bundesbanku Axla Webera, który demonstracyjnie ogłosił wobec niej votum separatum. - Trichet (szef EBC - red.) do wymiany - zaczęli apelować do Merkel współkoalicjanci z FDP.
Równie mocno dostało się Merkel od proeuropejsko nastawionej części opinii publicznej. Ich zdaniem niemieckie zwlekanie z pomocą dla Grecji kosztowało Europę miliardy euro, bo doprowadziło do fali paniki na rynkach. Do chóru krytyków dołączyły nawet największe chadeckie tuzy: były kanclerz i promotor Merkel Helmut Kohl czy były prezydent Roman Herzog. Nie mówiąc już o jej politycznych przeciwnikach. - Czołowym niemieckim politykom brakuje dziś emocjonalnego zaangażowania w Europę. Dlatego nie są skłonni niczego zaryzykować w imię jej jedności - mówi "DGP" Joschka Fischer, były szef niemieckiej dyplomacji i jeden z architektów obecnego kształtu UE. Z kolei Thomas Klau, ważny analityk Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych, opublikował oskarżycielski komentarz, w którym zarzucił swoim rodakom, że w ostatnich miesiącach porzucili politykę identyfikowania interesu Niemiec z dobrem UE na rzecz "arogancji i głupoty charakteryzującej czasy wilhelmińskiej dyplomacji sprzed I wojny światowej".
Wielu obserwatorów zwraca jednak uwagę, że gdy za Odrą opadnie histeria wywołana kryzysem euro, Niemcy zrozumieją, że na całym zamieszaniu sporo zyskają. - Berlin wyjdzie z tego starcia z rachunkiem na 150 mld euro, ale akceptowaną przez elity i społeczeństwo jasną misją: czas poukładać Europę po naszemu - pisze renomowany amerykański instytut studiów strategicznych Stratfor w opublikowanym w ubiegłym tygodniu raporcie na temat ekonomicznej przyszłości Europy. Chodzi przede wszystkim o lansowane od kilku miesięcy przez Berlin zaostrzenie przestrzegania unijnych kryteriów spójności z Maastricht (niski deficyt, dług publiczny i inflacja). Niemieckie ministerstwo finansów ujawniło w poniedziałek, że niestrudzony szef resortu Wolfgang Schaueble planuje przeszczepienie na unijny grunt tzw. hamulca zadłużeniowego, który został w ubiegłym roku wpisany do konstytucji. Zgodnie z tymi zasadami kraje Eurolandu mogłyby zaciągać co roku dług nie większy niż 0,35 proc. PKB. Jeśli przepisy będą łamane, grzesznik straci unijne pieniądze na fundusze strukturalne, spójności czy wspólną politykę rolną. Mechanizm wymierzony byłby w najbardziej korzystające z tych funduszy Południe, a po ewentualnym wejściu do strefy euro również wschód Europy. Szczególnie zatwardziali grzesznicy opuszczaliby euroklub. - Te pomysły byłyby nie do przeforsowania w normalnych warunkach. Teraz jednak szanse na ich wprowadzenie wzrosły - uważa Fredrik Erixon, szef Europejskiego Centrum Międzynarodowej Ekonomii Politycznej w Brukseli.
Kolejnym etapem jest już niemal pewne ulokowanie szefa Bundesbanku Axla Webera w roli następnego szefa Europejskiego Banku Centralnego, gdy w 2011 r. na emeryturę odejdzie Francuz Jean-Claude Trichet. Urząd kanclerski zdementował wprawdzie doniesienia, jakoby zgoda na Webera była warunkiem, który osłodził Berlinowi konieczność sięgnięcia do kieszeni w związku z gaszeniem greckiego kryzysu. Trudno jednak wyobrazić sobie, by w obecnych warunkach pozostałe kraje mogły odmówić Niemcom stanowiska, o które od dawna zabiegają.
Podobnie sytuację ocenia Komisja Europejska. - Niemcy będą egzekwowały warunki funkcjonowania unii monetarnej dużo energiczniej niż dotychczas - mówi "DGP" jeden z wysokich urzędników z otoczenia szefa KE Jose Manuela Barroso. Nasz rozmówca zwraca jednak uwagę, że razem z nowymi możliwościami i wzrostem potęgi Niemcy będą musieli przejąć nowe obowiązki. - Europę w najbliższych latach ukształtuje nowy niepisany układ: większe rygory fiskalne dla południa w zamian za pobudzenie wewnętrznej konsumpcji w nastawionych dotąd na eksport gospodarkach Niemiec, Austrii czy Holandii - mówi nam. Za tym ostatnim pomysłem mocno lobbował Paryż. Nicolas Sarkozy liczy, że oddając Niemcom więcej władzy w Eurolandzie i zrzucając na nich obowiązek jego reformowania, zmusi sąsiada, by "poczekał" na francuską gospodarkę, która w ostatnich latach została w tyle pod względem obniżania kosztów pracy i produktywności. W ten sposób powtarza trik swoich poprzedników: Roberta Schumana, Charles’a de Gaulle’a czy Francois Mitteranda. Wszyscy oni godzili się na więcej eurointegracji w zamian za utrzymanie ścisłego związku z Niemcami, które Paryż zawsze podejrzewał o skłonność do pójścia własną niebezpieczną drogą i dlatego wolał oplatać coraz bardziej ciasną siecią powiązań.
Berlin i tym razem zgodził się na propozycje Sarkozy’ego z jednego prostego powodu: Niemcy wiedzą, że na istnieniu strefy euro zarobili najwięcej ze wszystkich. Wprowadzenie wspólnego pieniądza i eliminacja ryzyka walutowego doprowadziły do tego, że dobre i konkurencyjne niemieckie towary zalały rynki innych krajów członkowskich (na wspólny rynek trafia dziś ok. 70 proc. niemieckiego eksportu), zostawiając w tyle marki made in Greece, Portugal czy nawet Spain. Nieprzypadkowo między rokiem 1995 a 2000 niemiecki eksport wzrósł o blisko 1/3, a w 2003 roku (cztery lata po formalnym wprowadzeniu wspólnej waluty) Niemcy stały się największym światowym eksporterem. Tytuł ten odebrały im dopiero w czasie obecnego kryzysu Chiny. Jest wręcz oczywiste, że przetrwanie wspólnej waluty leży w żywotnym interesie Berlina.
Nie znaczy to jednak, że Angela Merkel cieszy się z obecnych zawirowań. - Rozbudowa niemieckich wpływów w strefie euro zmusi ją do zmiany jej ulubionego bezkonfliktowego stylu uprawiania dyplomacji i wejścia w buty swojego poprzednika Gerharda Schroedera, który nie stronił od głośnego akcentowania niemieckiego interesu na arenie unijnej - mówi "DGP" Gunther Hellmann, politolog z uniwersytetu we Frankfurcie i autor głośnej tezy o nieuchronnym powrocie Niemiec do roli mocarstwa. Jego zdaniem konsekwencją kryzysu będzie mieszanie się Niemiec, strażnika unijnych kryteriów, w zazdrośnie strzeżone przez państwa obszary gospodarczej i fiskalnej suwerenności. - Dotąd Merkel jak ognia tego unikała, próbując przekonać wszystkich wokół, że po czasach schroederowskiego prężenia muskułów zafundowała Europie powrót starych dobrych, wycofanych Niemiec. Teraz będzie musiała od tego odejść, bo wyborcy w Niemczech oczekują, że ich pieniądze nie będą wyrzucane w błoto - dodaje Hellmann.
Niemcy w roli srogiego dyrektora szkoły dla niesfornych licealistów niekoniecznie spodobają się samym uczniom. - Merkel dyktuje Europie swoje warunki - oburzył się wtorkowy belgijski dziennik "Le Soir", po tym jak na naradzie unijnych ministrów finansów Niemcy upierały się, by pomoc dla Grecji została uzależniona od zgody parlamentu w Berlinie. - Kryzys unaocznił potrzebę stworzenia w strefie euro rządu gospodarczego. Tyle że nie ma nikogo, poza Niemcami, kto życzyłby sobie, by ta nowa władza należała do Berlina - czytamy w komentarzu belgijskiej gazety. Jeszcze bardziej nerwowo kraje euro zareagowały na środową decyzję Berlina o ograniczeniu możliwości spekulowania obligacjami (zakaz tzw. krótkiej sprzedaży). Francja i Hiszpania wprost oskarżyły Niemców o to, że z nikim nie konsultowały swojej jednostronnej decyzji, stawiając partnerów przed faktami dokonanymi.
Według podobnego schematu będzie przebiegało w najbliższych latach życie polityczne Eurolandu. - Niemcy znajdą się w pułapce, w którą po upadku żelaznej kurtyny wpadli Amerykanie - uważa Hellmann. Z jednej strony cały świat Zachodu domaga się, by Waszyngton nie uciekał od globalnego politycznego przywództwa. Z drugiej jednak, gdy Amerykanie zaczynają forsować swoje pomysły, spotykają się one z zarzutem arogancji i narzucania światu swojej woli.
@RY1@i02/2010/097/i02.2010.097.000.0018.101.jpg@RY2@
Fot. AP
Niemcy w roli srogiego dyrektora szkoły niekoniecznie podobają się samym uczniom
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu