Tym razem Kreml nie mieszał się w wybory na Ukrainie
Jedną z najbardziej rzucających się w oczy różnic między obecnymi wyborami prezydenckimi a głosowaniem z 2004 roku była postawa Rosji.
W czasie pomarańczowej rewolucji prezydent Władimir Putin natychmiast po ogłoszeniu Wiktora Janukowycza zwycięzcą drugiej tury wyborów pogratulował mu wbrew dowodom fałszerstw, po czym - by uprawomocnić sukces popieranego przez siebie kandydata - skłonił do podobnego gestu przywódców sojuszniczych republik Azji Środkowej. Co więcej, na rzecz szefa Partii Regionów pracowali wówczas najlepsi PR-owcy Kremla z Glebem Pawłowskim na czele.
Tym razem Moskwa utrzymywała dystans zarówno wobec Janukowycza, jak i wobec jego kontrkandydatki Julii Tymoszenko. Nawet po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów przedstawiciele Moskwy zachowali daleko idącą ostrożność. Kreml oświadczył, że jest gotowy do współpracy z każdym zwycięzcą wyborów, zaś nowo mianowany ambasador w Kijowie Michaił Zurabow w niedzielny wieczór odwiedził sztaby wyborcze obu kandydatów. Zapytany, czy pogratulował Janukowyczowi zwycięstwa, odpowiedział: - Nie dysponuję danymi, które mówiłyby o czyimkolwiek zwycięstwie.
Także te słowa dowodzą istotnej zmiany stosunku Kremla do elekcji nad Dnieprem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu