Funt zatrzyma Szkotów w Zjednoczonym Królestwie
Zwolennicy secesji nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, jaka waluta miałaby obowiązywać w niepodległym państwie. Ale przekonują, że dzięki złożom gazu i ropy byłoby ono bogatsze niż Anglia
18 września - mieszkańcy Szkocji będą decydować w referendum o tym, czy ich kraj powinien się odłączyć od reszty Zjednoczonego Królestwa i ogłosić niepodległość. Choć według niemal wszystkich sondaży większość głosujących poprze utrzymanie związków z Londynem, ich przewaga nie jest na tyle duża, by sprawa była rozstrzygnięta.
Im bliżej terminu głosowania, tym bardziej oba obozy przerzucają się nie tylko argumentami, ale i sondażami wskazującymi, że trend idzie po ich myśli. I tak, dziennik "The Scotsman" przywołał w zeszłym tygodniu badanie ośrodka TNS, z którego wynika, że przewaga przeciwników niepodległości spadła do najniższego poziomu w historii i wynosi 8 pkt proc. (46 do 38 proc.). Jeszcze mniejszą, bo pięciopunktową różnicę wskazał sondaż Survation (44 do 39 proc.), co przy 17-proc. grupie niezdecydowanych czyni wynik głosowania kwestią otwartą. Z drugiej strony, według badania YouGov z pierwszego tygodnia sierpnia, za secesją opowie się 35 proc. mieszkańców Szkocji, przeciw 55 proc., co jest różnicą raczej nie do odwrócenia.
Podobnie jest z raportami na temat przyszłości szkockiej gospodarki, która dla obu zwolenników każdej z opcji stron pozostaje głównym motywem przy podejmowaniu decyzji. Autonomiczny rząd szkocki przekonuje, że znajdujące się na Morzu Północnym złoża ropy naftowej i gazu ziemnego wystarczą, by zapewnić niepodległemu krajowi wyższy poziom życia niż obecnie. Przeciwnicy argumentują, że wcale nie jest powiedziane, że złoża w całości przypadłyby Szkocji, gdyż tak samo jak wszystkie inne aktywa i zobowiązania Wielkiej Brytanii będą musiały zostać podzielone. Na dodatek gospodarka niepodległej Szkocji będzie, szczególnie na początku, nieufnie traktowana przez agencje ratingowe i inwestorów, na dodatek zerwanie z Londynem nieuchronnie przełoży się na utratę miejsc pracy. Dowodem na to ma być opublikowany w środę raport ministerstwa skarbu, z którego wynika, że z całego, wartego 72 mld funtów szkockiego eksportu do pozostałej części Zjednoczonego Królestwa trafiają towary za aż 51 mld, a uzależnione od tego handlu jest więcej niż co dziesiąte miejsce pracy po północnej części wyspy - czyli w przypadku niepodległości będzie zagrożone.
O ile na większość tego typu raportów zwolennicy secesji odpowiadają własnymi wyliczeniami, z których wynika, że będzie dokładnie odwrotnie, na jedną z kluczowych dla głosujących kwestii - czyli to, jaka waluta ma obowiązywać w niepodległej Szkocji - ostatnio nie potrafią odpowiedzieć. Coraz bardziej widoczny brak koncepcji w tej dziedzinie jest przyczyną, dla której wzrost poparcia dla niepodległości zahamował w ostatnich tygodniach. Szkocki premier Alex Salmond zapowiada, że po secesji kraj pozostanie z resztą Wielkiej Brytanii w unii walutowej, czyli nadal będzie używał emitowanego przez Bank Anglii funta szterlinga. Z dotychczasową walutą nie chcą się też rozstawać Szkoci - według sondażu, gdyby kraj ogłosił niepodległość, to aż 68 proc. preferowałoby zostanie przy funcie, podczas gdy za przyjęciem euro bądź wprowadzeniem własnej waluty opowiada się po kilkanaście procent (szkockie banki mają prawo do emisji własnych banknotów, które mają taką samą wartość jak szterlingi, ale ponieważ polityka monetarna pozostaje w gestii Banku Anglii, obecnie nie jest to odrębna waluta). Problem jednak w tym, że na takie rozwiązanie nie zgadza się Londyn - wszystkie główne partie polityczne, czyli konserwatyści, laburzyści i Liberalni Demokraci, zgodnie mówią, iż unii walutowej nie będzie. Brak pomysłu na wyjście z tej patowej sytuacji widoczny był np. podczas przeprowadzonej niespełna dwa tygodnie temu telewizyjnej debaty między Salmondem a byłym brytyjskim ministrem finansów Alistairem Darlingiem, podczas której szef szkockiego rządu nie umiał odpowiedzieć na pytanie, co zrobi, jeśli Londyn nie zmieni zdania. - Plan B zakłada, że jest to drugie najlepsze rozwiązanie. Tymczasem ani ja, ani moi koledzy ze Szkockiej Partii Narodowej, ani cały obóz proniepodległościowy nigdy nie zgodzi się na drugie najlepsze rozwiązanie dla Szkocji - próbował się tłumaczyć w artykule opublikowanym na łamach "The Sun". Nie zmienia to faktu, że nawet ci popierający secesję nie mają pojęcia, jakiej waluty używałby niepodległy kraj. A to punktów nacjonalistom nie dodaje.
Teoretycznie Szkoci, jeśli nie chcą się rozstawać z funtem szterlingiem, mogliby go nadal używać na takiej samej zasadzie jak w Czarnogórze czy Kosowie obowiązującą walutą jest euro, a w Panamie czy Ekwadorze - dolar amerykański. Ale takie rozwiązanie ma co najmniej kilka słabych punktów - po pierwsze Szkocja nie miałaby żadnego wpływu na politykę monetarną, a trudno się spodziewać, by Bank Anglii w jakimkolwiek stopniu kierował się interesem szkockiej gospodarki. Po drugie, odpada ewentualność ratowania sektora bankowego przez bank centralny. Na ratowanie brytyjskich banków na początku kryzysu Bank Anglii przeznaczył w postaci dokapitalizowania i gwarancji kredytowych 500 mld funtów, z czego spora część została przeznaczona dla mających siedzibę w Szkocji RBS, HBOS i Clydesdale Bank. A biorąc pod uwagę, że aktywa szkockich banków są 12 razy większe niż PKB Szkocji, jest jasne, że w kryzysowej sytuacji sama sobie nie poradzi. Wreszcie kraj, który jest nieoficjalnym użytkownikiem obcej waluty, siłą rzeczy nie budzi wielkiego zaufania inwestorów.
Oddalenie się od Londynu oznaczałoby utratę tysięcy miejsc pracy
Na referendum czeka też Katalonia
Wrześniowe referendum niepodległościowe w Szkocji ze szczególną uwagą obserwować będą mieszkańcy Katalonii. Ten hiszpański region przeprowadzi podobny plebiscyt 9 listopada. Różnica jest taka, że szkockie referendum odbywa się na mocy porozumienia między władzami w Londynie i Edynburgu i ewentualny rozwód będzie przeprowadzony zgodnie z ustalonym harmonogramem, zaś Madryt nie akceptuje katalońskiego głosowania i zapowiada, że nie uzna jego wyników. Szczególnie że z punktu widzenia władz centralnych prawdopodobnie będzie ono niekorzystne. O ile w Szkocji większość ankietowanych w sondażach opowiada się za pozostaniem kraju w Wielkiej Brytanii, w Katalonii przewagę mają zwolennicy secesji. Ta tendencja przybrała na sile podczas kryzysu zadłużeniowego w Hiszpanii - Katalonia jest największą gospodarką ze wszystkich 17 regionów kraju, a jej mieszkańcy mają poczucie, że utrzymują biedniejsze prowincje. W przypadku zwycięstwa zwolenników niepodległości nie będzie problemu walutowego, ale wbrew nadziejom secesjonistów Katalonia nie przejmie automatycznie miejsca w Unii. Komisja Europejska już zapowiedziała, że w przypadku oderwania się od Hiszpanii Katalonia musiałaby prowadzić negocjacje akcesyjne jak każdy inny kandydat do członkostwa. Sceptycyzm Brukseli jest do pewnego stopnia zrozumiały - szkockie i katalońskie referenda mogą uruchomić falę następnych, które mogą poważnie zmienić mapę zachodniej Europy. Tendencje separatystyczne są silne także w Kraju Basków, we Flandrii, na Korsyce i w Bretanii oraz w północnych Włoszech.
BJN
@RY1@i02/2014/159/i02.2014.159.00000080a.803.jpg@RY2@
EPA/PAP
Według badania YouGov za secesją opowie się tylko 35 proc. mieszkańców Szkocji. 55 proc. będzie przeciw
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu