Dziennik Gazeta Prawana logo

Mądre zamawianie czy ostre lawirowanie?

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Dzięki przetargom dostęp do publicznych pieniędzy ma być równy dla firm, a ich usługi tańsze dla budżetu. Zamysł mądry, gorzej z praktyką

@RY1@i02/2015/171/i02.2015.171.000000800.804.jpg@RY2@

System zamówień publicznych pomyślany jako zawór bezpieczeństwa przy wydawaniu pieniędzy publicznych działa w sposób mający mało wspólnego z tym, co nazwalibyśmy mądrym wydawaniem pieniędzy. Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) w niedawnym raporcie na temat nieprawidłowości w zamówieniach publicznych oszacował, że w Polsce prawdopodobieństwo korupcji dotyczy 19-23 proc. rozpisywanych przetargów, co przekłada się na ok. 35-40 mld zł. To dużo, bo według danych Komisji Europejskiej w ostatnich kilku latach w tym systemie wydawanych jest u nas 8-13 proc. PKB.

Prawnik Piotr Trębicki specjalizujący się w prawie zamówień publicznych zapytany o mądre przetargi zaczyna się śmiać. - Mądre zamówienia publiczne istnieją tak samo, jak grzeczne dzieci albo dobrzy mężowie. Czyli występują w naturze, ale nie są to przypadki zbyt częste - wzdycha.

Przytakuje mu dr Włodzimierz Dzierżanowski, prezes zarządu Grupy Doradczej Sienna i były wiceprezes Urzędu Zamówień Publicznych. Tłumaczy, że by przetarg można było nazwać mądrym, musi nastąpić połączenie osiągnięcia zakładanego celu, a cała procedura musi być przeprowadzona zgodnie z literą prawa. - Niby proste, a okazuje się bardzo trudne - ocenia.

- Mądre zamówienia publiczne to te przyjazne wykonawcom. Przetargi, w których ważne oferty składa wiele konkurujących ze sobą firm. Filarami dla takich zamówień są minimalne warunki udziału dla kompetentnych wykonawców oraz niedyskryminacyjny opis przedmiotu zamówienia. W następnej kolejności to uzasadnione kryteria oceny ofert uwzględniające relację ceny do jakości - tak bardzo technicznie widzi to dr Aneta Wala, adwokat w zespole prawa zamówień publicznych w kancelarii Wierzbowski Eversheds.

Tyle teorii. W praktyce mamy sytuację, w której nie możemy zrezygnować z systemu zamówień publicznych. Takie są unijne dyrektywy. A wykonanie? Jak wynika z najnowszej analizy Fundacji im. Stefana Batorego, w 45 proc. wszystkich przetargów w Polsce występuje tylko jeden oferent. To najgorszy wynik w Unii. Szczególnie niechętnie biorą udział w przetargach małe i średnie firmy - jedynie co czwarta z nich stara się o takie kontrakty. Nic dziwnego, skoro co rusz dostają takie sygnały, jakie płynęły choćby z niedawnego konkursu w MEN, które na zgłoszenie ofert na przygotowanie kampanii informacyjnej dało firmom dwa dni. - Może i wszystko było w tym zamówieniu poprawne, ale rynek, widząc takie wymagania, wyciąga prosty wniosek: mają już jakąś firmę dogadaną - wzdycha Dzierżanowski.

Nowelizacja, która zobowiązała urzędników, by kierowali się nie tylko najniższą ceną, jest praktycznie przez zamawiających bojkotowana. Owszem, wpisują inne wymogi, ale jest to głównie termin i punktowane są tak nisko, że cena wciąż jest decydująca. Udaje się za to wprowadzić nakaz stosowania tzw. klauzul społecznych nakazujących wybieranie wykonawców, którzy zatrudniają pracowników na umowach o pracę. Skąd te różnice w podejściu do zmian w prawie? - Klauzule są wymogiem bezwzględnym. Wprowadzenie innego kryterium niż cena jest już zaś bardziej płynne - tłumaczy Dzierżanowski.

Na razie przetargowa mądrość w Polsce polega więc głównie na lawirowaniu w przepisach, a nie na tym, by zamówione produkty czy usługi były jak najlepsze.

@RY1@i02/2015/171/i02.2015.171.000000800.805.jpg@RY2@

Zamówienia publiczne w Polsce

Sylwia Czubkowska

sylwia.czubkowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.