Przestrzeń publiczną trzeba odzyskać. Samorządy muszą dostać narzędzia
Wyludniające się i zdegradowane centra miast, osiedla w szczerym polu, niekontrolowana zabudowa na terenach cennych przyrodniczo, dominanty krajobrazowe - słupy czy wiatraki, wszechobecne reklamy. Czy w walce z tym chaosem pomogą przygotowywane ustawy o ochronie krajobrazu i rewitalizacyjna?
Debata DGP
Jakie są największe problemy związane z funkcjonowaniem polskiej przestrzeni publicznej i z czego one wynikają?
Zamiast walki o przestrzeń publiczną, obserwujemy zanik wspólnoty, czego przejawem jest chociażby grodzenie osiedli. Jak wskazałem w raporcie "Przestrzeń życia Polaków", w naszych miastach obserwujemy dwie tendencje. Pierwsza to właśnie zamykanie się osiedli lub ucieczka z miast, czego konsekwencją jest suburbanizacja. Druga polega na nowych ruchach miejskich - pojawiają się nowi mieszczanie; część osób deklaruje chęć powrotu do centrów miast, następuje reurbanizacja. Miejski styl życia wymaga jednak specyficznej przestrzeni, dlatego też należy ją rozwijać. Problem w tym, że po pierwsze, przestrzeń publiczna nie jest inwestycją celu publicznego w sensie prawnym. W efekcie podmiot zarządzający nie ma mocnych podstaw działania, nie może np. wywłaszczać w tym celu nieruchomości.
Druga kwestia dotyczy tego, że plany zagospodarowania przestrzennego przeważnie nie są nastawione na kreowanie przestrzeni publicznej.
Wszystko dlatego, że traktujemy proces planistyczny jako procedurę, która ma jedynie usprawnić budowanie. Pod takim kątem patrzy się też na wszystkie inicjatywy ustawodawcze. Od razu padają pytania: czy ta ustawa pozwoli szybciej i sprawniej zabudowywać?. Niestety, celem działań urbanistycznych zazwyczaj nie jest uzyskanie wyższej jakości zamieszkania. Chodzi raczej o to, by szybko i sprawnie powstało dużo kubatury. Trochę - rzecz jasna - w interesie deweloperów. Zaznaczam jednak, że nie można ich traktować jako wrogów przestrzeni publicznej.
Część z nich chce bowiem tworzyć place czy skwery. Szkopuł w tym, że gminy już na wstępie deklarują, że nie mają zamiaru takich przestrzeni utrzymywać. W efekcie inwestorzy po prostu zabudowują wolne miejsca, stawiają kolejne bloki.
Trzeba się zastanowić, jakie czynniki mogą sprawiać, że nasze otoczenie będzie ładnie wyglądać. Pierwszy z nich to presja społeczna. Niestety, w Polsce na dobrą sprawę nie istnieje, bo w ramach zachłyśnięcia się odzyskaną wolnością postawiliśmy nacisk na indywidualizm, a nie na wspólnotowość. W efekcie nawet jeżeli na osiedlu wszystkie domki są budowane według określonego wzoru, to kolejna osoba nie ma żadnych oporów, aby zbudować sobie całkowicie inny budynek, bo to przecież jej działka i jej marzenie. Przy takiej filozofii trudno oczekiwać, że pewne mechanizmy, które funkcjonują np. w krajach Europy Zachodniej - np. wzgląd na to, na ile nasze działania oddziałują na sąsiadów, powstrzyma nas przed pewnymi poczynaniami.
Druga grupa czynników ma charakter ekonomiczny. Obecnie generalnie przeciwdziałają one tworzeniu racjonalnej polityki przestrzennej i to patrząc z bardzo różnych punktów widzenia. Zacznę od samych decyzji inwestycyjnych podejmowanych przez obywateli. W sytuacji gdy tak na dobrą sprawę nie funkcjonuje u nas system opłat adiacenckich (wnoszonych z tytułu wzrostu wartości nieruchomości spowodowanej np. jej podziałem czy uzbrojeniem), opłaca się znaleźć jak najtańszą działkę, postawić na niej budynek, po czym żądać, aby z pieniędzy publicznych została ona wyposażona w odpowiednie media i dojazd. Powoduje to, że poszukujemy działek w środku pola, bo akurat ktoś je tam tanio sprzedaje. Natomiast z punktu widzenia wspólnotowego jest to bardzo niekorzystne, bo generuje ogromne koszty w dostarczenie infrastruktury do zabudowy.
Mamy też problem z planowaniem przestrzennym w gminie. Obecnie nie ma żadnych bodźców ekonomicznych, które przeciwdziałają tworzeniu planów, tam gdzie nie powinny one powstać. Istnieje za to silna presja na przekształcanie gruntów rolnych w budowlane, bo to nic nie kosztuje. Zboże rośnie, tak jak rosło, a grunt jest już budowlany. W mojej ocenie należy wprowadzić odpowiednie bodźce podatkowe - grunt przeznaczony pod zabudowę jest opodatkowany podatkiem od nieruchomości, nawet jeśli jest niezabudowany.
Kolejna sprawa - gminy bardzo często nie mają żadnej motywacji do tworzenia dobrej przestrzeni publicznej. Przyczyna jest prosta - jakiekolwiek szersze jej zaplanowanie sprawi, że skala odszkodowań, które trzeba zapłacić, staje się zbyt duża.
Pozostaje jeszcze problem z uzupełnianiem zabudowy. Moim zdaniem powinno się ono odbywać na podstawie indywidualnych decyzji, które są uzależnione od otaczającej zabudowy. Natomiast tam, gdzie ona nie istnieje albo jest rozproszona, jedyną podstawą do inwestycji powinno być planowanie przestrzenne. A więc tam, gdzie nie ma planów, nie ma po prostu możliwości zabudowy. To rozwiązałoby problem z ładem przestrzennym.
To trafna geneza przejścia z epoki szarzyzny do epoki Beverly Hills w naszym kraju. Jeden i drugi okres łączy jedno: brak szacunku dla naszych korzeni kulturowych oraz dla środowiska, w którym funkcjonujemy. To trzeba zmienić. W takich warunkach nie da się planować dobrej przestrzeni. A nie chodzi przecież tylko o planowanie. Przed nami jest potężne zadanie, tj. rekultywacja przestrzeni publicznej. Mam nadzieję, że uda się przekonać parlament choćby do przyjęcia ustawy rewitalizacyjnej. To mógłby być pierwszy krok do tego, aby w sposób cywilizowany dokonać naprawy tej przestrzeni publicznej, którą traktujemy jako dobro wspólne.
Szwankuje więc planowanie przestrzenne. Co należałoby tu zmienić?
Trzeba przywrócić właściwy sens i rangę planowaniu przestrzennemu. Obserwujemy bowiem niepokojącą tendencję, że jest ono postrzegane jako element procesu inwestycyjno-budowlanego. To błędna teza. Prawo przestrzenne wyrażone w planie jest bowiem uwarunkowaniem tego procesu, a nie jego elementem.
Główną przeszkodą w planowaniu przy procesie inwestycyjnym jest w tej chwili rozproszenie regulacji. Pochodzą one z różnych okresów i są absolutnie niedostosowane do siebie.
Gdy istnieje potrzeba przeprowadzenia szybkiej inwestycji, wprowadza się kolejną lex specialis. Ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym obrosła tyloma różnymi aktami prawnymi, że z ustawy wiodącej stała się peryferyjną.
Jeśli chodzi o specustawy, to zgodzę się z panem mecenasem. Nie uważam jednak, że głównym problemem jest to, iż ustawa o planowaniu i zagospodarowywaniu przestrzennym jest przestarzała i jedynym rozwiązaniem jest dzisiaj napisanie jej na nowo. Problemem jest praktyka jej stosowania i związana z tym pewna modyfikacja zawartych w tym akcie instytucji, także na drodze orzecznictwa. Na przykład decyzja o warunkach zabudowy miała być incydentalnym instrumentem, który będzie pozwalał m.in. na zabudowę fragmentu miasta, kiedy zaistnieje taka potrzeba. Ale dzisiaj praktyka i orzecznictwo doprowadziły do tego, że 50 proc. pozwoleń na budowę jest wydawanych na jej podstawie. Problemem jest też to, że decyzja o warunkach zabudowy nie jest ograniczona żadnym terminem, przez co często, co wprost pokazuje praktyka, jest pozyskiwana w celach spekulacyjnych, bo automatycznie podnosi wartość nieruchomości i wcale nie służy celom inwestycyjnym i nie kończy się pozwoleniem na budowę. Na dodatek, jeśli nastąpi jej zderzenie z planem miejscowym, to w każdym przypadku jej posiadacz może oczekiwać odszkodowania. To duży problem dla gmin, które tworząc plany miejscowe, krążą po polu minowym, i tak je sporządzają, by uniknąć konieczności tych wypłat - trudno więc w tym wypadku mówić o jakości i kreacyjnej roli planu miejscowego. Gminy często wręcz ich nie tworzą, by nie nadszarpnąć budżetu. W tym właśnie miejscu potrzebne są konkretne punktowe zmiany przepisów. Poważnie należy się też zastanowić nad systemowym uregulowaniem inwestycji celu publicznego, bo tu rzeczywiście mamy ogrom ustaw, często ze sobą niespójnych. Poza tym należy po prostu przywrócić brzmienie sensownie zaplanowanych przez ustawodawcę przepisów ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, tak aby były zgodne z jego intencjami. Mówię o korektach nie cierpiących zwłoki, zanim przejdziemy do reformy całego systemu. Nie chciałbym, żeby myśląc o reformie, nie reagować na bieżącą degradację przestrzeni.
Prawo jest jedynie narzędziem, które ma ukształtować pewne pożądane zachowania. Nie można mówić, że ustawa jest dobra, tylko źle stosowana. Jeśli są problemy, przepisy należy tak skorygować, by przeciwdziałać negatywnym zjawiskom.
O tym, że żyjemy w zdewastowanej przestrzeni, mówi uzasadnienie prezydenckiego projektu ustawy o ochronie krajobrazu. Jakie są jego główne założenia?
Przypomnę, że art. 5 konstytucji RP mówi, iż Rzeczypospolita Polska strzeże dziedzictwa narodowego. Niewątpliwie jest nim krajobraz, trzeba więc go chronić. Ten obowiązek ma także wymiar ekonomiczny. W gorszym krajobrazie wartość nieruchomości jest niższa.
Dlatego walka o jakość przestrzeni publicznej musi odbywać się w na dwóch płaszczyznach: kulturowej, a więc tej związanej z ochroną dziedzictwa narodowego, oraz ekonomicznej. Obecnie zaś konieczna jest interwencja legislacyjna, którą pozwoli tę walkę wygrać. Bo jeśli ją przegramy, to wszyscy stracimy. To właśnie odwołanie się do wspólnoty i wymiaru osobistego stoją za projektem prezydenta dotyczącym usprawnienia instrumentów na rzecz ochrony krajobrazu. Chcemy uzupełnienia poszczególnych ustaw o wątki, które pozwolą chronić i ulepszać przestrzeń publiczną. Przy okazji warto zauważyć, że francuski kodeks urbanistyczny zawiera zapis: wolno zakazać budowy, jeżeli zakłóca ona osie widokowe lub niszczy krajobraz miejscowości.
A jak do prezydenckiej inicjatywy podchodzi ministerstwo infrastruktury? Projekt od ponad roku nie może wyjść z podkomisji.
To bardzo cenna inicjatywa. Prace nad nią trwają tak długo, ponieważ zawiera ona rozwiązania systemowe, które trzeba gruntownie przeanalizować, aby dały najlepszy efekt. Nie mam żadnych wątpliwości, że ustawę należy uchwalić w tej kadencji. Wspólnie z Kancelarią Prezydenta wypracowaliśmy bardzo dobre rozwiązania dotyczące reklam. A więc związane z tą częścią przestrzeni publicznej, w której występuje totalny chaos. W ślad za nimi do ustawy o podatkach i opłatach lokalnych dołączone mają zostać zapisy dotyczące opłaty od reklam, którą będzie mogła wprowadzić rada gminy. Resort podziela także intencję ochrony obszarów szczególnie cennych, parków krajobrazowych. Pozostała jeszcze kwestia doprecyzowania i wypracowania z podkomisją narzędzi pozwalających zrealizować ten cel. Podchodzę jednak optymistycznie do tego projektu.
W projekcie wprowadzono dwie dotąd nieznane polskiemu prawu instytucje: audyt krajobrazowy i urbanistyczne zasady ochrony krajobrazu. Obowiązek ich stworzenia będzie spoczywał na sejmiku województwa. Czy to dobre rozwiązanie?
Tak. Musi istnieć instytucja, która będzie odpowiadała za nowe regulacje. Bez stworzenia jednego miejsca, gdzie będziemy mówić o przestrzeni ponad gminą, nie da się rozstrzygać kwestii związanych z ochroną krajobrazu.
To pierwsza od co najmniej 10 lat inicjatywa legislacyjna dotycząca gospodarowania przestrzenią wynikająca z troski o pewną jakość. Do tej pory regulacje związane były z procesem budowlanym. To dla nas wielki test, czy jesteśmy w stanie myśleć o przestrzeni jako dobru wspólnym, wznieść się ponad różne przesądy i dokonać postępu. Jeśli to się uda, zmieni się kompletnie przyszłość tak potężnych obszarów tematycznych jak planowanie przestrzenne czy regionalne.
Projekt ustawy krajobrazowej spotkał się z oporem inwestorów wiatrowych. Dlaczego?
Nie mamy problemu z tym, że ustawodawca chce regulować kwestie krajobrazu i ustalić dla pewnych obszarów warunki, jeśli chodzi o wpływ na niego. Chodzi o to, że metoda, jaką się to wprowadza, w naszej ocenie nie będzie służyć racjonalnemu wykorzystaniu tej przestrzeni. Minister przytoczył znamienny zapis francuskiego kodeksu budowlanego, mówiąc, że ktoś podejmuje decyzję w imieniu wspólnoty. To jest klucz do tego, o czym rozmawiamy. Marszałek twierdzi, że najwłaściwszym podmiotem do podejmowania decyzji jest sejmik województwa, bo krajobraz ma zasięg ponadgminny. Ale ma też zasięg ponadpowiatowy i ponadwojewódzki. Stąd te rozwiązania, zgodnie z którymi obszary o wyjątkowo cennym krajobrazie są zdefiniowane na poziomie ogólnopolskim, inwestorzy uważają za wystarczające. Czy te tereny są właściwie chronione przed ingerencją? Tu możemy podyskutować, bo zapewne nie są. Natomiast wprowadzenie nowych kategorii ochrony, jak np. krajobraz priorytetowy (krajobraz szczególnie cenny dla społeczeństwa mający podlegać szczególnej ochronie - red. ), jest działaniem nieproporcjonalnym. Podobnie kwestia urbanistycznych zasad ochrony krajobrazu. Nie twierdzimy, że to zły pomysł, lecz wymaga on doprecyzowania. Nie może być tak, że każde województwo we własny sposób ustala zasady kształtowania krajobrazu. Wiatraki rzadko kiedy mają wpływ na obszar większy niż gmina, więc to ona powinna o nich decydować.
Wprowadzenie mechanizmu audytów krajobrazowych, które już dzisiaj są wymagane od inwestorów, wystarczająco zabezpiecza społeczności lokalne przed tym, by cenne osie widokowe nie były naruszane. Jest jeszcze kwestia dominant krajobrazowych. Wiatrak nie jest jedyną. Projektowane rozwiązania doprowadzą jednak do kuriozalnej sytuacji, że słupy energetyczne odbierające energię z farmy wiatrowej nie będą objęte restrykcjami budowy. Powód? Jest to infrastruktura energetyczna podlegająca wyłączeniom, natomiast sam wiatrak już będzie im podlegał.
Na coś trzeba się zdecydować i osiągnąć kompromis w toku prac legislacyjnych. Wówczas taka ustawa oczyści atmosferę. Obecnie projekt jest tak sformułowany, że traktujemy to jako kolejne ograniczenie o mało przejrzystych kryteriach i zbyt dużej restrykcyjności.
Podstawowym celem definicji krajobrazowej jest zidentyfikowanie, jakie krajobrazy, jak cenne i gdzie mamy w Polsce. W kilkunastu województwach zrobiliśmy sondaż o planowanych inwestycjach, które już nie powinny tam mieć miejsca. Pojawiają się przypadki farm wiatrowych, radarów meteorologicznych, szybów naftowych czy kopalni kruszyw w ramach parków krajobrazowych. Tak więc mamy trochę planowanych inwestycji o charakterze dominant w takich parkach bądź w strefach chronionego krajobrazu. I tu jest problem dla samorządów wojewódzkich, bo to one ustalają parki krajobrazowe w drodze uchwały, a następnie nie mają żadnych instrumentów prawnych, by przeciwdziałać dewastacji tych obszarów oraz ich otulin.
Wobec silnego lobby "wiatrakowego", które wszyscy obserwujemy i które odciąga uwagę od innych ważnych zapisów oraz rozwiązań zaproponowanych w ustawie, chyba warto zastanowić się nad wyłączeniem z polityki krajobrazowej kwestii wiatraków. Wywołuje ona tylko ogromne napięcie. Może niech społeczność lokalna sama rozstrzyga, czy te wiatraki mają u niej być, czy nie. Ustawa krajobrazowa wręcz wskazałaby miejsca, gdzie można je budować, by nie szkodziło to przestrzeni publicznej. Nie widzę tu żadnej sprzeczności. Chcemy za pomocą środków unijnych doprowadzić do zrównoważonego rozwoju. Decydujemy o tym, że tam, gdzie dochody gminy nie mogą pochodzić z dodatkowego źródła z podatków płaconych przez farmy wiatrowe, będziemy zasilać samorząd w sposób szczególny - tak, aby tworzył miejsca pracy o innym charakterze. Nie jesteśmy przeciwni lokalizowaniu wiatraków, tylko uważamy, że lepiej usiąść przy jednym stole i uzgodnić pewne kwestie.
Co do jednej rzeczy należy się zgodzić - wiatraki nie mogą powstawać tam, gdzie lokalna społeczność sobie ich nie życzy.Procedowane zmiany umożliwiające lokalizowanie farm wiatrowych tylko na podstawie miejscowego planu zabudowy są jak najbardziej wskazane. Tylko mechanizm uchwalania miejscowego planu pozwala zachować odpowiedni standard konsultacji społecznych. Między nami jest natomiast sprzeczność co do tego, jak powinna wyglądać swoboda działalności w Polsce. Marszałek proponuje, by to władza wskazywała, gdzie i jakie inwestycje powinny powstawać, a my - inwestorzy - wolimy, by pokazano nam, gdzie inwestować nie wolno, a resztą zająć się sami.
Podstawowym problemem dla gmin jest brak pewności, czy ustalenia o warunkach zabudowy w studiach uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego będą uwzględnione w planach miejscowych. Drugi problem to brak wiedzy na temat przyszłej działalności inwestycyjnej w danej gminie. Te kwestie może rozstrzygnąć tylko poziom regionalny, bo może dać gwarancje, że te aspiracje inwestycyjne będą dotrzymane. Jeśli więc gmina wybiera swój kierunek rozwoju, ktoś musi być gwarantem tego, że jeśli nie narzędziami planistycznymi, to finansowymi, będzie wspierał te gminy.
Tak naprawdę wszystko odbywa się w ramach dialogu między inwestorami a gminami. Jeżeli będą przepisy, które z jednej strony pozwolą zachować pewne minimum usprawnień w zakresie tych kontaktów, z drugiej będą chronić interes publiczny, to wówczas nikt nie będzie się zastanawiał, jak je obejść. Gminy decydują o kierunku rozwoju. Samorząd województwa powinien patrzeć na to niejako z góry, z perspektywy regionu, ale na pewno nie może zastępować w tym zakresie gmin.
Istnieje pewien problem. Mamy coś takiego jak ustawa o ochronie przyrody. Na jej podstawie samorząd województwa ustanawia parki krajobrazowe. Podczas gdy wewnątrz parku narodowego i w jego otulinie nie wolno prowadzić inwestycji, to w przypadku parku krajobrazowego nie ma normy prawnej, która pozwoliłaby ograniczyć lub wyeliminować niszczącą go zabudowę.
Gminy muszą się pogodzić z tym, że istnieją zakazy ograniczające ich władztwo planistyczne. Wątpliwość polega na tym, że chce się stworzyć dwuwładzę planistyczną na pewnych terenach.
Jestem zwolennikiem zasady dura lex sed lex - wyłączamy szczególnie cenne krajobrazowo obszary z pełnego władztwa planistycznego gminy i niech samorząd województwa ustanawia tam zakazy i ograniczenia, ale niech nie ustanawia za gminę pozytywnych norm zagospodarowania przestrzennego.
Odebranie gminom władztwa w tym zakresie i przekazanie samorządowi województwa to prosta droga do podważenia legalności ustawy o ochronie krajobrazu z punktu widzenia jej zgodności z konstytucją.
Ale przecież są instytucje, które określają np. normy środowiskowe. Taką funkcję pełni Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. W przypadku krajobrazu też ktoś takie normy musi ustanawiać.
Przejdźmy do ustawy o rewitalizacji. Jakie są główne założenia projektu przygotowanego przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju? Czy w 2016 r. w polskich miejscowościach zaczną już wyrastać zmodernizowane place czy skwery, uwzględniające potrzeby lokalnych społeczności?
Projekt ma po pierwsze zdefiniować pojęcie rewitalizacji, które dziś często jest mylone np. z modernizacją techniczną czy remontami. Jej celem jest podwyższenie jakości życia na terenie zdegradowanym. Tak więc to człowiek jest w centrum tego procesu. Rewitalizacja ma być procesem kompleksowym, nieodnoszącym się tylko do kilku punktów w mieście. Kolejną ideą jest powrót do miasta. Zamiast inwestować na terenach nieprzystosowanych, lepiej wykorzystać te przestrzenie w mieście, które już mamy, i zająć się obszarami zdegradowanymi. A tych, jak wynika z szacunków naszych i Instytutu Rozwoju Miast, jest aż 20 proc. na terenach zurbanizowanych. Dziś nie ma powiązania w sensie prawnym planowania przestrzennego z ujęciem społecznym, gospodarczym czy demograficznym. W ewidencji terenów zabudowanych zabudową mieszkaniową w Polsce jest 1 proc. powierzchni naszego kraju. Przeznaczonych do takiej zabudowy jest 14 proc. Jeśli nasza populacja żyje tylko na tym 1 procencie, to trudno mówić o realnym szacowaniu potrzeb. Trzeba powiązać planowanie z analizą demograficzną. Założenia ustawy o rewitalizacji, a także plany związane z nowelizacją ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym spełniają te cele.
W ramach obszaru zdegradowanego powinniśmy zaplanować przestrzenie publiczne, aby integrować społeczność lokalną. Powinniśmy dać samorządowi specjalne narzędzia, by proces rewitalizacji sprawnie przeprowadzić. Chodzi m.in. o określenie budownictwa mieszkaniowego o charakterze społecznym jako celu publicznego, uznanie rewitalizacji za zadanie własne gminy czy możliwość wykorzystania nieruchomości porzuconych. Rewitalizacja musiałaby się odbywać na podstawie kompleksowego planu uwzględniającego potrzeby tamtejszych społeczności. Dlatego w założeniach do ustawy pojawia się komitet rewitalizacji jako ciało opiniodawczo-doradcze. W jego skład wejdą samorządowcy, mieszkańcy, właściciele nieruchomości, przedsiębiorcy. Wszelkie dokumenty dotyczące rewitalizacji będą konsultowane ze społecznością lokalną.
Biorąc pod uwagę poziom zdegradowania tkanki miejskiej w niektórych miejscach, jest niezbędne, by kwestie rewitalizacji zostały do polskiego porządku prawnego wdrożone. Natomiast muszą to być takie rozwiązania, które rzeczywiście stanowią rewitalizację w rozumieniu kompleksowego rozwiązania problemów występujących na danym obszarze. Jeżeli głównym efektem działania nowej ustawy będzie to, że powstanie trochę więcej nowych placów miejskich, to okaże się ona fiaskiem, gdyż zmiany będą widoczne tylko na zewnątrz, a zabraknie tych o charakterze społecznym. Projekt zawiera wiele istotnych rozwiązań, ale wymaga też jeszcze dość poważnych zmian. Jest w nim kilka miejsc, w których - przy odrobinie złej woli - rewitalizacja może być znów sprowadzona do hasła: za środki unijne odnawiamy fronty kamienic, bez zastanowienia się, co się dzieje wewnątrz nich. Mam nadzieję, że uda się ten projekt dopracować na etapie prac legislacyjnych. Zwracam jeszcze uwagę na niepokojący trend, który jest coraz bardziej widoczny. W wielu miejscach centra miast zaczynają pomału wymierać. Niestety, punkty komercyjne są wypierane przez urzędy administracji, banki i inne takie jednostki funkcjonujące do godz. 17-18. Wieczorem takie centrum zaczyna przypominać miasto duchów.
Największym zagrożeniem jest samochód, który zabiera ludziom przestrzeń publiczną. Bez przywrócenia ruchu pieszego bardzo trudno będzie odzyskać też przestrzeń. Klasycznym przykładem pozytywnego działania jest Krakowskie Przedmieście w Warszawie, gdzie ograniczono ruch kołowy, poszerzono chodniki, wprowadzono lepszy standard wyposażenia oraz nową architekturę w postaci skweru Hoovera. Podobnie jest w Krakowie, gdzie po obu stronach Wisły połączonych pieszą kładką zaczęły się zmieniać funkcje budynków - powstały kawiarnie, księgarnie, a właściciele rozpoczęli odnawianie elewacji. Drobna interwencja publiczna w postaci obiektu architektonicznego tworzącego ruch pieszy (kładka) wywołała niezwykły ruch inwestycyjny po obu stronach rzeki. W podobny sposób powstały nowe przestrzenie publiczne we Wrocławiu, Gdańsku, Bydgoszczy czy Katowicach.
Towarzystwo Urbanistów Polskich generalnie poparło założenia do ustawy o rewitalizacji. Widzimy w niej szansę na zmianę strategii urbanizacji. Dzisiaj jej przewodnią siłą jest sojusz dewelopersko-chłopski, w wyniku czego mamy olbrzymią nadpodaż gruntów budowlanych na terenach podmiejskich. Na marginesie tylko dodam, że nie jest to coś całkiem nowego - w okresie międzywojennym w okolicach Warszawy w wyniku parcelacji było sześć razy więcej terenów budowlanych, niż wynikało z rzeczywistych potrzeb.
Teraz mamy nadzieję na powstanie sojuszu dewelopersko-miejskiego, który spowoduje, że planowanie urbanistyczne nabierze sensu. Dla przykładu partycypacja społeczna w przypadku ekspansji na tereny rolne jest kwiatkiem do kożucha, bo niby kto miałby być jej uczestnikiem, natomiast w przypadku rewitalizacji staje się kwestią kluczową.
Sprawa rewitalizacji jest bardzo cenną inicjatywą, ale chciałbym wskazać na szczegóły, które mogą ten pomysł storpedować. Rozumiem, że skoro rewitalizacja ma być zadaniem własnym samorządu, to pójdą za tym odpowiednie środki finansowe.
To będzie zadanie fakultatywne.
Więc nie będzie realizowane, chyba że stworzy się zachęty finansowe. Mgliste odsyłanie do środków unijnych skończy się na niczym, zwłaszcza że w grę będzie wchodził wkład własny. I znów diabeł tkwi w szczegółach.
Gdybyśmy wszędzie mieli doskonałe rozwiązania, to nie proponowalibyśmy nowych założeń, aby je dyskutować ze wszystkimi zainteresowanymi, wysłuchać ich opinii i z nich skorzystać. Oczywiście część propozycji trzeba będzie rozstrzygnąć w toku prac. Chcemy dać samorządom pewne narzędzia urbanistyczne i jednoznacznie zdefiniować pojęcie rewitalizacji. Wydaje się, że szanując rolę i pozycję samorządów, nie możemy w każdym wypadku nakazać im zadań rewitalizacyjnych. Tworzymy reżim prawny, który ma zachęcać i pomagać, a nie narzucać rozwiązania gminom. Środki unijne nie są niczym mglistym, bo wsparcie rewitalizacji obszarów zdegradowanych jest wprost wskazane w budżecie UE na lata 2014-2020 jako jeden z głównych strategicznych celów. Dzisiaj te środki stanowią dużą część unijnych programów regionalnych i krajowych zaplanowanych na tę perspektywę.
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.809.jpg@RY2@
Janusz Sepioł senator, współautor raportu "Przestrzeń życia Polaków"
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.810.jpg@RY2@
Bartłomiej Kolipiński członek zarządu głównego Towarzystwa Urbanistów Polskich
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.811.jpg@RY2@
Paweł Orłowski wiceminister infrastruktury i rozwoju
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.812.jpg@RY2@
Grzegorz Kubalski ekspert Związku Powiatów Polskich
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.813.jpg@RY2@
Wojciech Cetnarski prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.814.jpg@RY2@
Olgierd Dziekoński sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.815.jpg@RY2@
Piotr Całbecki marszałek województwa kujawsko-pomorskiego
@RY1@i02/2014/252/i02.2014.252.183000600.816.jpg@RY2@
dr Jarosław Maćkowiak radca prawny z kancelarii prof. Marek Wierzbowski i Partnerzy - Adwokaci i Radcowie Prawni
Debatę prowadzili Anna Krzyżanowska i Tomasz Żółciak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu