Unię wolno krytykować. A nawet trzeba
"Unia jest fajna. A jej krytycy co do zasady nie mają racji". Takie zdanie miało sens 10 lat temu, gdy Polska dopinała swoje wstąpienie do Wspólnoty. Dziś potrzeba nam raczej więcej nastawienia odwrotnego: "Unia nie jest wcale taka fajna. A jej krytycy mają sporo racji"
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.000000500.101.jpg@RY2@
Obłęd? Nie. Naturalna i zdrowa kolej rzeczy. 10 lat temu byliśmy jak ubogi krewny z prowincji, który pojawił się u drzwi willi swojego bogatego kuzyna. Ten kuzyn niby nam pisał, żeby pakować kuferki i przyjeżdżać do niego do miasta. Ale czy nie zapomniał? A może się rozmyślił? Czy lokaj rozpozna i wpuści na pokoje? Dziś jesteśmy już w środku. Siadamy przy jednym stole z całą resztą. Mamy swoje miejsce przy kominku. Dorzucamy się też do domowego budżetu. Może nikogo po kątach nie rozstawiamy i nie mamy wpływu na te najbardziej kluczowe decyzje. Ale wszystko jest już jakby trochę nasze.
I nie chodzi bynajmniej o to, jak działają na różnych unijnych forach polscy politycy i urzędnicy. Rzecz w czymś dużo bardziej fundamentalnym. To znaczy w sposobie, w jaki my sami myślimy i rozmawiamy o Unii. Mówiąc zupełnie wprost, 10 lat po wejściu do Wspólnoty powinniśmy nauczyć się trudnej sztuki ostrego jej krytykowania, bez popadania w prymitywny i oderwany od rzeczywistości eurosceptycyzm. Droga do tego celu wiedzie poprzez odrzucenie kilku mitów, które narosły w Polsce wokół Unii Europejskiej.
Mit pierwszy: krytykowanie Unii to podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy
To oczywiście zupełnie zrozumiałe, skąd się takie nastawienie wzięło. Bo przecież dekadę temu faktycznie każda krytyka Unii była podcinaniem gałęzi, na którą z takim trudem udało nam się wdrapać. Bo oddalała nas od tego absolutnie fundamentalnego celu, jakim było związanie się Polski z Zachodem. I ucieczka z geopolitycznej strefy buforowej między jednoczącą się Europą a światem postsowieckim. Czyli z położenia, w jakim dziś znajduje się choćby Ukraina. Już tylko z tego powodu polskie wchodzenie do Unii nie było negocjacjami równego z równym. Inaczej niż rozszerzenie EWG z 1973 r., gdy do Wspólnoty przystępowała potężna Wielka Brytania czy bogata Dania. Albo gdy w 1995 r. na dołączenie do projektu integracyjnego odważyły się Austria, Szwecja i Finlandia. Silniejszą pozycję negocjacyjną od naszej miały nawet Grecja (1981 r.) oraz Hiszpania i Portugalia (1986 r.). Każdy z tych krajów wejść do Unii mógł, ale nie musiał. W efekcie kraje uczestniczące w poprzednich rozszerzeniach mogły ze Wspólnotą naprawdę negocjować. My nie. Oferta, z której skorzystaliśmy dekadę temu (konkretnie 16 kwietnia 2003 r., podpisując traktat ateński), przypominała umowę kredytową z bankiem. Można do niej przystąpić lub ją odrzucić. A możliwości negocjacyjne są dosyć iluzoryczne. Również dlatego, że Polska była wtedy częścią dużego rozszerzenia aż o 10 krajów. Scenariusz, że odbywa się ono bez nas, był więc jak najbardziej możliwy. Owszem, Zachodowi zależało na tym, by Polska we Wspólnocie się znalazła. Parli do tego głównie Niemcy. Trochę z przyczyn historycznych (bardzo realne wśród elit opiniotwórczych poczucie winy za II wojnę światową), jeszcze bardziej geopolitycznych (nie chcieli mieć strefy postsowieckiego chaosu tuż u swoich granic), a najbardziej z powodu interesów ekonomicznych, jakie wietrzył u nas prężny niemiecki biznes. Ale bez przesady. Bo przecież Polska otworzyła się szeroko na zagraniczny kapitał już na początku lat 90. I tak naprawdę zachodni biznes mógłby rozszerzać swoje przyczółki nad Wisłą i bez rozszerzenia Unii. Przynajmniej do pewnego stopnia.
Dziś sytuacja jest już jednak zupełnie inna. Polska uciekła z obszaru geopolitycznej ziemi niczyjej. Jest krajem o dużo stabilniejszej gospodarce niż w chwiejnych latach 90. Dużo bardziej doświadczone są też jej elity. Można nawet powiedzieć, że przecież po to dekadę temu integrowaliśmy się z Unią na chybcika, nie oglądając się zbytnio na ówczesne warunki akcesji, by dziś korzystać z poszerzonego pola możliwości. Do którego należy narzekanie i kręcenie nosem na Unię. Bo ani Europa, ani Polska z powodu odrobiny eurosceptycyzmu się nie zawali.
Mit drugi: krytycy Unii to nacjonaliści
Choć czasy dylematu "wejść czy nie wejść" dawno już minęły, to tamta z konieczności uproszczona dyskusja pozostawiła w nas jednak trwałe ślady. Jednym z nich jest stosowany do dziś nagminnie skrót myślowy, że każdy krytyk Unii to nacjonalista. A więc ktoś jakby intelektualnie upośledzony. Niepotrafiący przyjąć do wiadomości, że państwa narodowe to zamknięty (lub przynajmniej zamykający się) etap europejskiej historii. Takie stawianie sprawy budzi sprzeciw z dwóch powodów. Po pierwsze jest to pójście na łatwiznę. Bo nazywając kogoś eurosceptykiem nacjonalistą, właściwie nie musimy już dyskutować z jego argumentami. Wiadomo przecież, że z wiecznie wczorajszymi dyskutować nie ma po co. I tak nie mogą przecież mieć racji. Mamy przecież wiek XXI, a nie XIX. Problem tylko w tym, że takie rozumowanie nie jest wynikiem jakiejś trzeźwej analizy. Lecz raczej myślenia życzeniowego. I to dość naiwnego. Przynajmniej jeśli zestawić je z tym, co się faktycznie dzieje w Unii Europejskiej. Już choćby na poziomie samych traktatów. Owszem. W ciągu ostatnich 20 lat kraje Wspólnoty zintegrowały się gospodarczo i politycznie bardziej niż kiedykolwiek we współczesnej historii. Dowodem powstanie wspólnego rynku czy unijnej waluty. Ale z drugiej strony żaden z kolejnych traktatów bynajmniej nie zmniejszył dominującej roli Rady Europejskiej (a więc spotkań szefów unijnych rządów). Dobrym przykładem jest tutaj traktat lizboński. Unia zafundowała sobie w nim stałego przewodniczącego tejże Rady. Teoretycznie kogoś, kto mógłby odgrywać rolę ponadnarodowego "prezydenta UE". Ale potem przywódcy Unii umocowali w tej roli bezbarwnego Belga Hermana Van Rompuya, czyli dokładnie takiego polityka, o którym było wiadomo, że nie ma najmniejszych szans, by stać się nawet namiastką ponadnarodowego przywódcy Wspólnoty. Trudno oprzeć się również wrażeniu, że twórcom traktatu lizbońskiego chodziło przede wszystkim o przełamanie zasady jednomyślności w ramach Rady Europejskiej. Czyli o to, by nad powiększoną Unią nie wisiała już groźba paraliżu decyzyjnego związanego z prawem weta ze strony jakiegoś kraju członkowskiego. A nie o to, by wzmocnić znaczenie instytucji reprezentujących całą Wspólnotę.
Zresztą byłoby niepopartą faktami naiwnością sądzić, że same instytucje wspólnotowe (Komisja Europejska, Parlament Europejski) składają się z decydentów będących w pierwszym rządzie Europejczykami, a nie wysłanymi do tych instytucji Polakami, Niemcami czy Francuzami. Owszem można by od biedy założyć, że taka brukselska tożsamość zaczęła już może kiełkować wśród eurourzędników, na stałe mieszkających w Brukseli i łączących z europosadą swoje osobiste bezpieczeństwo. Ale na pewno nie można tego powiedzieć o najważniejszych decydentach tych instytucji. Choćby o komisarzach. Przykład? Ot, choćby polski przedstawiciel w tym gremium Janusz Lewandowski. Który nawet specjalnie nie ukrywa, że jego największym sukcesem w roli komisarza ds. unijnego budżetu było wykrojenie z niego pokaźnego kawałka dla Polski. W domyśle większego, niż gdyby tę posadę objął Grek, Hiszpan albo Rumun. Inny przykład tego samego zjawiska to Piotr Serafin. Dyplomata, który w latach 2010-2012 był zastępcą szefa gabinetu politycznego komisarza Lewandowskiego i jako przedstawiciel Komisji uczestniczył w kluczowym momencie koordynowania negocjacji kolejnej perspektywy budżetu UE dla 27 krajów. Budżetowe negocjacje kończył już jednak... po drugiej stronie barykady. Bo w maju 2012 r. objął posadę ministra ds. europejskich w gabinecie Donalda Tuska. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w biznesie, zmieniający strony menedżer mógłby mieć poważne kłopoty. Tu jednak sytuacja nie wzbudziła niczyjego zdziwienia. A wedle słów samego Lewandowskiego przedstawiciele innych krajów gratulowali Polakom tak przebiegłego manewru. Czyli mówiąc wprost, wystrychnięcia Komisji Europejskiej na dudka. Czy te historie nie są najlepszym dowodem na to, że traktowanie Unii jako tworu postnarodowego jest grubym nieporozumieniem?
I nie chodzi tu o czyjąś złą lub dobrą wolę. Tylko o to, że Unia Europejska jest tworem narodowym. Przede wszystkim dlatego, że kluczowe z punktu widzenia obywatela kwestie rozstrzygają się na poziomie krajowym. I to w Warszawie, Berlinie czy Paryżu podejmuje się na przykład decyzje w sprawie wysokości podatków, emerytur albo świadczeń socjalnych. I dopóki tak będzie, to Unia pozostanie federacją, a nie superpaństwem.
Mit trzeci: więcej integracji to zawsze dobra wiadomość
"Poczekajcie, poczekajcie... Dojdziemy i do tego" - tak na powyższe zastrzeżenia reagują zazwyczaj zdeklarowani euroentuzjaści. Bo ich zdaniem przedstawianie dowodów, że Unia działa w praktyce w oparciu o logikę państw narodowych, bynajmniej nie powinny nas zawracać z drogi do osiągnięcia postnarodowego ideału. Odwrotnie. W zasadzie należałoby zastosować ucieczkę do przodu i otworzyć kolejne pola integracji. Takie myślenie rzeczywiście dominowało we Wspólnocie w ostatnich 25 latach. A jego efektem były traktaty z Maastricht, Amsterdamu, Nicei oraz Lizbony. A ostatnio unia bankowa czy pakt stabilizacyjny. Te ciągłe postępy integracyjne były czymś w rodzaju perpetuum mobile: uchwalenie każdego poprzedniego aktu stawało się jednocześnie koronnym dowodem, że jednak można. Czemu by więc nie pójść jeszcze dalej. Wszystko zmieniło się w 2010 r. Czyli w momencie, gdy w Europę uderzyła pierwsza fala kryzysu zadłużeniowego. Rozlewając się powoli na Grecję, Portugalię, Irlandię, Hiszpanię. Mocno strasząc też Włochy, Belgię, a nawet Francję. Oczywiście problemy usiłowano racjonalizować. Na przykład prezentując opowieść o leniwych południowcach, którzy przez lata żyli ponad stan. I teraz mają za swoje. Ale jednocześnie do głosu zaczęła dochodzić bardziej prozaiczna prawda. Że może kryzys euro to właśnie dowód, iż więcej integracji to nie tylko zyski, ale również poważne kłopoty. Bo utworzenie wspólnego pieniądza otworzyło niesamowite możliwości przed najsilniejszymi. Ale jednocześnie przydusiło słabszych uczestników integracji. I mowa tu nie tylko o krajach (korzystający na euro Niemcy kontra tracąca na nim Grecja), lecz także o podziałach idących wewnątrz społeczeństw. I o tym, że wspólna waluta doprowadziła do ekspansji sektora finansowego, utrudniając jednocześnie życie drobnym przedsiębiorcom (zwłaszcza tym z gospodarek peryferyjnych), których produkt nagle zasadniczo podrożał.
Euro to tylko jeden z przykładów. W gruncie rzeczy chodzi tu bowiem o zjawisko dużo poważniejsze. Na które już od dawna zwracali uwagę przeciwnicy zbyt głębokiej integracji. Straszyli oni bowiem nie od dziś, że musi się ona skończyć zduszeniem różnorodności. Czyli tego, co najpewniej było tajemnicą cywilizacyjnego fenomenu Europy na przestrzeni ostatnich kilkuset lat. Taką tezę stawiał na przykład już trzy dekady temu w swojej głośnej książce "The European Miracle" (Europejski cud) brytyjski historyk gospodarki Eric Jones. Jego zdaniem bezprecedensowy awans Europy do roli pierwszego świata był możliwy właśnie dzięki temu, że od upadku Cesarstwa Rzymskiego w V wieku nikomu (mimo prób) nie udało się zjednoczyć kontynentu. I właśnie z tej różnorodności i ciągłego konkurowania różnych ośrodków władzy stworzył się przepis na innowacyjność i bogactwo zachodniego świata. Oczywiście ceną tego napięcia były ciągłe wojny nawiedzające kontynent. I to właśnie z potrzeby zapobieżenia takim tragediom w przyszłości zrodziła się dzisiejsza Unia. Teraz idzie tylko o to, by nie przesadzić w drugim kierunku i nie zabić wszelkiej różnorodności. Właśnie poprzez zbyt ambitne projekty integracyjne.
Mit czwarty: Unia zmierza w optymalnym kierunku
W normalnej demokracji jest tak, że rządzący są wybierani przez obywateli na pewien czas. Po którym, jeśli się obywatelom przestają podobać, muszą oddać władzę opozycji. To ułomny, ale jednak najlepszy z wynalezionych sposobów kontrolowania władz. Niestety, w ramach Unii Europejskiej te reguły działają jakby w krzywym zwierciadle. Czy decydenci są wybierani? Tak, ale w Parlamencie Europejskim, a więc tej instytucji, która do powiedzenia ma zdecydowanie najmniej. I jest również pozbawiona jakiejkolwiek politycznej odpowiedzialności za swoje decyzje. Rada Europejska (czyli szefowie rządów) pochodzą oczywiście z wyborów. Ale kłopot zaczyna się, gdy Angela Merkel decyduje o losach Hiszpanii. Choć nie wybrał jej żaden Hiszpan. Z kolei Komisja Europejska to już zupełni nominaci podlegający demokratycznej kontroli w sposób podobny do prezesów spółek skarbu państwa. Te półdemokratyczne gremia uchwaliły w ostatnich kilkunastu latach wiele traktatów stanowiących coś w rodzaju konstytucji UE (choć z tej nazwy w praktyce zrezygnowano). I tu znów mamy same paradoksy. Bo niby były one w wielu krajach zatwierdzane w drodze referendum, ale gdy głosowanie ludowe nie zgadzało się z intencją organizatorów, to się głosowanie... powtarzało. W Irlandii taka sytuacja miała miejsce dwa razy w ciągu zaledwie kilku lat. Czy miało to wiele wspólnego z demokracją, każdy pewnie może sobie odpowiedzieć sam. Jednocześnie wszystkie kolejne unijne traktaty (Maastricht, Amsterdam, Nicea, Lizbona) traktowane są w Unii nie jako normalne demokratyczne prawo, które można w dowolnej chwili zmienić, jeśli taka będzie wola większości. Nie, one są otaczane czcią wręcz nabożną. A przynajmniej taką, jaka należy się szczególnemu aktowi prawnemu, którym jest konstytucja. Znów wedle dziwacznej zasady, że im mniej demokratycznie zostały uchwalone, tym ważniejsza ranga im się należy. Czy to naprawdę jest Europa, która działa w sposób optymalny? Przecież ona aż sama prosi się o krytykę. Dla dobra jej samej.
Mit piąty: musimy wejść do strefy euro. Inaczej Europa nam ucieknie
Jeśli myślą państwo, że te wszystkie mity nas nie bardzo dotyczą, to są państwo niestety w błędzie. Ostry spór powróci już niebawem. Gdy tylko na wokandzie znów stanie temat naszego członkostwa w strefie euro. Widać to już było przy okazji wybuchu kryzysu ukraińskiego. Spora część polskiej opinii publicznej postanowiła wykorzystać ten moment, by wprowadzić zapomniane nieco euro na powrót do debaty. Według zasady: A nie mówiliśmy? Trzeba się jeszcze mocniej związać z Zachodem. A droga do tego wiedzieć wprost przez strefę euro.
W takim stawianiu sprawy spotykają się jakby wszystkie poprzednie mity. Czyli przekonanie o tym, że nadal jesteśmy w sytuacji wyboru pomiędzy faktyczną (euro) a iluzoryczną (sama Unia) integracją z Europą. Narzekanie na wąskie narodowe horyzonty tych, którzy takie stawianie sprawy podają w wątpliwość. Czy wreszcie wiara w to, że więcej integracji walutowej oznacza lepszą Europę. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Decyzja o członkostwie w euro jest nieporównywalna z referendum akcesyjnym. Pozostanie przy złotówce samo w sobie nie musi nas oddalać od reszty Europy (tak jak nie oddala Duńczyków czy Szwedów). Tak samo jak jego przyjęcie nie musi nas do jądra Europy zbliżać (tak jak nie zbliża Grecji). Słowem - świadoma polska decyzja o członkostwie musi być poprzedzona trzeźwym rachunkiem zysków i strat. Ale żeby go przeprowadzić, potrzebne jest nam więcej krytycyzmu wobec samego projektu integracji. Odważmy się na to. Już nam wolno.
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu