Dla zasad warto czasami poświęcić dobrobyt
Prawnicy kierują się zasadą: pacta sunt servanda (umowy są święte). Ta rzymska reguła jest fundamentem prawa obowiązującego w cywilizowanym świecie. Przykład Ukrainy pokazuje, że ostatecznie jedyną świętością w relacjach międzynarodowych jest siła. Żadne umowy nie mają znaczenia. A najczęściej jedyne, na co potrafi się zdobyć cywilizowany świat, gdy ktoś niweczy jego dorobek i wymachuje mu pięścią przed nosem, to "wyrazy oburzenia". Przynajmniej do czasu, aż dostanie po głowie.
Ktoś powie, że Krym jednak wybrał (w referendum) i podpisał porozumienie o przystąpieniu do Federacji Rosyjskiej. Tu warto przypomnieć jeszcze jedną rzymską - cywilistyczną, ale pasującą jak ulał - paremię: nemo plus iuris in alium transferre potest quam ipse habet (nie można przenieść na innego więcej praw, niż się samemu posiada). Tak tedy to akt z prawnego punktu widzenia bez znaczenia. Ale liczy się co innego. Rosja, podobnie jak Wielka Brytania i USA, formalnie zagwarantowała Ukrainie suwerenność i integralność terytorialną w zamian za zrzeczenie się broni atomowej. Teraz tę umowę podeptała na oczach wszystkich (podobnie jak wcześniej tę dotyczącą Naddniestrza). Zrobiła to w wyjątkowo teatralny (dosłownie), ale jednocześnie cyniczny i niezwykle skuteczny sposób. Na szczęście bezkrwawy; nie wiadomo tylko, czy to jej zasługa, czy też - jak wskazują pewne sygnały - stało się tak wbrew jej intencjom, na skutek wstrzemięźliwości (ewentualnie organizacyjnego paraliżu) Ukraińców.
W każdym razie to geopolityczny majstersztyk.
Świstek papieru
Wielka Brytania i USA znalazły się w niezwykle kłopotliwej sytuacji. Putin głośno powiedział "sprawdzam" w odniesieniu do gwarancji, ujętych przecież w ramy prawne (!), których mocarstwa udzieliły Ukrainie w 1994 r. Gdyby chciały się wywiązać z umowy, musiałyby rozważyć militarne wsparcie dla naszego wschodniego sąsiada, zwłaszcza gdyby "uzbrojone grupy" pojawiły się nie tylko na Krymie, ale i w południowej czy wschodniej części Ukrainy. Ponieważ Rosja utrzymywała, że na półwyspie nie było jej wojska, a tylko bliżej niezidentyfikowane oddziały "samoobrony", można było uznać - podtrzymując rosyjską grę pozorów - że interwencja militarna nie oznaczałaby wojny z Moskwą, lecz z terrorystami, którzy opanowali półwysep. Oczywiście był na to czas, kiedy "Marsjanie" w zielonych mundurach dopiero rozpoczynali lądowanie na Krymie i nie było jeszcze mowy o aneksji.
Swoją drogą ciekawe, co by się stało, gdyby dziś Ukraina - w pokojowych celach - zaprosiła do swoich krymskich portów amerykańskie okręty wojenne pływające po Morzu Czarnym. Przecież ma prawo takie zaproszenie wystosować (nawet teraz, po referendum, Krym pozostaje w oczach świata częścią tego państwa), a Amerykanie mogą z niego skorzystać. Czy uzbrojone bandy - bo przecież nie rosyjskie oddziały - zaczęłyby strzelać? A co by się stało, gdyby teraz na terenie np. wschodniej Ukrainy, za jej zgodą i na jej prośbę, pojawiły się z misją pokojową oddziały NATO? Rosjanie przystąpiliby do walki? Czy zrobią to samo, jeśli zechcemy rozbudować amerykańskie bazy w Polsce? Oczywiście wspomniana gra byłaby śmiertelnie niebezpieczna, ponieważ zasłona pozorów mogłaby szybko opaść, ukazując prawdę. Dlatego nikt się na nią nie zdecydował i nie zdecyduje. Oznacza to jednak, że Wielka Brytania i USA również nie dotrzymają umowy, w której zapewniły Ukrainie bezpieczeństwo. A Ukraina ma prawo, mimo wszystko, czuć się oszukana.
Tyle więc znaczą kontrakty, gdy łamią je możni tego świata (czytaj: dość silni, aby je łamać bezkarnie). Dla Ukrainy i innych państw płynie z tego nauka, że porozumienia i umowy warte są nie więcej niż papier, na którym je spisano. I że w ostateczności, w szczególności w konfrontacji z najsilniejszymi, każdy powinien liczyć tylko na siebie. To lekcja, którą odrabialiśmy wiele razy, ale o której mamy skłonność zapominać. Można jednak zrozumieć, dlaczego świat ustępuje przed siłą, jeśli stawka jest tak wysoka - wojna.
Dobrobyt najważniejszy?
Gorsze jest co innego. Cywilizowany świat wie, że musi pomóc Ukrainie oraz że musi skarcić Rosję. Co oferuje pierwszej? Umiarkowaną pomoc materialną (jakże blado wypada ona na tle programów pomocowych dla zagrożonych bankructwem państw unijnych) oraz wsparcie moralne i polityczne. Czym grozi drugiej? Sankcjami, co do których nie potrafi się jednak dogadać i które są, jak dotąd, zupełnie nieadekwatne do sytuacji. Przy czym największą jego troską jest znalezienie modus vivendi, pozwalającego wypełnić, przynajmniej formalnie, polityczny obowiązek ukarania Rosji, a jednocześnie uniknąć ryzyka ekonomicznego - tak by możliwe były utrzymanie wysokiego poziomu życia i dalsza jego poprawa (do tego zaś przydają się rosyjskie surowce i pieniądze oraz duży wschodni rynek). Bogaty i syty Zachód chce zaakcentować, że wartości nie są mu obce, ale tak, aby jego bogactwo i dostatek nie ucierpiały - najlepiej wcale.
To też zrozumiałe, ale tylko do pewnego stopnia. Nie chodzi tu zresztą tylko o Ukrainę i Ukraińców. Nawiasem mówiąc, wbrew pozorom wielu Polaków nie darzy ich nadmierną sympatią, pamiętając to, co się działo we Lwowie w 1941 r., a przede wszystkim kilka lat później na Wołyniu (warszawiacy wspominają zaś udział zbrodniczych formacji ukraińskich w tłumieniu powstania). To nie przypadek, że pod koniec lutego nasze media z entuzjazmem donosiły o tym, co się dzieje na kijowskim Majdanie, ale i wspominały równie obszernie eksterminację Polaków w Hucie Pieniackiej. Nie mniej ważne od historii jest to, co z nią i ze wspólną pamięcią oraz ze wspólnym bólem współczesna Ukraina zrobiła, a jeszcze bardziej - czego nie zrobiła, choć wie przecież, że nikt jej nie sprzyja tak, jak zachodni sąsiad. Zaryzykowałbym nawet tezę, że do tej pory większy pozytywny kapitał mieli u nas, w społeczeństwie, Rosjanie - niestety, mistrzowie w jego trwonieniu.
Tak więc nie chodzi nawet o Ukrainę i Ukraińców i nasze geopolityczne, ale generalnie o zasady, które w cywilizowanym świecie powinny obowiązywać wszystkich bez wyjątku - jak ta, że umowy, które zapewniają pokój, są rzeczywiście nienaruszalne, a cena za ich złamanie musi być bardzo wysoka. Dla nich warto czasem poświęcić wiele z dobrobytu. Zadziwiające, że tego nikt w mediach nie mówi, wszyscy zaś troszczą się o to, co zrobić, by na skutek ukraińskiego kryzysu i ewentualnych sankcji (zapewne wzajemnych) tempo wzrostu PKB w Polsce i innych krajach nie spadło. O ile sama ta troska jest oczywiście zrozumiała (kto nie chciałby, aby tak w ogóle PKB rósł jak najszybciej?), to jednak trudno pojąć, dlaczego tak wiele osób nawołuje do tego, by siedzieć cicho i nie drażnić rosyjskiego niedźwiedzia, bo np. nie będzie chciał jeść naszego mięsa. Dobrze jest przecież zachować jakąś miarę rzeczy.
Gra interesów
Społeczeństwa, nawet te najbardziej rozleniwione, powinny być wychowywane w duchu, że zimna woda w kranie, a nawet pusta lodówka to cena, którą warto zapłacić za wolność innych narodów i państw. Oczywiście nie chodzi tylko o prosty rachunek, że i tak prędzej czy później ktoś może wyłączyć ogrzewanie w naszym domu czy opróżnić naszą spiżarnię - i zrobi to tym chętniej i łatwiej, im bardziej pozwalaliśmy mu na to w odniesieniu do innych. Chodzi o coś więcej. O to, że tylko świat ufundowany na odpowiednich zasadach, może cieszyć się trwałym pokojem i bezpieczeństwem. Naiwne? Ale inaczej trzeba by przyjąć, że historia, nawet ta najbardziej krwawa, niczego nas nie nauczyła.
Za niedorzeczne więc trzeba uznać głosy wszystkich, którzy uważają, że nie należy podejmować działań (w tym popierać ostrych sankcji), z powodu których mogłaby ucierpieć nasza gospodarka, a także tych, którzy rozumieją, że ostrożność, niezdecydowanie, a nawet pewna hipokryzja Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii to wyraz uzasadnionej troski o to, by nie zepsuć sobie interesów z Putinem. Argument - sformułowany zresztą w brytyjskich dokumentach rządowych i skądinąd prawdziwy - że londyńskie City ucierpi, jeśli sankcje zostaną wymierzone w rosyjskie banki, byłby nawet śmieszny, gdyby nie padał w tak poważnej dyskusji. A już bardzo mało zabawne, ale niestety znamienne, są argumenty przytoczone niedawno przez niemiecki "Handelsblatt", pismo gospodarcze o uznanej przecież pozycji, w jakiejś mierze wyrażające poglądy biznesu znad Odry i Renu. Groźby sankcji pod adresem Rosji wydawca uznał za politykę z "obnażonymi kłami, lecz z wyłączeniem mózgu". Dodał przy tym, że Krym jest przecież rosyjski, ponieważ zamieszkują go Rosjanie, jest tu baza rosyjskiej floty, a nadto - w ciągu ostatnich 240 lat przez 171 lat należał on do Rosji. A przez ile lat w ostatnich dwóch stuleciach do Prus należał Poznań i jak długo stacjonowały tam pruskie oddziały (o Wrocławiu czy Śląsku Opolskim zamieszkanym dotąd licznie przez mniejszość niemiecką nie wspomnę)? I marna pociecha, że na tej samej zasadzie można by zapytać o historię Wilna, w okolicach którego wciąż żyją głównie Polacy, czy Lwowa.
Jeśli dodać do tego jeszcze jedną głęboką mądrość, zgodnie z którą status mocarstwa wymaga myślenia w kategoriach stref wpływów - to zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno "Handelsblatt" nie pomylił epok. I czy to rzeczywiście głos poważnych niemieckich kół biznesowych, czy raczej - w najlepszym razie - Gerharda Schroedera (były niemiecki kanclerz, obecnie prezes rady nadzorczej Nord Stream AG, operatora Gazociągu Północnego - red.). A także czy naprawdę należy się martwić, że nasz zachodni partner prowadzi zbyt nieśmiałą jak na gospodarczego kolosa politykę zagraniczną.
Nawiasem mówiąc, nie kwestionuję rosyjskości Krymu i jego złożonej, a czasem groteskowej historii. Ale ta ostatnia tak się ułożyła, że stał się częścią innego może, niż powinien, państwa... Doskonale rozumiem też jego rosyjskich mieszkańców i logikę, która popycha Putina do takich awantur, jakie nam funduje (aż dziw, że dopiero w związku z "włączeniem" Krymu do Federacji Rosyjskiej wspomniał o Kosowie, tym fatalnym błędzie Zachodu, który jeszcze nieraz odegra rolę niepotrzebnego precedensu). Tyle, że cały świat - a my wraz z nim - ma i powinien mieć zupełnie inną perspektywę oraz własną logikę. I pamięć, która podpowiada, że nawet najlepsze interesy z awanturnikami prędzej czy później kończą się wywróceniem całego stolika, nawet tego, przy którym ubijało się doskonałe interesy.
"Handelsblatt" napisał jednak to, co biznesmenów, nie tylko niemieckich, martwi najbardziej i co powinno - ich zdaniem - zajmować także innych. "Kto ukarze Rosję sankcjami, ten ukarze sam siebie". To zapewne prawda. Marny to jednak przedsiębiorca, który bierze pod uwagę tylko krótkoterminowy rachunek zysków i strat. Który kieruje się wyłącznie własnym interesem i chce mu wszystko podporządkować. To jest właśnie biznes z obnażonymi kłami i wyłączeniem mózgu. Może się on nawet zajmować społeczną odpowiedzialnością i innymi modnymi teoriami, ale w gruncie rzeczy kalkuluje tylko, jak po trupach (dosłownie?) zarobić jak najwięcej.
Tak - umowy nie są wiele warte; jak widać, w oczach biznesu również. Silniejszy może je podeptać i zrobić swoje. Nie można się z tym jednak godzić, nawet jeśli cena za sprzeciw miałaby być wysoka. Cena za brak sprzeciwu zawsze jest dużo wyższa, tylko rachunek bywa wystawiany później.
"Handelsblatt" napisał to, co biznesmenów martwi najbardziej: kto ukarze Rosję sankcjami, ten ukarze sam siebie. To prawda. Marny to jednak przedsiębiorca, który bierze pod uwagę tylko krótkoterminowy rachunek zysków i strat
@RY1@i02/2014/056/i02.2014.056.000001200.803.jpg@RY2@
Krzysztof Jedlak kierownik działu Gazeta Prawna
Krzysztof Jedlak
kierownik działu Gazeta Prawna
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu