Chciałem, by Warszawa była wielka
Gdy we wrześniu 1939 r. zbliżały się pierwsze niemieckie zagony i władze państwowe opuściły Warszawę, jej prezydent Stefan Starzyński odmówił ewakuacji. W pierwszych tygodniach okupacji, w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców, zrezygnował również z możliwości ucieczki z niemieckiego aresztu
Człowiek, którego głos miał się stać jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli heroicznej obrony Polski w 1939 r., stanął na czele władz Warszawy pięć lat wcześniej. Co ciekawe objął wówczas jedynie stanowisko komisarycznego prezydenta. Bardzo szybko udowodnił jednak, że powierzona mu funkcja była misją jego życia i jednym z najpiękniejszych okresów w historii stolicy. Starzyński nie tylko rozbudował miasto, ale uzdrowił system zarządzania. Drastycznie ograniczył wydatki i biurokrację, uruchomił projekt robót publicznych, a dzięki podatkom i kredytom pozyskał fundusze na inwestycje. Te ostatnie, tylko pobieżnie wyliczając, dotyczyły kanalizacji, sieci elektrycznej i gazowej, budowy nowych osiedli, ok. 100 tys. mieszkań, nadwiślańskich bulwarów, gmachów Muzeum Narodowego i Sądu Okręgowego, rozbudowy sieci tramwajowej, zakładania parków i remontowania już istniejących obiektów, szpitali oraz ulic. Jak sam mówił, dążył do skupienia sił twórczych społeczeństwa, aby uczynić z Warszawy nie tylko ukochaną przez wszystkich, ale wielką, prawdziwie piękną stolicę Polski. Pięcioletnie wysiłki oraz szeroko zakrojone plany, przewidujące m.in. budowę siedmiu linii metra, przerwał wybuch II wojny światowej. Ale w żaden sposób nie zakończył misji prezydenta.
Pod gradem niemieckich bomb
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.