Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Za dziewiątym kręgiem

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Ocean sam w sobie jest przerażający. Jakby tego było mało, w "Statku" Stefána Mániego dryfuje po nim piekło

Powieści marynistyczne zwykle obchodzę szerokim łukiem. Trudno powiedzieć dlaczego. Może ma to jakiś związek z tym, że generalnie nie ufam wodzie. Albo z tym, że nie cierpię żeglarskich piosenek. Morskie podróże wydają mi się bardziej egzotyczne niż kosmiczne wyprawy na Marsa. Pamiętam, jak przed laty kolega próbował mnie namówić na jakiś pełnomorski rejs - wymówiłem się brakiem czasu, ale w gruncie rzeczy miałem po prostu pełne portki na samą myśl o tym, jak bardzo się będę bał (o rzyganiu nawet nie wspominając).

Strach to dobry pretekst, by pisać o "Statku" islandzkiego pisarza Stefána Mániego. Tę powieść także obszedłbym szerokim łukiem, gdyby nie ciekawość - okręt zagubiony na środku oceanu to świetna, acz rzadko używana sceneria dla horroru albo thrillera. Byłem ciekaw, w jaki sposób Islandczyk poradzi sobie z tym tematem. Nie zawiodłem się - a debiutujący na polskim rynku Stefán Máni zadziwił mnie swoją konsekwencją.

Oto jesteśmy na współczesnej Islandii - grupa marynarzy przygotowuje się do rutynowego rejsu. Płyną do Surinamu, gdzie ładownia ich wielkiego frachtowca zostanie wypełniona rudą aluminium. Marynarze są sfrustrowani: chodzą plotki, że firma, która ich zatrudnia, będzie przeprowadzać zwolnienia grupowe. Przy piwie i wódce rozważają ewentualny strajk. Tę frustrację i plany niesubordynacji zabiorą ze sobą na pokład.

Ale to nie wszystko - bowiem pozostali członkowie załogi również wsiadają na statek z ogromnym bagażem ziemskiego bólu istnienia. Niektórzy niosą na barkach tylko smutek, inni - piętno zbrodni. Krótko mówiąc: to istne ludzkie piekło. Wiemy, że owa mieszanka musi wybuchnąć, nie wiemy natomiast, jak to się stanie i do czego doprowadzi. Ale znamy zapalnik: jest nim przypadkowy pasażer - lokalny recydywista o ksywie, nomen omen, Diabeł, który trafia na frachtowiec, uciekając przed zemstą mafii.

Máni zgrabnie gra konwencjami. Pierwsze fragmenty książki płyną niczym fabuła filmu braci Coen - po sznurku kretyńskich zbiegów okoliczności, szlakiem głupoty, fałszu i obsesji. Im dalej jednak wchodzimy w tę opowieść, tym mniej tu "Fargo", a więcej Lovecrafta. Atmosfera się zagęszcza, rośnie uczucie klaustrofobii i daje znać o sobie zło w czystej postaci. Nie zaszkodziłoby wprawdzie "Statkowi", gdyby był o 100 stron krótszy, ale i tak jest to kawałek prawdziwie mrożącej krew w żyłach prozy, która jednak - jak na thriller przystało - z metafizyki korzysta bardzo oszczędnie.

Warto powieść Mániego czytać razem z wydanym u nas parę lat temu "Terrorem" Dana Simmonsa - obie te książki są doskonałym przykładem na to, jak zatrudnić pewne tradycyjne motywy literatury marynistycznej w służbie wartościowej popkultury.

@RY1@i02/2010/207/i02.2010.207.196.034a.001.jpg@RY2@

fot. Opale

@RY1@i02/2010/207/i02.2010.207.196.034a.002.jpg@RY2@

Statek | Stefán Máni | przeł. Jacek Godek | W.A.B. 2010 | 49,90 PLN

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.