Gospoda jako wszechświat
Uważa się za zwyczajnego człowieka, który miał w życiu po prostu masę szczęścia. Jest żywym wcieleniem ironicznego czeskiego podejścia do sławy i sukcesu. Petr Šabach wreszcie po polsku
Twarze pisarzy rzadko bywają interesujące - przeważnie niczego nam też istotnego nie mówią o literaturze. Owszem, bywają wyjątki, a i dobry fotograf jest w stanie wyciągnąć z całkiem przeciętnej fizjonomii rozmaite głębokie znaczenia. Niemniej zasada ogólna, którą przyswoiłem sobie przez lata pracy w mediach, brzmi: twarze pisarzy nie przypominają wypielęgnowanych oblicz aktorów i muzyków, tworzą raczej zbiorczo coś w rodzaju tablicy typów patologicznych doktora Lombroso.
Dlatego nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, jak wygląda Petr Šabach, jeden z najpopularniejszych czeskich pisarzy współczesnych. Miałem jednak wiele przeczuć. Podejrzewałem, że Petr Šabach nosi półdługą, niezbyt uporządkowaną fryzurę oraz brodę - i że ta broda to nie jest jakiś wypielęgnowany przecinek. Jeśli chodzi o kreacje, stawiałem na wiekuisty sweterek. Internet dostarczył odpowiedzi: obejrzałem na YouTube klip z wywiadem, którego pisarz udzielił telewizji Z1. I gdybym się o to wszystko założył, to bym wygrał, ale nie było, niestety, z kim się założyć.
W języku czeskim potocznym istnieje znamienne słowo "sztamgast", oznaczające stałego bywalca danej gospody, człowieka, którego łatwiej spotkać tam niż w domu. Kiedy wyobrażałem sobie Petra Šabacha, to w gruncie rzeczy wyobrażałem sobie właśnie przeciętnego czeskiego sztamgasta. Zapytany przez dziennikarkę we wspomnianym wywiadzie o to, czy ogląda filmy nakręcone według swoich książek, Šabach odpowiedział, że nie, nie bardzo, bo przeważnie te filmy puszczają w weekend, a on wtedy siedzi z kumplami w knajpie.
Te drobiazgi są istotne. Po prawie dwóch dekadach dociera do nas bowiem ułamek twórczości autentycznej gwiazdy czeskiej literatury - zbiór opowiadań "Gówno się pali", na motywach którego Jan Hřebejk nakręcił w 1999 roku kultową także w Polsce komedię "Pod jednym dachem". Zbiór ten na dobre rozpoczął błyskotliwą karierę pisarską Petra Šabacha - każda jego kolejna książka natychmiast ląduje u naszych południowych sąsiadów na listach bestsellerów.
Šabach (rocznik 1951) przyszedł na świat w Pradze, w rodzinie zawodowego wojskowego. Chodził do szkoły średniej o profilu bibliotekarskim, po roku przeniósł się do liceum, ale go stamtąd wyrzucono, gdy z wakacji wrócił w październiku. Powrócił więc do edukacji bibliotekarskiej, a potem zaocznie studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Karola. Jak wielu czeskich intelektualistów w czasach normalizacji po studiach pracował w rozmaitych dziwnych zawodach - był redaktorem w państwowej agencji koncertowej, metodykiem oświatowym w domu kultury, asystentem w Akademii Sztuk Pięknych, a także nocnym stróżem. W 1987 roku zatrudnił się w praskiej Galerii Miejskiej. W tym czasie miał już na koncie pierwszy wydany zbiór opowiadań "Jak zatopić Australię" (1986) i żadnych nadziei na to, że kiedykolwiek zostanie pełnoetatowym pisarzem.
Przełom nastąpił w 1993 roku - wtedy to reżyser Jan Hřebejk zaprezentował swój kinowy debiut, filmowy musical "Bigbeatowe lato", wolną adaptację jednej z nowelek Šabacha. Obraz odniósł sukces, spłynął na niego deszcz nagród. Pisarz do dziś uważa, że gdyby nie "Bigbeatowe lato", pies z kulawą nogą by o nim nie usłyszał. W rok później wydał wzmiankowane już "Gówno się pali", jeden z największych czeskich bestsellerów lat 90. - i tu także zdaniem autora zadziałał efekt szczęśliwego zbiegu okoliczności. "Fajnie jest mieć styl, fajnie mieć temat. Ale najważniejsze to mieć fart. Ja go miałem" - wspomina Šabach. - "Jesienią 1989 roku mój przyjaciel Ladislav Horáček założył wydawnictwo Paseka (pierwszą prywatną oficynę wydawniczą w Czechach po 1948 roku - przyp. red.), zdecydowałem więc, że coś dla niego napiszę. On dokładnie wiedział, co ja piszę, nie było ryzyka, że mi to odrzuci. Właściwie to chciałem po prostu Horáčkowi i paru innym znajomym dostarczyć trochę zabawy".
Pisarz pozostał wierny wydawnictwu Paseka - regularnie co dwa lata publikuje tam kolejne tomy swojej prozy. Stał się też etatowym dostarczycielem pomysłów fabularnych do filmów - głównie produkcji spółki autorskiej Jan Hřebejk (reżyser) i Petr Jarchovský (scenarzysta). Po "Bigbeatowym lecie" przyszło "Pod jednym dachem", potem zaś "Pupendo" (2003) i "U mě dobrý" (2008), co można przetłumaczyć jako "U mnie w porzo". Jesienią zeszłego roku Ondřej Trojan, reżyser nominowanego w 2004 roku do Oscara dramatu "Żelary", nakręcił gorzką komedię "Dowód osobisty" według książki Šabacha pod tym samym tytułem. Film ma świetne recenzje i - miejmy nadzieję - trafi kiedyś także do naszych kin.
Wróćmy do naszego sztamgasta. Šabach jest naturalnym następcą Haszka i Hrabala, kontynuatorem tradycji knajpianej opowieści, który umiał ten specyficzny sposób pisania (nazywany przez Hrabala trudno przetłumaczalnym terminem "pábení", co po naszemu można oddać jako "meandrująca, płynna gawęda") przekuć na literaturę popularną. "Może i mam coś z jego temperamentu, ale na przykład żyć na kocią łapę z cygańską analfabetką, jak to się jemu zdarzyło, to bym nie umiał" - opowiadał Šabach o Hrabalu. - "W porówaniu z nim jestem po prostu do bólu mieszczański. A co najważniejsze - w porównaniu z nim jestem po prostu nikim. (...) Przyznaję, parę razy siedziałem w gospodzie przy stole z Hrabalem. Ale z brzegu i całkiem po cichutku. Chłonąłem wszystko, co mówił. Dostałem od niego podstawkę pod piwo z zagadkową dedykacją: »Wytyczony cel zmniejsza zmęczenie, ale zwiększa spożycie alkoholu«".
Šabach buduje swoje historie na zasadzie kolażu - z zasłyszanych anegdot i autobiograficznych wspomnień - dbając raczej o puenty kolejnych gagów niż o spójną linię narracji. Weźmy choćby "Bajkę bożonarodzeniową" z tomu "Trzy opowiadania bożonarodzeniowe" - powstała ona w taki oto sposób: "Moja przyjaciółka, idąc na kolację do restauracji, spotkała epileptyka, który leżał gdzieś tam na chodniku. Szybko wetknęła mu między zęby swój portfel. I z tym portfelem w zębach epileptyk odjechał zaraz karetką". To nader czeska postawa - rozpaczliwe poszukiwanie śmiechu nawet tam, gdzie trudno go znaleźć. "Jeśli ktoś napisze, że moje poczucie humoru jest infantylne, całkowicie się z nim zgodzę" - stwierdził Šabach w jednym z wywiadów.
To też pisarz związany z konkretnym miejscem na ziemi - z peryferyjnymi dzielnicami Pragi. Większość jego opowiadań rozgrywa się albo w rodzinnych Dejvicach, albo w podmiejskiej wsi, w której autor ma od lat domek na działce. Podobnie jest zresztą z jego podejściem do historii - narratorem często czyni nastolatka, swoje alter ego z ponurych lat 60. Socjalistyczna Czechosłowacja jest zawsze jednak tylko tłem dla zwyczajnego życia. Tragiczne dylematy ludzi zaplątanych w totalitaryzm funkcjonują u Šabacha gdzieś na drugim planie - jako elementy codzienności. Tak jak w przypadku jednego z bohaterów powieści "Pijane banany", wybitnego rzeźbiarza Bédi, którego kłopoty materialne zmuszają do koszmarnych chałtur w rodzaju produkowania na zamówienie setek porcelanowych świnek skarbonek. "Béd’a nie angażował się politycznie, ponieważ nie znosił komunistów. A im bardziej ich nienawidził, tym więcej chlał. Żeby zaś mieć na chlanie, musiał robić naprawdę okropne rzeczy".
Warto czytać Šabacha, pamiętając, że ten facet w jakiejś mierze projektuje Czechom ich wyobrażenia o sobie samych. Trudno znaleźć w Polsce współczesnego pisarza, który miałby podobny wpływ na zbiorową wyobraźnię - do głowy przychodzi mi tylko Małgorzata Kalicińska z jej odwołującą się do szlacheckich mitów wizją ciepłego rodzinnego siedliska. I tak - Šabach właściwie jest producentem kiczu, o ile kicz to sposób, w jaki kultura masowa stara się zamaskować okrucieństwo życia i nieuchronność śmierci. Ale w wykonaniu czeskiego pisarza to kicz bardzo specyficzny, bo świadomy bólu, cierpienia i absurdalności ludzkiego istnienia. Milan Kundera nie miał racji - kicz i gówno mogą bezproblemowo współistnieć, dowodzi tego jego rodzima kultura, a ja to kupuję bez zastrzeżeń.
Šabach nie przepada za sławą. Uważa się za skromnego samotnika, który dawno wyrósł z jakichkolwiek buntowniczych myśli. "Podoba mi się to, co powiedział Arnošt Lustig (niedawno zmarły wybitny pisarz czesko-żydowski - przyp. red.): Młodym zazdroszczę tego, że są lepsi, niż kiedyś będą" - twierdzi. Zaraz po wstaniu rano z łóżka włącza telewizor. Ma tę samą żonę od 40 lat. Chwali sobie, że nikt go nie rozpoznaje w praskim metrze. Zapytany o ciemne strony sukcesu oświadcza: "W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jak robisz striptiz, to nie możesz potem narzekać, kiedy ktoś powie, że masz wielkie dupsko". Nie nosi portfela, więc nic mu nie grozi ze strony przypadkowych epileptyków.
Za podsumowanie niech nam posłuży ostatnia kwestia, jaka pada w filmie "U mě dobrý": "Pociągi powinny jeździć na tyle wolno, żeby motyle mogły swobodnie przelatywać przez otwarte okna, tam i z powrotem". To samo się tyczy życia.
@RY1@i02/2011/074/i02.2011.074.196.034a.001.jpg@RY2@
Petr Sabach
@RY1@i02/2011/074/i02.2011.074.196.034a.002.jpg@RY2@
"Pupendo" Jana Hrebejka - ekranizacja prozy Sabacha
Piotr Kofta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu