Inflacja jak heroina
Czy pieniądz może umrzeć? Owszem, może. Dzieją się wtedy rzeczy trudne do wyobrażenia. Książka Brytyjczyka Adama Fergussona to być może najwybitniejsza próba zrozumienia, co właściwie oznacza śmierć waluty.
Ciekawa jest już sama historia tej książki. Napisana w 1975 r. przez obdarzonego ostrym piórem szkockiego dziennikarza, a przez moment również polityka brytyjskiej Partii Konserwatywnej Adama Fergussona szybko weszła do kanonu literatury popularno-ekonomicznej ostatniego półwiecza. Jakby tego było mało, trzydzieści lat później przeżyła drugą młodość. Gdy w latach 2007 - 2008 amerykańska gospodarka zaczęła trzeszczeć w posadach (a w ślad za tym na horyzoncie pojawiło się widmo największego od lat 30. globalnego kryzysu ekonomicznego), publikacja stała się nieoczekiwanym hitem księgarni Amazon. Stare wytarte egzemplarze "When money dies" osiągały ceny przekraczające tysiąc dolarów za sztukę. Dzieło Fergussona zachwalały takie tuzy światowej gospodarki jak Warren Buffet. Tytuł zatem szybko wznowiono, a sam autor dopisał tylko we wstępie do wydania z 2010 r., że mógłby wprawdzie opisywać burzliwe losy światowych walut w ostatnich trzydziestu latach, ale tego nie zrobi. "Zapraszam do lektury tekstu w takiej postaci, w jakiej został napisany" - poinformował lakonicznie czytelników wznowienia. I miał rację. Bo opisana przez Fergussona (porywająco i ze szczegółami) historia hiperinflacji w Niemczech lat 20. broni się sama.
O tym, że w Niemczech po pierwszej wojnie światowej doszło do bezprecedensowego w gospodarczych dziejach współczesnego świata załamania waluty, wie każde dziecko. O ile jeszcze w roku 1913 niemiecka marka, austriacki szyling, francuski frank czy włoski lir były warte mniej więcej tyle samo (czyli jedną piątą dolara), o tyle dziesięć lat później za jednego franka czy lira płacono już... bilion marek. I to tylko teoretycznie, bo tracących wartość niemal z godziny na godzinę niemieckich pieniędzy nie chciał kupować nikt przy zdrowych zmysłach. W efekcie w Republice Weimarskiej AD 1923 za posiłki płacono w restauracjach jeszcze przed konsumpcją, bo po jedzeniu cena mogła już znacząco wzrosnąć, a zmorą miast byli złodzieje napadający na odbierających pensję robotników bynajmniej nie po to, by ukraść im pieniądze, lecz... walizki służące do przenoszenia stert wielozerowych, ale bezwartościowych banknotów.
Opowieść snuta przez Fergussona wchodzi jednak na wyższy poziom. Autor nie poprzestaje na anegdotach czy łatwych odpowiedziach. Próbuje zrozumieć, co naprawdę oznacza śmierć pieniądza. Jakie skutki dla społeczeństwa, gospodarki czy polityki ma to, że jeden z najbardziej wówczas rozwiniętych krajów świata w praktyce wraca do czasów finansowego średniowiecza. I robi to z tak olbrzymim pisarskim wdziękiem, że trudno oderwać się od lektury. Za dowód plastycznego stylu Fergussona niech starczy mała próbka: "Kiedy Ludwik III Bawarski wymykał się nocą z pałacu Wittelsbachów z czterema córkami u boku i pudełkiem cygar pod pachą, w jego patrymonium ogłoszono już republikę radziecką".
"Kiedy pieniądz umiera" nie jest jednak tylko opowieścią o Republice Weimarskiej. To przypomnienie, że "inflacja jest dla gospodarek jak narkotyk. W pierwszej chwili przynosi ulgę, potem jednak uzależnia i nieuchronnie wyniszcza organizm". I jednocześnie ważny głos w dyskusji o tym, ile inflacji Zachód może i powienien dopuścić, próbując wyprowadzić swoje gospodarki na prostą po kryzysie roku 2008.
@RY1@i02/2012/059/i02.2012.059.18600120a.804.jpg@RY2@
Adam Fergusson, "Kiedy pieniądz umiera", Studio EMKA, Warszawa 2012
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu