Tnę własny mózg na kawałki
Publikacja nie jest wartością samą w sobie. Przystępując do pracy, od razu zadaję sobie pytanie, czy to się komuś przyda - przyznaje naukowiec i wynalazca Wiesław Nowiński
Z prof. Wiesławem L. Nowińskim rozmawia Klara Klinger
Kieszonkowa mapa własnego mózgu jako jedna z aplikacji na komórce - to możliwe?
Dlaczego by nie? To jeden z celów, które chciałbym osiągnąć. Stworzyłem atlas mózgu w wersji elektronicznej, który obecnie składa się z blisko 3 tys. kawałków. I chciałbym przybliżyć go jak największej liczbie osób. Tak, by każdy mógł się nim pobawić - poskładać jak klocki Lego czy ułożyć jak układankę z puzzli. Już teraz nasz atlas mózgu jest dostępny na iPada. Ale zależy mi na wprowadzeniu w życie zindywidualizowanych map. Przede wszystkim dlatego, że to ułatwiłoby funkcjonowanie pacjentom. Dzięki temu mogliby oni podjąć świadomą decyzję, jak chcą być leczeni. Przy operacjach w tym newralgicznym obszarze zawsze istnieje bowiem ryzyko, że zostaną uszkodzone pewne sfery, które spowodują utratę istotnych funkcji. I to pacjent, a nie lekarze, powinien postanowić, co jest dla niego ważniejsze, jakie z nich chce utrzymać. Czy wybiera krótsze życie, ale za to jego lepszą jakość, czy dłuższe, ale bez wielu funkcji, z których dotąd korzystał. Dlatego też pracujemy nad taką wersją atlasu, który jest odwzorowaniem mózgu konkretnej osoby. Czeka nas jednak jeszcze długa i kosztowna droga. Badam i modeluję mózg i jego strukturę od ponad 20 lat i chciałbym, żeby nawet laik mógł go poznać. Nie uwierzyłaby pani, jaki mózg jest piękny. Mimo skomplikowanej budowy, a może właśnie dzięki temu. A my go jeszcze sztucznie upiększamy poprzez niezwykłą kolorystykę naszych map.
Kiedy studiował pan na Politechnice Warszawskiej, i to w dodatku elektronikę, przypuszczał pan, że stworzy atlas mózgu, który stanie się światowym bestsellerem?
Przyznam, że mój atlas jest przedsięwzięciem "w czepku urodzonym". Pracowałem nad bardzo wieloma projektami i nadal pracuję, ale ten od początku się wybijał. Ale to nie jest tylko jakiś szczęśliwy fart. To efekt bardzo ciężkiej pracy. Mój projekt jest długofalowy: pracuję nad nim, jak już wspominałem, od ponad 20 lat. I niezależnie od okoliczności zawsze starałem się go utrzymać przy życiu, nawet w małym zespole, byleby tylko nie przerywać prac. Wniosek z tego płynie tylko jeden: można dojść do perfekcji, niezależnie od dziedziny, którą się zajmujemy, tylko pod warunkiem prowadzenia polityki długofalowej. Inna sprawa, że tworząc atlas mózgu, musiałem z inżyniera stać się lekarzem. A może raczej posiąść dogłębną wiedzę medyczną. Dlatego od wielu już lat pracuję właściwie na dwa etaty: kiedy wracam z pracy, siadam do książek medycznych i zgłębiam świat m.in. neuroanatomii, neuroradiologii, neurologii czy neurochirurgii. Żartuję czasem, że pracuję 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu, bo urodziłem się 24 lipca (24.07). Ale dzięki temu mogę mój atlas wzbogacić w wiedzę medyczną, co jest niezmiernie istotne. Między innymi dzięki temu wiem dokładnie, jak ten mózg dzielić na mniejsze fragmenty i jakie proponować rozwiązania dotyczące zastosowania atlasów z niego stworzonych. I jeszcze jedna ważna rzecz: atlas okazał się bardzo użyteczny. To przykład idealnej współpracy między biznesem a medycyną. On dał po prostu szansę na nowe zastosowania mapy mózgu.
Skąd wiadomo, że projekt chwyci na rynku? Stworzony przez pana atlas na pewno nie był jedyny. Jak to się stało, że właśnie on zyskał popularność?
W Singapurze, gdzie pracuję, jestem zmuszony komercjalizować swoje badania, inaczej nie miałbym pieniędzy na kolejne. Przystępując więc do pracy badawczej, od razu muszę myśleć o aspekcie komercyjnym przedsięwzięcia. Zastanawiam się, czy ktoś będzie zainteresowany tym, co robię. Tym "ktosiem" są dla mnie lekarze. Mogę konsultować swoje pomysły z jednym czy drugim, ale to może być mylące. Dlatego wymyśliłem, że swoje projekty będę prezentować na kongresach medycznych, gdzie zjeżdżają się tysiące przedstawicieli osób potencjalnie zainteresowanych jakimś moim projektem. I tak było w przypadku atlasu. Pokazywałem go w ramach projektów komputerowych na Radiologicznym Stowarzyszeniu Ameryki Północnej, największym kongresie medycznym, na którym bywa ok. 60 tys. osób, i wielu innych. Dzięki temu miałem szansę otrzymać opinię tysięcy potencjalnych użytkowników. Poza tym wskazówką dla mnie jest to, czy dany projekt otrzyma nagrodę, czy nie. Na przykład w 2005 r. na tym kongresie przedstawiliśmy 11 pokazów i jeden poświęcony udarom mózgu został nagrodzony - wówczas wiedziałem, że to na nim muszę się skupić. A tak się składa, że atlas od samego początku był wyróżniany. To była wskazówka, że warto ten projekt kontynuować.
Teraz za niego został pan nominowany przez Europejską Organizację Patentową (EPO) do nagrody Europejskiego Wynalazcy. Na czym zatem polega jego innowacyjność?
Innowacyjność polega na połączeniu atlasów mózgów z właściwymi metodami. Metody są opatentowane i dotyczą budowy atlasów, ich stosowania oraz przetwarzania obrazów medycznych.
Atlas daje o wiele dokładniejszy obraz anatomii mózgu niż jakikolwiek skan robiony za pomocą zwykłego rezonansu magnetycznego czy tomografii. Obecnie składa się z blisko 3 tys. elementów, pokazuje najdrobniejsze naczynia mózgu. I jest jedną z najdokładniejszych map mózgu w postaci 3D. Zacząłem od tego, że przerobiłem bardzo znane atlasy mózgu z wersji drukowanej na elektroniczną, a następnie znacznie je ulepszyłem i wprowadziłem do praktyki klinicznej. Oczywiście najpierw musieliśmy dostać prawa od znanego niemieckiego wydawcy Thieme, z którym pomyślnie współpracujemy do dziś i który uczestniczy w komercjalizacji atlasów. Potem zaczęliśmy tworzyć własne atlasy. Ich wykorzystanie jest bardzo szerokie. Przede wszystkim dla lekarzy w zastosowaniu klinicznym. Pozwalają bowiem zobaczyć te partie mózgu, które nie są widoczne na skanie z tomografii. Dzięki atlasowi lekarze wiedzą, jak się poruszać w danym obszarze. I można nie tylko łatwiej, lecz także taniej operować. Atlas służy również studentom jako pomoc naukowa. Thieme wydało 14 moich atlasów. Około 9 tys. kopii trafiło do indywidualnych lekarzy i szkół medycznych. W sumie elektroniczne atlasy mózgu do neurochirurgii są stosowane w ponad 1500 stacjach neurochirurgicznych i szpitalach na całym świecie oraz przez wiele firm, w tym najlepsze, takie jak amerykański Medtronic, niemiecki Brainlab czy szwedzka Elekta. Zależy mi, aby dotrzeć do jak największej liczby użytkowników, jest więc dostępny na płytach, w internecie. Istnieją atlasy dla różnych funkcji mózgu i różnych jego części. Jest nawet wersja po chińsku i po polsku, choć ta nie została skomercjalizowana, bo nie udało się podpisać umowy z krajowym wydawcą.
I nadal jest co zgłębiać?
Oczywiście, to niewyczerpana dziedzina. Atlas może służyć do automatycznego przetwarzania danych: nakładamy na dane pacjenta atlas, dzięki temu można zobaczyć, gdzie są zmiany w jego mózgu i na czym one polegają. To ma szczególne znaczenie przy udarach - można stwierdzić, jakie struktury zostały utracone, jakie jeszcze można uratować. To koncepcja, która już jest opatentowana, a Siemens i Philips wzięły próbne licencje. Nie jest jednak jeszcze stosowana klinicznie. Ponadto właśnie skończyliśmy atlas chorób neurologicznych. Żeby go przygotować, trzy lata studiowałem wieczorami choroby neurologiczne. W przygotowaniu jest atlas podstawy czaszki. Rodzajów atlasów jest już ponad 30, a licencje na nie podpisały 62 firm i instytucji.
Jak pan znajduje modeli, których mózgi zostały prześwietlone tak dokładanie?
Pracuję na własnym mózgu.
I to on trafił do tysięcy lekarzy? Jest tak standardowy?
Kiedyś czytałem o mózgu Alberta Einsteina. Niczego specjalnego u niego nie odkryli, ale wiadomo, że miał powiększoną dolny płat ciemieniowy odpowiadający za wyobraźnię. I ta część właśnie jest też u mnie powiększona. Udało mi się też usłyszeć komplementy, że mam piękny mózg, tzn. ten wirtualny, pokolorowany. A Japończycy pytali się, czy ten mózg jest prawdziwy. A tak na poważnie, to przyznam szczerze, że ten organ mam w miarę typowy. I będę go dzielił na coraz mniejsze kawałki i przenikał do kolejnych struktur, aż starczy mi czasu sił i środków. To wspaniałe uczucie wiedzieć, że mój mózg może służyć ludzkości.
Żeby to robić, musiał pan wyjechać tak daleko?
Niestety tak. Ale gdybym miał warunki do pracy, wróciłbym do Polski. Warto by pomyśleć o stworzeniu polskiej szkoły neurotechnologicznej. Tyle że tu nigdy bym nie zrealizował tego, co mi się udało zrobić. Przed wyjazdem pracowałem w Polskiej Akademii Nauk, przede wszystkim teoretycznie. Po upadku komunizmu miałem dwie możliwości: wyjechać do Stanów Zjednoczonych lub do Singapuru. Żona uznała, że ten azjatycki kraj to miejsce przypominające małą Szwajcarię. Mieliśmy zostać na rok, kilka lat, a jesteśmy już ponad 20. A tu są zupełni inne wymagania - oprócz tego, że trzeba być dobrym naukowcem, należy pracować przede wszystkim nad rzeczami innowacyjnymi, patentować je i komercjalizować. To zmieniło mój sposób myślenia o nauce.
Do niedawna uważało się, że praca akademicka i biznes to dwa różne światy. Co oznacza myślenie rynkowe w pracy naukowej?
Przystępując do pracy, od razu zadaję sobie pytanie, czy to się komuś przyda. Nie jest tak, że publikuję artykuł i czekam pięć lat, aż ewentualnie zgłosi się ktoś, kto byłby zainteresowany moim pomysłem. Poza tym dążę do tego, by publikować w czasopismach, które niekoniecznie dadzą mi lepszą punktację, tylko w tych skierowanych do potencjalnych użytkowników, odbiorców moich projektów. Gdy mam jakiś pomysł na usprawnienie pracy dla chirurgów, robię, co mogę, by efekty mojej pracy opublikowano w prestiżowym piśmie neurochirurgicznym. Bo publikacja nie jest wartością samą w sobie. Musi czemuś służyć.
Musi się pan spotykać z firmami i przekonywać je do swojego projektu?
Oczywiście. To podstawa działania. Projekty wykonuję z trzech perspektyw: naukowej, klinicznej i rynkowej. Dzięki bezpośrednim spotkaniom z firmami udało mi się je przekonać do licencji naszych technologii.
Bazując na tym singapurskim doświadczeniu, proponuje pan zmiany w polskim podejściu do nauki.
Pracuję od lat ze specjalistami z różnych krajów i dostrzegam różnice w stylu pracy i kulturze. Wiem, że Polacy są bardzo kreatywni i umieją pracować efektywnie. Poza tym już prawie połowa młodych ludzi studiuje. Ale jest problem ze sposobem myślenia - na ile się orientuję, w Polsce robi się często naukę dla samej nauki. Na przykład w Singapurze stawia się przede wszystkim na innowacyjność i komercjalizację, można powiedzieć, że prowadzi się gospodarkę opartą na wiedzy i innowacyjności. Efekt jest widoczny: dzięki temu dochód na jednego mieszkańca wzrósł z 428 dol. w latach 60. do 50 tys. dol. w 2011 r. - czyli aż 117 razy. Natomiast my, Polacy, mając wielowiekowy wkład w rozwój nauki, a także własną kadrę naukową (w Singapurze została ona w dużej mierze sprowadzona z zewnątrz) i uzdolnioną młodzież, wypadamy niekorzystnie w rankingu innowacyjności. Nie tak dawno temu, jak by wynikało z "Globalnego raportu konkurencyjności 2013-2014" przygotowanego przez World Economic Forum (WEF), spadliśmy z 41. na 42. miejsce, podczas gdy Singapur zajmuje drugą pozycję, po Szwajcarii. A miejsce w rankingu to dla firm prosta wskazówka, na jakich rynkach warto inwestować, więc taka pozycja i tendencja spadkowa może zniechęcać potencjalnych inwestorów. Kłopot jest jeszcze jeden - w Polsce mamy idealny materiał, aby dokonać zmian, czyli naukowców. Ale ci, jeśli chcą naprawdę pracować, wyjeżdżają. I to ci najzdolniejsi, którzy potem już nie wracają. Musimy chronić nasze talenty.
Co pan zatem proponuje?
Lepiej zbudować wszystko od początku, niż próbować zmieniać istniejące struktury i mentalność. Należałoby to zrobić, opierając się na młodych, uzdolnionych studentach. Oni już teraz wygrywają międzynarodowe konkursy biologiczne, informatyczne. A moment jest bardzo dobry, bo właśnie teraz Unia Europejska proponuje duże pieniądze na finasowanie komercjalizacji badań. To niepowtarzalna szansa. Ale to musi być pełna zmiana warunków do rozwoju, bo obecna polityka nie polepszyła naszej sytuacji. Wręcz odwrotnie, nasza innowacyjność wciąż spada. Należałoby więc tak zmienić przepisy, żebyśmy stali się jednym z najbardziej atrakcyjnych państw dla przedsiębiorców i inkubacji hi-tech.
Na czym konkretnie miałoby to polegać?
W Polsce powinien ruszyć projekt pilotażowy, który później miałby działać w całej Unii, polegający na zakładaniu sieci inkubatorów akademickich. Dzięki temu absolwenci szkół wyższych powinni mieć możliwość komercjalizacji swoich pomysłów realizowanych w formie prac magisterskich i doktorskich. Podstawowe zadania inkubatora to początkowe finansowanie firm, wsparcie prawne, wsparcie w zakresie inteligencji rynkowej, dostarczenie pomieszczeń roboczych, mentorowanie, dostęp od sieci inwestorów oraz pomoc w rekrutacji kierownictwa i pracowników. Ponadto należałoby stworzyć nowe, zachęcające przepisy do zakładania firm technologicznych - choćby zniesienie lub zminimalizowanie podatków.
Z kolei sama inkubacja, czyli sama firma, powinna mieć elastyczność w eksploatacji własności intelektualnej i w zatrudnieniu, a jej zyski powinny iść na tworzenie nowych inkubatorów. To także powinno zachęcić do powrotu do Polski wybitnych naukowców. Uważam też, że Polska mogłaby się stać liderem, jeśli chodzi o pracę na mózgiem, nad udarami. Wiem, że tu leży nasz potencjał - obecnie jest duże zainteresowanie na świecie rozwojem tego obszaru. Może początkiem mogłoby być zorganizowanie Dnia Mapowania w polskim Sejmie na wzór amerykańskiej inicjatywy, która wprowadziła Dni Mapowania Mózgu w Stanach i Kanadzie. Prezentowałem atlasy mózgu w zeszłym roku w amerykańskim Kongresie. Poglądowe prezentacje przygotowane przez wybitnych naukowców i skierowane do decydentów pozwalają budować mosty ułatwiające podejmowanie strategicznych decyzji. Na taką akcję można by zaprosić przedstawicieli wielu instytucji, np. z USA National Institutes of Health, NASA, Society for Brain Mapping and Therapeutics, które organizowały tam podobne wydarzenia. To mógłby być początek współpracy.
Cały czas mówi pan o innowacyjności. U nas toczy się gorąca debata - czy nie przesadziliśmy, mówiąc nieustannie tylko o tym. I czy nie jest przypadkiem tak, że nie doceniamy nauk podstawowych - czyli tych teoretycznych, bez nastawienia na praktyczne zastosowanie ani użytkowanie oraz nauk humanistycznych. A to przecież na nich bazuje nasza cywilizacja.
Myślę, że każda skrajność, jak również brak działania, a jedynie ograniczenie się do dyskusji, są niekorzystne. Proszę spojrzeć na dochody na mieszkańców różnych państw: najlepiej wiedzie się tym, których kraje postawiły na innowacyjność. Poza tym sam przecież jestem naukowcem i wiem, jak to wygląda z drugiej strony. Mam na swoim koncie kilkaset publikacji i również opatentowane wynalazki. I zdaję sobie sprawę, że kiedy piszę kolejny artykuł, to przypuszczalnie nie pozostawi to dużego śladu. Jak zrobię coś, co może zmienić rzeczywistość, choćby w jej najmniejszym obszarze, to jest dopiero piękne i przynosi satysfakcję. Kiedyś sam napisałem, że "jeśli lekarz pomaga tysiącom pacjentów, a naukowiec może pomóc tysiącom lekarzy, to prowadzenie medycznych badań naukowych jest najlepiej wynagradzanym zajęciem".
Nie przeczę, że badania podstawowe są potrzebne, ale finasowanie nauki płynie z podatków społeczeństwa, więc powinniśmy mu się za to odwdzięczyć. Czy jest zatem fair otrzymać finasowanie z budżetu i jeździć na konferencje i pisać artykuły? Nie sądzę. Te pieniądze powinny się zwrócić w postaci nowości technologicznych czy lepszej służby zdrowia. I dopiero jeśli ktoś mi da finansowanie prywatne albo otrzymam fundusze w wyniku innowacyjności, to można sobie pozwolić na robienie badań podstawowych.
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.811.jpg@RY2@
MICHAŁ WARGIN/DDTVN/EAST NEWS
Wiesław Lucjan Nowiński dyrektor Laboratorium Obrazowania Biomedycznego (Biomedical Imaging Lab) w Agency for Science, Technology and Research (A*STAR) w Singapurze. Wizytujący i kontraktowy profesor w USA, Chinach i Singapurze. W 2013 r. otrzymał tytuł Pioniera Medycyny (Pioneer in Medicine) od stowarzyszenia Society for Brain Mapping and Therapeutics z USA za pracę nad atlasami mózgu. W 2014 r. nominowany do nagrody Europejskiego Wynalazcy w kategorii osiągnięć całego życia
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.812.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.813.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.814.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.815.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.816.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.817.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.818.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.819.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.820.jpg@RY2@
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000000800.121.jpg@RY2@
MATERIAŁY PRASOWE
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu