Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Tylko bogaci cieszą się z dzieci

2 lipca 2018

Apele nie sprawią, że młodzi będą chcieli zostać rodzicami. Zmian kulturowych nie cofniemy. Ale możemy przebić ten trend za pomocą przekupstwa - przekonuje Janusz Czapiński

Januszem Czapińskim

@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.000000400.803.jpg@RY2@

Donat Brykczyński/Reporter

Janusz Czapiński psycholog społeczny, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, prorektor Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. Kierownik projektu badań Diagnoza Społeczna

Polakom dzieci już się ewidentnie znudziły. Rodzi się ich coraz mniej.

I jeżeli nic się nie zmieni, będzie ich jeszcze mniej. Po prostu przestały być już dla nas tak ważne. A raczej dla nich. Z badań wyraźnie wynika, że kurczy się grupa młodych par, dla których szczęśliwe życie łączy się z posiadaniem dzieci. Obecnie jedynie 30 proc. młodych małżeństw zalicza je do jednego z trzech warunków udanego życia. Co może być niepokojące, bo w porównaniu z poprzednimi generacjami - czyli osobami, które mają obecnie 45 lat - doszło do prawie dwukrotnego spadku. To źle wróży w Polsce, oznacza bowiem, iż większość tych młodych ludzi rzeczywiście nie zdecyduje się na posiadanie potomka. Jeśli wartość dziecka jest tak niska, to ono w ogromnej grupie bezdzietnych małżeństw w ogóle się nie pojawi.

Co jest zatem ważniejsze niż dzieci?

Generalnie zdrowie i udane małżeństwo oraz dzieci należą do życiowych priorytetów Polaków. Ale w grupie młodych par te wartości pojawiają się dwukrotnie rzadziej. Dla nich ważne są na przykład satysfakcjonująca praca czy pieniądze. Oznacza to, że idziemy w ślady zachodnich kultur, czyli przyjmujemy inny model układania sobie szczęśliwego życia. Kłopot polega na tym, że w Polsce ten proces został bardzo przyspieszony, co doprowadziło do niebezpiecznej mieszanki. Aspiracje są takie, jakie mają młodzi ludzie w krajach wysoko rozwiniętych, tymczasem realia za tym nie nadążają, bo jesteśmy relatywnie biednym państwem. I to nie sprzyja dzietności. Efekty są dwa: coraz większa grupa młodych Polaków traci ochotę na posiadanie dzieci, a przynajmniej bardzo odracza w czasie tę decyzję. A w ślad za tym zmniejsza się również liczba planowanych dzieci. Teraz dla większości osób często tylko jedno dziecko wystarcza do zapewnienia sobie genetycznej spuścizny. Jedynak zaspokaja potrzebę przedłużenia rodu.

Czyli nawet biologiczny zew został zagłuszony.

Kiedyś Polacy tworzyli rodziny wielodzietne, bo nie było wiadomo, czy kolejny potomek przetrwa i przeżyje do wieku dorosłego. Brutalnie rzecz biorąc, kolejne dzieci były zabezpieczeniem na wypadek śmierci pierworodnego. Obecnie większość rodziców sądzi jednak, że jak im się syn czy córka urodzą zdrowe, to w dobrym zdrowiu dożyją do emerytury. Nie muszą się więc tą kwestią specjalnie przejmować. Generalnie jest tak, że teraz dziecko zeszło na dalszy plan. Więc kiedy młodzi wchodzą w związek, mają już uformowaną wizję życia, w którą dzieci niekoniecznie się wpisują.

Ale nadal szukają kogoś do pary. Z badań wynika, że single są mniej szczęśliwi niż małżeństwa.

Owszem, młodzi szukają partnera, ale już nie ma ciśnienia na małżeństwo i tworzenie komórki rodzinnej. Cała ich wizja życia jest inna niż ta, którą mieli ich rodzice. Ciekawym przykładem może być to, że dziś wielu osobom nie zależy na kupowaniu na własność mieszkania. M2, które było kiedyś symbolem szczęścia, teraz stało się niepotrzebnym balastem. Moje własne dzieci nie są tym zainteresowane. Zadają mi pytanie - dlaczego mielibyśmy wiązać życie z tym jednym miejscem, w którym akurat to mieszkanie zostało kupione? Wolą wynajmować, żeby nie musieć zaciągać kredytów i żyć z pętlą na szyi. Nie mówiąc już o dziecku. To dopiero jest kotwica, żeby nie powiedzieć balast, który powoduje, że nie można zmieniać planów życiowych z dnia na dzień. Perspektywa większej mobilności oznacza przecież - myśli młody człowiek - że powinienem brać na siebie mniej zobowiązań tu i teraz, bo nie wiem, kto i jaką pracę zaoferuje mi za lat pięć. Dlatego nie jestem zainteresowany nabywaniem własności czy zakładaniem rodziny. Trzeba się liczyć, że one ograniczą moją swobodę decydowania o własnym życia. Dla tego pokolenia udane małżeństwo jest często ważniejsze niż dzieci.

Tym bardziej, że jak wynika z pana badań, ich posiadanie radykalnie obniża poczucie szczęścia. Na wykresach widać, że niezależnie od etapu życia pary bezdzietne mają się lepiej pod kątem satysfakcji z życia niż te z dziećmi.

Teoretycznie tak, to wyniki dla ogółu. Ale - i tu uwaga - nie zawsze tak jest. Jeśli nie będziemy uwzględniać różnicy w dochodach, to rzeczywiście bardzo wyraźnie widać, że im więcej dzieci, tym gorszy stan psychiczny rodziców. Ale jeśli zrobimy podział ze względu na zamożność i porównamy bogate pary bezdzietne z tymi parami, które mają dzieci - to różnica jest bardzo wyraźna, i to na korzyść rodzin. Przy dużych dochodach dzieci szczęście dają. Nie dość tego. Im jest ich więcej, tym większe zadowolenie rodziców. Które rośnie nawet przy piątce dzieci.

Czyli tylko bogaci się cieszą z dzieci?

Na to by wyglądało.

To smutne. Ale jest jeszcze jeden element. Znowu odwołując się do pana analiz - wynika z nich, że tak naprawdę to decyzja o posiadaniu potomstwa i jego liczbie zapada na długo przed tym, gdy dana osoba znajdzie sobie partnera. Skąd się biorą te wartości?

Oprócz własnych doświadczeń z życia w rodzinie również z obserwacji życia znajomych. Młodzi ludzie odkrywają, że dziecko to nie jest żaden raj. Że wraz z nim pojawia się więcej kłopotów, problemów. Więcej zabiera, niż daje. Choćby tak prostą rzecz, jak wolność decydowania o swoim czasie, np. o tym, co robię o 16.

Zawsze się uważało, że posiadanie dziecka to dopełnienie. Coś, co przynosi satysfakcję.

Kiedyś zajmowanie się dziećmi było jedynym atrakcyjnym zajęciem dla niepracującej kobiety. Dzisiaj to już nie jest żadna przepustka do ciekawszego życia czy obietnica, że nabierze ono większego sensu. Kobieta nie myśli: teraz będę mogła wyżyć się jako matka. Nie jest też tak, że będę mogła liczyć na pomoc dzieci, kiedy się zestarzeję. Ten czynnik ekonomiczny również zaniknął, bo nikt nie liczy na to, że dzieci będą dokładać się do jego emerytury.

Czeka nas wymarcie?

Oczywiście nie jest w Polsce tak źle, że ci, którzy mają dzieci, są wytykani palcami. Nadal chcemy mieć dzieci. Z diagnozy wynika, że u Polek ten zew biologiczny się pojawia. Ale bywa, że jest już wtedy za późno. Bo jeżeli średnio decydują się na dziecko w wieku 27 lat, to przesunięcie tej decyzji o kolejnych kilka lat może być niebezpiecznie. I zazwyczaj wyklucza decyzję o posiadaniu drugiego czy trzeciego dziecka.

Jaka jest zatem rada, by ten trend odwrócić?

Namawiać do rodzenia na wcześniejszym etapie życia. Zaraz po studiach.

To jak zawracanie Wisły kijem.

Tak się może wydaje. Choć oczywiście, podejścia do rodzicielstwa nie da się zmienić apelami. Im jestem starszy, tym większym jestem behawiorystą - coraz bardziej wierzę w system nagród i kar. Więc małą wagę przywiązuję do apeli. Ale wiem, że dla Polaków największą przeszkodą w posiadaniu dziecka jest obawa przed spadkiem standardu życiowego. Ogromna grupa osób, które pytaliśmy w badaniach o to, dlaczego się nie decydują na powiększenie rodziny, odpowiadała, że boją się, że stracą pracę, że martwią się o swój budżet domowy. A ponieważ w tej grupie były również zamożne osoby, można się domyślać, że nie chodziło o strach przed głodem. To raczej obawa, że trzeba będzie zrezygnować z czegoś, do czego się doszło. Nawet z takich przyziemnych rzeczy jak np. wakacje za granicą. Bo jak już się osiągnie pewien poziom materialny, trudno ryzykować jego obniżenie. Dlatego uważam, że jedynym skutecznym narzędziem demograficznym są pieniądze. Czyli polityka podatkowa. Jestem przekonany, że gdyby zamienić wspólne rozliczanie małżonków na rozliczanie się z dziećmi, toby zmieniło postawę Polaków co do dzietności. Nagrodą dla tych, którzy już coś osiągnęli, byłoby przynajmniej zapewnienie im tego, że ich pozycja się nie pogorszy. Gwarancja od państwa, że nie będą musieli po urodzeniu dziecka od ust sobie odejmować.

Trudno jednak uwierzyć, by ulgi podatkowe miały przekonać tę młodszą grupę.

Dla wielu młodych to mogłaby być zachęta. Ciągle powtarzamy, jak poważnym problemem jest bezrobocie wśród młodych. Tymczasem sięga ono w porywach do 25 proc. i jest zazwyczaj krótkotrwałe. Ci ludzie podejmują dość wcześnie samodzielne, także pod względem ekonomicznym, życie. Większość młodych par już na tym etapie rozważa za i przeciw odnośnie do pojawienia się potomka. Na razie na dziecko się nie decydują, bowiem zarabiają za mało, a to duży koszt. I wychodzi im z tego rachunku - robionego z kalkulatorem lub bez - że jeszcze nie teraz. Ale gdyby wiedzieli, że nie stracą finansowo, może ta kalkulacja byłaby inna.

Przecież mówił pan, że dzieci przestały być wartością samą w sobie.

Ale jeśli może sobie pani pozwolić na opiekunkę, by móc wyjść z domu, to łatwiej podjąć decyzję o posiadaniu dziecka. Nie cofniemy zmian kulturowych, które niewątpliwie odbiły się również na stylu życia. Ale możemy przebić ten trend za pomocą...

...przekupstwa?

Można to nazwać przekupstwem. Ale to usprawiedliwione przekupstwo.

To może zachęci do tego, by zostać rodzicem. Ale jedynaka. Z badań wynika, że nawet jeżeli ktoś ma jedno dziecko, rezygnuje z kolejnego.

Owszem, rezygnuje, bo pierwsze dziecko zweryfikowało jego plany. Okazuje się, że rzeczywiście jest obciążeniem, głównie w sferze finansowej. Z badań rzeczywiście wynika, że już dwa lata po urodzeniu dziecka rodzice zaczynają być mniej szczęśliwi niż jeszcze cztery lata temu przed jego urodzeniem. Okazuje się, że rodzicielstwo nie przyniosło dodatkowej porcji szczęścia, a wręcz przeciwnie, odebrało część radości. Ale to nie same dzieci odbierają nam zadowolenie z życia. Po prostu rujnują nam budżet domowy, a to sprawia kłopot.

Strasznie proste wytłumaczenie. Trudno mi w to uwierzyć, że powód jest tak banalny.

Ale tak jest. Koronnym dowodem są przywołane przeze mnie wcześniej wyniki badań, z których wynika, że zadowolenie z potomstwa rośnie tylko u bardzo zamożnych rodzin. Tymczasem w ubogich rodzinach już od pojawienia się na świecie pierwszego syna czy córki poczucie satysfakcji zaczyna spadać. Co potwierdza tezę, że tak naprawdę to ubytek pieniędzy pojawiający się wraz z potomstwem odbiera radość. Bo dzieci, jeżeli poziom życia jest utrzymany, szczęście dają. To też tłumaczy, dlaczego rodzice po pojawieniu się pierworodnego rezygnują z dalszego powiększenia rodziny. Martwią się, że i na to nie starczy, i na to trzeba będzie znaleźć pieniądze.

Ale mówił pan, że dziecko daje szczęście do szóstego roku życia. To chyba z pieniędzmi nie ma wiele wspólnego.

To dotyczy pierwszego dziecka i chodzi o pewien emocjonalny rozpęd. Jego narodziny są ważnym wydarzeniem w naszym życiu. Jak ogrodnik obserwujemy jego rozwój. Ale potem może pojawić się refleksja, że w związku z jego obecnością za dużo się zmieniło w naszym życiu i to niekoniecznie na lepsze. Nie bez kozery poczucie szczęścia rodziców powraca, kiedy dziecko idzie do przedszkola. Ale na krótko.

Czy posiadanie potomstwa przekłada się na zadowolenie z małżeństwa?

Nie. Jeśli przeanalizujemy wszystkie stadia rodzicielstwa - nawet w momencie odejścia dzieci z domu, czyli pojawienia się pustego gniazda - widać, że nie ma to wpływu na relacje małżeńskie. Stres małżeński jest na tym samym poziomie przez cały okres jego trwania. Więc dzieci nie psują relacji, ale też ich nie poprawiają.

A nie cementują związku, jak się potocznie myśli?

Niewątpliwie pojawienie się dzieci na świecie może odraczać rozstanie lub do niego zniechęcać. Ale nie jest absolutną przeszkodą. Także osoby z dziećmi podejmują decyzje rozwodowe. A w literaturze jest sporo danych potwierdzających, że w przypadku kobiet rozstanie z mężem czy partnerem poprawia ich dobrostan psychiczny. Najgorzej jest przed rozwodem, potem jest już tylko lepiej. Są dane, które udowadniają, że ten oddech jest duży nawet przy dużej liczbie dzieci. Jednak w Polsce to się nie potwierdza. Nasi samotni rodzice mają najniższy poziom dobrostanu psychicznego i posiadanie dzieci niezbyt tę sytuację zmienia. Co ciekawe, osoby, które owdowiały, a posiadają dzieci, mają się gorzej niż bezdzietni wdowcy.

Kto jest najszczęśliwszy?

Bezdzietne małżeństwa oraz bogate rodziny. O wiele gorzej miewają się single, rozwiedzeni i wdowcy. Ale najgorzej wygląda sytuacja panien, które się zdecydowały na dziecko. W przypadku małżeństw potwierdza się dodatkowo, że dziecko obniża radość życia. Posiadanie dzieci nie ma jedynie wpływu na dobrostan rozwiedzionych - i ci bez dzieci, i ci z dziećmi są w złym stanie. Ale to w dalszym ciągu - będę się upierać - wpływ ekonomii. 20-letnia samotna matka jest najczęściej w bardzo złej sytuacji finansowej i społecznej. W małżeństwach wraz z pojawieniem się dzieci wydatki rosną. Etc., etc.

Ale w bogatszych od Polski krajach wskaźnik dzietności również jest niski. Więc może chodzi o zmianę mentalności. Bo nie sądzę, by same pieniądze coś zmieniły.

Ale w takich państwach jak Francja rodzi się na tyle dużo dzieci, że gwarantuje to zastępowalność pokoleń. Szwecja też powoli ku temu zmierza. A tam jest prowadzona agresywna polityka prorodzinna, także ekonomiczna. Państwo daje rodzinie gwarancję finansową. W Polsce zaś rodzic jest pozostawiony sam sobie. Może i musi liczyć tylko na siebie. Więc trudno od niego oczekiwać, że będzie chciał jeszcze utrudniać swoją sytuację.

Czy oprócz przekupstwa w formie pieniędzy jest jeszcze jakaś inna metoda, która spowodowałaby, że posiadanie dzieci stanie się priorytetem Polaków?

Nie da się politycznie zaprogramować szacunku dla rodzin wielodzietnych. Ani zwiększyć wartości dziecka. Politycy mogą się chwalić dużymi rodzinami, ale to ma bardzo małą siłę przekonywania. Maksimum tego, co możemy zrobić, to zatrzymać trend spadkowy. Oczywiście inny istotny element to niepłodność. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy w ostatniej Diagnozie Społecznej, że to ogromny problem - tę przyczynę, jako powód braku potomstwa, deklarowało ok. 9,5 proc. potencjalnych rodziców.

Coś jednak zaczyna się zmieniać, również kulturowo. Można chociażby zauważyć, że to mężczyźni częściej chcą mieć dziecko niż kobiety. Może to szansa na zmianę?

Nic dziwnego, że tak jest. Badania od dawna pokazują, że małżeństwo jest instytucją wymyśloną przez mężczyzn dla nich samych, bo zdecydowanie więcej daje właśnie im niż kobietom. Podobnie jest z rodziną. To także instytucja wymyśloną przez panów. Mężczyźni nadal mniej tracą po pojawieniu się dziecka. Mogą przy piwie z kolegami chwalić się, że mają udane dzieciaki. Wierzę jednak w teorię ewolucji. W to, że wszyscy byśmy chcieli mieć dzieci. Tylko pytanie, dlaczego te instynkty są blokowane. Co takiego stoi na przeszkodzie, by móc się biologicznie realizować - czyli płodzić i rodzić kolejne dzieci, a potem wysyłać je w świat. Próbujemy wskazać blokady, które zabijają w Polakach ten zew.

Dlaczego zatem nie postępujemy zgodnie z przykazaniami Darwina?

W przypadku potencjalnych matek te blokady są niewątpliwie większe niż w przypadku ojców. Bo kobieta, podejmując decyzję o posiadaniu dziecka, ma nadal o wiele więcej do stracenia niż jej partner. Chce się realizować, również zawodowo, a to na niej spoczywa obowiązek zadbania o dzieci. Więc urlopy dla ojców, dzielenie się obowiązkami przez oboje rodziców miałyby wpływ na zmianę postawy. Widać już pierwsze jaskółki zmian. Mnie samego zaskoczyło to, że panowie coraz więcej czasu spędzają w kuchni, a gotowanie to powód do dumy. W moim pokoleniu tego nie było. W ten sposób wyręczają przynajmniej w tym obowiązku kobiety. Ale wie pani, jak doszło do tej zmiany? Moim zdaniem wpływ miało pojawienie się programów kulinarnych, w których występują panowie. W ten sposób to zajęcie zostało nobilitowane, uznane za męskie. Oczywiście z przymrużeniem oka, ale można powiedzieć, że programy kulinarne pośrednio przyczyniły się do odciążenia kobiet w zajęciach domowych. Ale czy przełoży się to na posiadanie dzieci? To jednak zbyt daleko idąca spekulacja.

@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.000000400.804.jpg@RY2@

Getty Images

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.