Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Maria Lorek: Nie będę urzędnikiem

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Autorka rządowego podręcznika w rozmowie z DGP przekonuje, że nie popełniła w nim autoplagiatu, co zarzucają jej wydawnictwa. Przyznaje też, że chętnie zajęłaby się kolejnymi częściami książki - do 2 i 3 klasy

Pierwsza część "Naszego elementarza", który pani opracowuje, jest już w drukarni. Czego spodziewać się w kolejnych trzech?

Maria Lorek: Druga część obejmuje grudzień, styczeń i luty. Dzieci poznają tam prawie wszystkie litery - z wyjątkiem dwuznaków i zmiękczeń, które wchodzą do zeszytu trzeciego. W ostatnim zeszycie nie planuję już wprowadzania liter. Będzie to naturalne przejście do klasy drugiej.

Kiedy zakończą się prace nad drugą częścią?

Są prawie na finiszu. Mamy już teksty, ilustracje - część w formie szkiców - pracujemy też nad dopracowaniem poleceń. Wciąż rozmawiamy z konsultantami, wymieniamy niektóre zadania na inne, które będą bardziej sprzyjały pomysłowości i kreatywności. Mam nadzieję, że w tym miesiącu gotowy podręcznik zawiśnie na stronie internetowej NaszElementarz.men.gov.pl.

Jeszcze przed wakacjami?

Mam taką nadzieję. Zależy mi na tym, żeby dostać informację zwrotną. W wakacje nauczyciele mogą nie być aż tacy chętni, by sięgnąć po tę publikację.

Czyli konsultacje będą równie szerokie jak przy pierwszej części? MEN zostało zalane uwagami.

Przeprowadzimy to dokładnie tak samo, bo te konsultacje bardzo dużo dały. Poza tym były chyba ewenementem w skali Polski - przed opublikowaniem każdy mógł tę książkę zobaczyć i wyrazić opinię.

Na ile to pomogło udoskonalić książkę? Obserwując dyskusję, miałam wrażenie, że edukacja stała się kolejnym - po służbie zdrowia i sporcie - tematem, na którym zna się każdy Polak.

Ma pani rację. Natomiast było też wiele opinii merytorycznych, z którymi można było się zgodzić lub podjąć dyskusję. Były na przykład osoby, które pisały o tym, że dzieci należy uczyć czytać jedną metodą - sylabową. Ja się z tym nie zgadzam, bo raz, że to nieprawda, a dwa, że polska edukacja cały czas idzie w stronę indywidualizacji. Ma ambicję pobudzić do samodzielnego działania i rozwoju, a nie zmuszać do przyswajania schematów. Myśląc w tym duchu, nie da się zastosować jednej metody zakładającej, że każde dziecko będzie się rozwijać w identycznym tempie. W "Naszym elementarzu" stosujemy więc kilka metod.

Wiele uwag dotyczyło obyczajowości, zwłaszcza modelu rodziny przedstawianego w podręczniku. Jedni wypominali pani scenkę z "Elementarza" z 1993 roku, w której do kina idą tylko ojciec z synem, a matka zostaje, by wypełniać obowiązki domowe. Inni apelowali, by nie szła pani zbyt daleko.

Trzeba szukać złotego środka, takie jest moje podejście metodyczne do pedagogiki. Nie wszystko, co jest stare, jest złe, i analogicznie - nie wszystko, co nowe, na pewno jest dobre. Pierwszy podręcznik był oparty na moim modelu rodziny - mam dwóch synów, Jasia i Karola. To oni występowali w tym podręczniku. W "Naszym Elementarzu" mamy całą klasę - 24 dzieci, a każde z nich ma swoją rodzinę. Siłą rzeczy modeli jest więcej. Będą pokazywały się wraz z kolejnymi literkami, bo wprowadzamy je poprzez zapoznanie z dziećmi w klasie. Oczywiście na 96 stronach nie da się dokładnie opisać koligacji rodzinnych, problemów i tak dalej, natomiast można je zasygnalizować. Przykładowo Natalka miga z mamusią, która jest niesłysząca. Tego nie opisujemy dokładnie, ale mamy do tego krótki tekst, pokazujemy klub, w którym się spotykają, fonogesty. Dostarczamy pretekstów nauczycielom.

Poza uwagami do treści była też dyskusja wywołana przez wydawnictwa - zarzucono pani między innymi plagiat.

Nie możemy mówić o plagiacie, bo to były moje pomysły. Natomiast słowo "autoplagiat" mnie śmieszy, bo jak można siebie samą plagiatować? To jest własny pomysł, własna koncepcja, własny tekst, własny scenariusz... Proszę mi wierzyć, to ja bym mogła oskarżać wydawnictwa o plagiat, bo stron w podręcznikach, które się wzorowały na moim pierwszym "Elementarzu", jest multum. Dla mnie to nie było coś złego, bo - dopóki się powtarza dobre wzorce - nie widzę problemu.

Nie zgodzę się. To nie kwestia autoplagiatu, tylko posiadania praw do dalszego wykorzystania. Podobny przykład, ale z innej branży - między tygodnikami "Wprost" i "Newsweek" do dziś trwa spór sądowy o linię redakcyjną. Zdaniem prawników "Wprost" Tomasz Lis, odchodząc do konkurencji, skopiował ją. Stawką jest 12 mln zł, a kluczowe pytanie brzmi, czy Lis mógł wykorzystać pomysły w dwóch miejscach.

W moim przypadku chodzi o trzy strony...

WSiP mówiły o 30.

...ślimak - o którego powtórzenie wręcz mnie proszono. On zresztą nie był identyczny, bo nie mieliśmy tego samego zestawu liter. Drugą sytuacją była ta z domem rodzinnym przy wprowadzeniu literki "j" jak jajko, trzecią - komiks ze smokami. Ze ślimaka zrezygnowałam nie ze względu na WSiP, ale na sugestie nauczycieli, którzy uważali, że za wcześnie wprowadzam zmiękczenie przez kreseczkę i zmiękczenie przez "i". Uległam, choć moim zdaniem nie jest to najlepsze rozwiązanie. Wprowadzenie na koniec wszystkich "ś", "ź", "ć", "dź", "ń" w jednym czasie to dla dzieci duża trudność. Jestem jednak osobą otwartą i uszanowałam opinię nauczycieli, ale jeszcze się zastanowię, gdzie by tego ślimaka wykorzystać.

Na pewno będę starała się jednak nie dawać pretekstów do dalszej burzy medialnej.

A jak pani ocenia to, że WSiP rozdają podręcznik za darmo?

Staram się nie oceniać. Na pewno jeśli książki są już wydrukowane, to dawanie ich na przemiał byłoby wielkim marnotrawstwem. Książki mogą trafić za granicę - na Wschodzie organizacje polonijne wręcz błagają o takie publikacje, bo nie mają do nich dostępu.

Opracowanie pierwszej części podręcznika zajęło pani mniej niż trzy miesiące. 18 marca Joanna Kluzik-Rostkowska ogłosiła, że to pani będzie autorką. Po 11 tygodniach podręcznik był gotowy, skonsultowany, poprawiony i wydrukowany. Ta książka będzie dobra?

Koncepcyjnie pracuję od 20 lat non stop. Po "Elementarzu" do pierwszej klasy była cała kolejna seria "Ele mele", "Czarodziejski dywan", "Słońce na stole". Później napisałam kolejną serię do klas 1-3, później podręcznik dla zerówek - "Apli-papli". Następnie przyszedł podręcznik i program nauczania dla dzieci uczących się poza granicami kraju. Przerwa między nimi a "Naszym elementarzem" trwała pół roku.

Przyszła pani z gotową koncepcją?

Już powiedziałam - zajmuję się tym 20 lat. Samo przelanie koncepcji na scenariusz książki nie jest aż tak trudne. Poza tym nie pracuję sama - jest ze mną Lidia Wollman i cały zespół redakcyjny.

O tym, jak państwo pracują, krążą legendy. Zamknięte drzwi w jednej sali, noce...

W kilku salach. Faktycznie, podręcznik zajmuje mi dużo czasu.

Czy pani podręcznik był testowany na dzieciach?

Mam sygnały, że są nauczyciele, którzy prowadzili już lekcje przy jego użyciu.

Czy MEN je testowało?

To nie jest pytanie do mnie. Wiem, że są prowadzone warsztaty dla nauczycieli, podczas których nie narzuca im się jednego sposobu, tylko omawia się, jak pracować z kolejnymi zagadnieniami wprowadzanymi w podręczniku. Chodzi o to, by nie doprowadzić do sytuacji, w której o godzinie 8 rano 1 września wszystkie dzieci w klasie pierwszej pracują na jednym scenariuszu zajęć. To najgorsze, co mogłoby się zdarzyć.

Kompletny, czteroczęściowy, podręcznik będzie gotowy do początku roku szkolnego?

Nasz zespół autorski na pewno do końca wakacji zakończy pracę nad całością podręcznika. Nie wiem natomiast, czy MEN zdąży z drukiem i dostarczeniem do szkół - to pytanie do ministerstwa.

Czy w takim razie nauczyciele będą mogli 1 września zobaczyć podręcznik chociaż na ministerialnej stronie internetowej?

Tego nie powiedziałam.

Jakie są pani plany na później?

Przydałoby się odpocząć.

Pytam serio. Drogę do wydawnictw ma pani już chyba na dobre zamkniętą.

Ale moim celem nie jest taka współpraca, mogę sama wydawać to, co bym chciała. Mam bardzo dużo pracy związanej ze szkołami, które prowadzi Fundacja Elementarz. Kiedy skończy się przygoda z podręcznikiem, z chęcią wrócę też do Stowarzyszenia Nauczycieli Edukacji Początkowej, którego jestem prezesem.

A minister chciałaby współpracować z panią na stałe?

To pytanie do ministra.

Chciałaby pani dalej pracować w MEN?

Jeśli podręczniki do pierwszej klasy zostaną dobrze przyjęte, bardzo chętnie podejmę się współpracy przy kolejnych częściach, tak by miało to ciąg logiczny, jedną myśl koncepcyjną.

Czyli praca ekspercka, a nie w gabinecie politycznym?

O, nie! Ja na pewno żadnym urzędnikiem nie byłam, nie chciałabym być i nie będę.

@RY1@i02/2014/117/i02.2014.117.00000050a.803.jpg@RY2@

KRYSTIAN MAJ/FORUM

Maria Lorek

Rozmawiała Anna Wittenberg

Od deklaracji do druku w sześć miesięcy

10 stycznia podczas konferencji prasowej premier zapowiedział, że we wrześniu 2014 r. rząd odda do dyspozycji pierwszoklasistów darmowy podręcznik. Tydzień później MEN przedstawiło projekt zmian w ustawie oświatowej. Resort poinformował, że na jej podstawie opracowanie i wydanie podręcznika zleci sam. Do tej pory nie było to możliwe - ministerstwo mogło jedynie dopuszczać do użytku podręczniki opracowane przez wydawców. Decyzja rozpoczęła wojnę między resortem a wydawnictwami.

Na początku lutego Joanna Kluzik-Rostkowska poinformowała, że podręcznik przygotuje podległy resortowi Ośrodek Rozwoju Edukacji. Wciąż jednak nie wiadomo było, kto zostanie jego autorem. Minister już wtedy zapewniła jednak, że ORE będzie zajmować się w przyszłości też książkami do drugiej i trzeciej klasy.

Kluczowym dla wydawców argumentem był czas - ich zdaniem w pół roku nie można przygotować dobrego podręcznika; wydawnictwa potrzebują na to dwóch lat. Sławomir Broniarz ze Związku Nauczycielstwa Polskiego, oceniał natomiast, że podręcznik jest "złym precedensem".

W połowie lutego minister Kluzik-Rostkowska zapowiedziała, że rządowa książka będzie gotowa w maju. Tydzień później posłowie niemal jednogłośnie poparli ustawę pozwalającą resortowi na wydawanie podręczników. 18 marca minister ujawnia, że autorką książki będzie Maria Lorek, autorka wielu używanych obecnie serii dla najmłodszych klas. W mediach pojawiają się plotki o gigantycznej sumie - 1,5 mln zł, jaką Lorek dostanie za książkę. Ostatecznie suma będzie dziesięciokrotnie niższa.

W maju MEN pokazało książkę i poprosiło o uwagi. Wokół publikacji rozpętała się kolejna burza. Wydawnictwa zarzuciły Lorek, że skopiowała w podręczniku ich pomysły, a autorka broniła się, że oparła się wyłącznie na własnych, sprzed lat. Finalnie książka została jednak nieco zmieniona. Po trzech miesiącach od wyboru podręcznik Lorek został wydrukowany.

Nasz elementarz - porównanie wersji pierwszej i ostatniej na

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.