Wielka woda pochłania firmy i wielkie pieniądze
Kataklizmy powodują ekonomiczne straty. Mówienie, że Polski nie stać na zabezpieczenie się przed nimi, to kiepska wymówka
Powódź, z jaką mamy dziś do czynienia, powinna nas nauczyć kilku podstawowych rzeczy. Klimat się zmienia i warto do tego się przystosować. Należy podjąć wysiłek, by w przyszłości zapobiegać kataklizmom, które dla gospodarki oznaczają olbrzymie straty. Na terenach zalewowych działają firmy i zakłady produkcyjne, ich funkcjonowanie jest obecnie zagrożone. Zalewane są tereny Nowej Huty, za chwilę może trzeba będzie wygaszać piece. Mało kto wie, że Polska jest jednym z czołowych w świecie producentów elementów do elektrowni atomowych. Teraz w wyniku powodzi także ta produkcja stoi pod znakiem zapytania.
Takie przykłady można mnożyć. Dzięki nim widać jednak, że Polska musi mieć program zarządzania ryzykiem. To sprawa kluczowa dla naszej gospodarki. Powinniśmy zmienić prawie 90 proc. przepisów dotyczących zagospodarowania przestrzennego.
Trzeba zaznaczyć tereny podwyższonego ryzyka - to zadanie dla gmin, które powinny wziąć odpowiedzialność za to, co dzieje się na ich terenie. Jeśli gmina nie wprowadza zakazu budowania domów mieszkalnych na terenach zalewowych, to skazuje swoich mieszkańców na nieszczęście.
Dlaczego tak się dzieje? Wszyscy wiemy, że tereny, na których wolno budować, są drogie. Zaraz po powodzi działki budowlane na terenach zalewowych są wielokrotnie tańsze od tych, do których woda nie dociera. Ale już w kolejnych latach ich cena rośnie. I z czasem różnica w cenach gruntów się zaciera, aż przychodzi kolejna wielka woda.
Tak właśnie było w Opolu. Tereny, które dotknął kataklizm w 1997 r., zaraz po zejściu wody można było kupić za bezcen. W ciągu ostatnich lat ceny szybko wzrosły. I jeszcze kilka dni temu miały wartość taką jak działki z innych obszarów. Ze strony gminy takie działania byłyby uczciwe, pod warunkiem że nauczona doświadczeniem wprowadziłaby przeciwpowodziowe zabezpieczenia. Tak jednak, z nielicznymi wyjątkami, się nie stało.
Opole jest tu pozytywnym przykładem. W tym roku woda oszczędziła miasto. Stało się tak, bo zbudowano tam przemyślany system zabezpieczający przed powodziami. To konstrukcja, którą można w prosty sposób wzmocnić, rozbudować, podwyższyć.
Ale w większości przypadków w Polsce brakuje myślenia długofalowego. Od 1997 r. woda zalała wiele terenów uprawnych, narażając rolników na straty. Zabrakło wyobraźni. To, że powodzie będą występować, jest pewne. Należy się więc do nich przystosować, choćby zmieniając gatunki uprawianych roślin. Uparte pozostawanie przy wysiewaniu tradycyjnych zbóż, które źle reagują na zalanie, to nie ukłon w stronę tradycji, tylko zwykła głupota.
To wszystko powinno być przedmiotem analiz specjalistów. Ale nie w chwili powodzi, tylko przez cały czas. Wiele lat temu Unia Europejska opracowała białą księgę adaptacji do zmian klimatycznych. Zarządzanie ryzykiem ekologicznym to już konkretna nauka ekonomiczna. Rozwinięta w świecie, niestety w Polsce ciągle nie jest traktowana poważnie. Tymczasem przez analogię: tak jak zarządza się ryzykiem rynkowym, tak samo powinno się podchodzić do zjawisk atmosferycznych.
Powinien powstać ogólnokrajowy plan adaptacji do zmian klimatycznych, zarówno na szczeblu ministerialnym, jak i samorządowym. Nie chodzi tylko o powodzie. W Polsce pojawiają się wiatry huraganowe, trąby powietrzne, których wcześniej nie było. Potrzebna jest analiza kosztów ewentualnych strat. W zestawieniu z kosztami wprowadzania zabezpieczeń dałaby wszystkim do myślenia.
Kataklizmy powodują gigantyczne straty. Powiedzenie, że Polski nie stać na zabezpieczenie się przed nimi, jest kiepską wymówką. Pieniądze na ten cel są.
Gdybyśmy pomyśleli wcześniej o oszczędnościach wynikających ze sprzedaży CO2, mielibyśmy 6 mld euro w skali pięciu lat. Te pieniądze straciliśmy.
Teraz uważa się, że jeśli uzyskamy 150 mln euro, to będzie sukces. Inny przykład: są ogromne pieniądze na funduszach wrakowych. Prawie 2 mld zł kompletnie niewykorzystanych środków. Może warto nimi zarządzać inaczej?
Polska powinna wziąć przykład z Holandii, która nie ma problemów z powodziami, mimo że położona jest w depresji. Prawda, na zabezpieczenia przed wodą wydano tam pieniądze porównywalne z amerykańskimi nakładami na sprawy kosmiczne. Ale nie był to chwilowy kaprys, tylko efekt narodowego programu.
Ryszard Pazdan
ekspert Business Centre Club
Autor jest przewodniczącym komisji ds. zmian klimatycznych i ryzyk środowiskowych BCC
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu