Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Klimat i środowisko

Warszawski szczyt klimatyczny będzie wielki, ale świata nie uratuje

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Walcząca z kryzysem Unia Europejska nie będzie na razie forsować podwyższania celów redukcyjnych CO2. To dobra wiadomość dla naszych portfeli oraz biznesu, ale zła dla dzieci i wnuków

Hutniczy gigant z Indii, francuski koncern zarabiający na budowie węglowych elektrowni, emitujące gigantyczne ilości CO2 firmy lotnicze, producenci samochodów, firma paliwowa, papierniczy kolos ze Stanów Zjednoczonych oraz największy wytwórca energii elektrycznej z węgla w naszej części Europy. To nie jest lista potencjalnych celów ataku aktywistów Greenpeace, tylko partnerzy kolejnego szczytu klimatycznego ONZ COP19, który organizuje Polska.

Czy to przypadek, że zestaw sponsorów tworzą najwięksi truciciele w regionie albo przynajmniej koncerny przykładające rękę do emisji gazów cieplarnianych? Sądząc po wypowiedziach polskiego ministra środowiska Marcina Korolca, który w Europie uważany jest za pierwszego hamulcowego polityki klimatycznej mającej na celu przestawienie przemysłu energochłonnego na zielone tory, na pewno nie. Raczej wyraźny sygnał wysyłany w kierunku gospodarek niezainteresowanych obniżaniem emisji, że Polska będzie robić wszystko, żeby przeciągnąć Stary Kontynent na drugą stronę barykady.

Różne zdania w sprawie emisji

COP (Conferences of the Parties) to doroczne globalne szczyty, podczas których przedstawiciele organizacji pozarządowych i delegaci z państw członkowskich Narodów Zjednoczonych negocjują zakres działań na rzecz polityki klimatycznej. Tegoroczna konferencja odbędzie się w dniach 11-22 listopada na Stadionie Narodowym w Warszawie. Na stolicę Polski będzie skierowana uwaga całego świata. COP19 oznacza bowiem formalne rozpoczęcie procesu negocjacyjnego nowego globalnego porozumienia klimatycznego, które miałoby zacząć obowiązywać po 2020 r. Negocjacje zaś mają się zakończyć podczas szczytu w Paryżu w 2015 r.

Rozmowy będą trudne, bo już dziś w sprawie ograniczania CO2 świat jest podzielony. Redukcję emisji gazów cieplarnianych o 20 proc. do 2020 r. administracyjnie założyła i realizuje jedynie Unia Europejska. Reszta świata redukuje emisje, zastępując "brudny" węgiel dwa razy mniej emisyjnym gazem, nie stosuje jednak w związku z tym żadnej polityki nakazowo-zakazowej. Tak robią np. USA korzystające z dobrodziejstw łupkowej rewolucji. Albo w ogóle nie zawraca sobie redukcjami głowy, jak Chiny, które budują jedną za drugą elektrownie węglowe.

Polska jest zdania, że UE powinna zaczekać z budowaniem nowego klimatycznego porządku.

- Chcemy tak kształtować politykę europejską, aby była racjonalna, skuteczna i wpisywała się w potrzeby rozwojowe Polski i całego kontynentu - mówi DGP Marcin Korolec. Jeden z rządowych negocjatorów obowiązującego pakietu klimatycznego przyjętego w 2008 r. przypomina, że nowe cele muszą być dostosowane do stojących przed Europą wyzwań. - Zwłaszcza dzisiaj musimy brać pod uwagę bardzo poważny kryzys gospodarczy w wielu krajach europejskich. Nie zapominajmy też o planach budowy strefy wolnego handlu pomiędzy UE i Stanami Zjednoczonymi - mówi Korolec.

Komisja Europejska zdaje się jednak wybiegać w przyszłość dużo dalej. Zaproponowana przez Brukselę mapa drogowa 2050 zakłada obniżenie emisji CO2 o 80 proc. Żeby stało się to możliwe, energetyka powinna nie emitować gazów cieplarnianych w ogóle. Albo zagospodarowywać emisje, wciskając CO2 w szczeliny skalne pod ziemią, lub hodować dzięki nim energetyczne uprawy. Z dzisiejszego punktu widzenia taki scenariusz to mrzonki. Powód - oczywiście wyższe koszty zielonej energii, ale i społeczny opór przed umieszczaniem milionów ton CO2 pod ziemią. Polska uparcie sprowadza więc rozmowę o klimacie do tu i teraz, kierując się krótkoterminowym interesem gospodarczym. Trudno taką postawę oceniać negatywnie, bo Polska do produkcji energii elektrycznej napędzającej przemysł w ponad 90 proc. zużywa węgiel kamienny i brunatny. Każda próba majstrowania przy obecnym systemie, a nawet dyskusja o celach po 2020 r. wzbudza nad Wisłą niepokój, bo może być kosztowna i wyhamować wzrost PKB.

Polska hamuje Europę

- Dzisiaj dyskusja o rozwiązaniach ponad rok 2020 jest przedwczesna. Pięć lat temu, w 2008 r., decydowaliśmy o pakiecie. Zostało jeszcze siedem lat do zakończenia jego obowiązywania. Moim zdaniem jest stanowczo za wcześnie na dyskusję o dalszych perspektywach. Jak precyzyjnie określać parametry działania w tak dalekiej przyszłości? Przypomnę, że nikt w 2008 r. nie zakładał kryzysu, który zmienił gospodarkę. W 2015 r. powinniśmy mieć nowy ład światowy w kwestii polityki klimatycznej. W listopadzie już po raz drugi w ciągu pięciu lat będziemy organizować konferencję klimatyczną, bo wierzymy, że polityka europejska powinna być wpisana w politykę światową, a nie od niej abstrahować. Zmiany klimatu dotyczą całego globu. Poczekajmy więc na wynik ustaleń w 2015 r., a dopiero potem zabierzmy się do ustaleń, co po 2020 r. Wierzę, że dojdziemy wówczas do porozumienia - wypowiedź ministra środowiska precyzyjnie określa polskie stanowisko wobec szczytu klimatycznego.

Wiele wskazuje na to, że ambitne cele polityki klimatycznej zostaną odłożone na później. Z tekstu stanowiska unijnych ministrów środowiska wobec COP19 wyleciało wezwanie do podwyższenia celów redukcyjnych w przyszłym roku. Polsce, którą wspierają kraje Grupy Wyszehradzkiej, poszło z tym nadzwyczaj gładko. Być może dlatego, że pomysły KE mają coraz większe grono krytyków.

Pyły zabijają

Jednak w dyskusji na temat klimatu coraz wyraźniej słychać także głos Zielonych, który trudno już lekceważyć. Na początku czerwca opublikowali oni raport, z którego wynika, że w wyniku emisji pyłów, trujących gazów oraz metali ciężkich wydostających się z polskich elektrowni i elektrociepłowni umiera u nas przedwcześnie nawet 5,4 tys. osób rocznie. Greenpeace podaje, że powyższe dane są wynikiem analizy raportu Uniwersytetu w Stuttgarcie. Tamtejsi eksperci twierdzą, że emisje z europejskich elektrowni węglowych w znacznym stopniu potęgują konsekwencje zdrowotne wynikające z zanieczyszczenia środowiska. Ich zdaniem w skali całej Unii Europejskiej roczny rachunek za działalność węglowej energetyki wynosi od 15,5 do nawet 42,8 mld euro rocznie.

Tomasz Terlecki, szef Europejskiej Fundacji Klimatycznej na Europę Środkową i Wschodnią, ostrzega przed konsekwencjami dalszego utrzymywania energetyki węglowej. - Kraków, w którym mieszkam, choć nie ma przemysłu, jest miastem zatrutym powietrzem skażonym wielokrotnie powyżej norm. Mamy alarmy smogowe, w trakcie których dzieci nie powinny wychodzić z domu. Wszystko to ze względu na opalanie węglem i odpadami pieców służących do ogrzewania. Niskoemisyjna energetyka to nie fanaberie, lecz potrzeba. Jeśli będziemy kontynuować spalanie paliw kopalnych, nasze dzieci będą znały zupełnie inny świat - mówi ekspert.

Kompromisowe uszczelnianie systemu

Kosztami społecznymi mało kto jednak zawraca sobie głowę. Unijna komisarz ds. klimatu Connie Hedegaard uważa, że działania mające na celu walkę ze zmianami klimatu muszą zyskać poparcie biznesu. Bo biznes działa globalnie i chce, żeby na całym świecie warunki prowadzenia interesów były takie same dla wszystkich.

Takie stanowisko to postęp, nie oznacza jednak taryfy ulgowej. Nieprzypadkowo tuż przed COP19 opublikowany został raport działającego przy ONZ Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), w którym oszacowano, że prawdopodobieństwo wpływu działalności ludzi na zmiany klimatyczne wynosi 95 proc. Hedegaard natychmiast wezwała do pilnych działań mających na celu ograniczanie emisji CO2.

W ogarniętej kryzysem Europie trudno będzie znaleźć kraje i rządy, które bez mrugnięcia okiem wydadzą miliardy euro na zmianę technologii, bo do tego potrzebne będą kredyty, a o te w bankach coraz trudniej. W tej sytuacji dobrym rozwiązaniem jest w pierwszej kolejności uszczelnianie systemu prostymi środkami. Pod koniec czerwca Instytut Badań Strukturalnych wspólnie z Instytutem na rzecz Ekorozwoju we współpracy z Europejską Fundacją Klimatyczną przedstawiły raport z projektu "Niskoemisyjna Polska 2050". Jego autorzy wskazują w opracowaniu na ogromny potencjał np. w dziedzinie energooszczędności.

- To jest gra o naszą przyszłość - argumentuje Andrzej Kassenberg, szef Instytutu na rzecz Ekorozwoju. - "Zielona transformacja" jest procesem powiązanym ze wzrostem gospodarczym. Wraz z zamożnością społeczeństwa rośnie dbałość o zdrowie, redukcja emisji po prostu zacznie się opłacać. Za przejściem w kierunku niskoemisyjnej gospodarki muszą stać: poprawa innowacyjności, zmiany instytucjonalne oraz dostosowanie rynku pracy, a w tych kwestiach Polska ma wiele do zrobienia.

Maciej Bukowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych, współautor raportu, podkreśla, że alternatywą dla energetycznej rewolucji jest pułapka średniego dochodu. - Wówczas dalszy wzrost będzie powolny, a niedorozwój cywilizacyjny będzie się utrzymywał. W taką pułapkę wpadły Hiszpania, Grecja, Portugalia czy Włochy - twierdzi Bukowski.

Walcząca z kryzysem UE nie będzie na razie forsować podwyższania celów redukcyjnych CO2. Za pewnik można jednak uznać, że polityka klimatyczna nieraz będzie stanowić oś sporów, które rozgrzeją Stary Kontynent. Jeśli do zielonego stolika zdecydują się zasiąść najwięksi truciciele świata, czyli USA i Chiny, gra zyska naprawdę poważną stawkę i pojawi się realna szansa na zwrot. Jeśli redukować emisje będzie jedynie UE, która odpowiada za 11 proc. światowych emisji, wszystkie wysiłki skazane będą na porażkę.

@RY1@i02/2013/206/i02.2013.206.000001400.802.jpg@RY2@

Wielkie obcinanie CO2, czyli miliardy euro w grze

Bilans obniżania emisji CO2

Autorzy raportu "Niskoemisyjna Polska 2050", opublikowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju, policzyli, że średni koszt redukcji jednej tony CO2 kosztowałby Polskę 6 euro. W tej kwocie zawarte są koszty wprowadzenia instalacji CCS do wychwytywania CO2 w energetyce i przemyśle (148 mld euro). Razem z obniżeniem zużycia energii w budynkach, transporcie, rolnictwie oraz w gospodarce odpadami pozwoliłoby to zredukować emisję o 63 proc. w porównaniu do 1990 r. Bez CCS wynik też może być świetny (ok. 55 proc.), a zamiast 6 euro kosztów na tonę CO2 wychodzi 26 euro na plus. Niskoemisyjne budynki pozwolą zaoszczędzić 143 mld euro, obniżenie zużycia paliwa w transporcie - 71 mld euro. Przemysł, gospodarka odpadami i rolnictwo mogą dać 37 mld euro oszczędności. Bilans to 83 mld euro na plusie. Autorzy nie ukrywają, że wdrożenie pakietu działań niskoemisyjnych miałoby początkowo negatywny wpływ na PKB. Inwestycje przyczyniłyby się jednak do zwiększenia poziomu PKB o 0,5 proc. w 2030 r. i o ponad 1 proc. w 2050 r.

Maciej Szczepaniuk

maciej.szczepaniuk@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.