Jak uratowano Starbucksa
Starbucks to jedna z największych legend biznesowych ostatniej dekady, a jej twórca Howard Schultz już dawno zapewnił sobie miejsce w panteonie amerykańskiej przedsiębiorczości w jednym szeregu z Henrym Fordem, Johnem D. Rockefellerem czy Steve’em Jobsem. Tym ciekawiej czyta się opowieść, jak z początkiem 2008 roku Schultz musi wrócić do zarządzania firmą, by pomóc jej w walce o przetrwanie.
Fakty wyglądają mniej więcej tak. Na przełomie lat 80. i 90. młody, ambitny biznesmen kupił działającą w Seattle małą sieć kawiarni Starbucks. Połączył ją ze własnym kawiarnianym start-upem, co dawało mu w sumie 11 sklepów. Zachował nazwę Starbucks, bo podobała mu się atmosfera tajemniczości i nawiązanie do jednej z postaci "Moby Dicka" Hermana Melville’a. Tym biznesmenem był pochodzący z nowojorskiego Brooklynu Howard Schultz, a jego model biznesowy był niezwykle ambitny. Polegał na nauczeniu Amerykanów delektowania się kawą. Chciał stworzyć sieć lokali, gdzie klienci nie tylko wleją w siebie niezbędną do przetrwania trudnego dnia porcję kofeiny, lecz także będą smakowali espresso, jak gdyby siedzieli w małej klimatycznej knajpce w Rzymie czy Weronie. Plan Schultza wypalił. Dziś jego firma ma prawie 20 tys. kawiarni w 60 krajach świata. Nawet w takich, których nie trzeba było uczyć picia kawy. Starbucks stał się globalnym brandem, a Schultz jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce.
Na przełomie 2007 i 2008 roku po ponad dekadzie bardzo szybkiego rozwoju gigant z Seattle zaczął jednak dostawać zadyszki. Wzrost stawał się coraz bardziej mizerny, a wkrótce razem z całą amerykańską gospodarką Starbucks osunął się w recesję i zaczął przynosić straty. I to właśnie tutaj zaczyna się akcja książki i opowieść Schultza, który po siedmiu latach przerwy wraca do bieżącego zarządzania firmą w roli CEO.
Narrację Schultza należy czytać ostrożnie - tak jak wspomnienia polityków, którzy od środka opisują przebieg rządowego kryzysu. Z opowieści szefa Starbucksa wyłania się obraz super-Schultza, który w półtora roku wyprowadza (oczywiście przy pomocy wielu wspaniałych współpracowników) firmę na prostą i zapewnia jej wzrost, jakiego w historii jeszcze nie było. Schultz i jego ludzie robią w tym czasie rzeczy nieszablonowe, w które nikt inny nie wierzy, i zazwyczaj na koniec to oni mają rację. Wszystko to ocieka charakterystycznym dla korporacyjnej Ameryki patosem.
Jeśli czytelnik zawczasu uzbroi się wobec "Starbucksa" w zdrowy krytyczny dystans, szybko zauważy, że książka ma wiele niezaprzeczalnych zalet. Pokazuje, przy pomocy jakich metod Schultz zmaga się z wyzwaniami drugiej fazy rozwoju firmy. Gdy po początkowym sukcesie pojawiają się takie problemy, jak osiadanie na laurach, rosnąca awersja do ryzyka czy przyzwyczajenie inwestorów do wysokiego tempa wzrostu. Uczy też, jak skutecznie komunikować załodze głębokie zmiany związane z każdą restrukturyzacją.
Wyłaniający się na koniec Schultzowski przepis na sukces nie jest może aż tak rewolucyjny, jak sugeruje w podtytule polski wydawca. W dużej mierze opiera się na mieszance ideowej konsekwencji (w odniesieniu do utrzymania za wszelką cenę wartości firmy) i instytucjonalnych innowacji. Ale jest bez wątpienia ciekawą i pouczającą spójną całością.
@RY1@i02/2012/049/i02.2012.049.186001200.802.jpg@RY2@
Howard Schultz (z Joanne Gordon), "Starbucks. Sztuka wyciągania wniosków z porażek, czyli rewolucyjny przepis Schultza na wielki sukces", Znak, Kraków 2012
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu