Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Nie należy się spodziewać szybkiego ożywienia gospodarczego

Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Ekonomiści trafnie identyfikują siły wpływające na gospodarkę, choć określenie czasu ich wystąpienia nie idzie im już tak dobrze. Dynamika zjawisk jest jednak w dużym stopniu taka, jak oczekiwano. W 2009 roku w USA nadal będą dominować tendencje spadkowe, co będzie miało poważne konsekwencje dla świata jako całości.

Amerykański eksport zaczyna już maleć. Zgodnie z oczekiwaniami, spadają wydatki konsumentów. Wraz z obniżaniem się cen domów i akcji następuje ogromne, liczone w bilionach dolarów, zmniejszenie wartości majątku (tej postrzeganej). Poza tym większość Amerykanów żyła ponad stan, posługując się wywindowaną wartością swoich domów jako zabezpieczeniem zaciąganych pożyczek. Ta gra już się skończyła.

Stany Zjednoczone stanęłyby wobec tych problemów nawet wówczas, gdyby nie musiały się jednocześnie zmagać z kryzysem finansowym. Gospodarka amerykańska była sztucznie napędzana za pomocą zapożyczania się; dziś następuje bolesny proces jej oddłużania. Właśnie nadmierna skala tego zjawiska - w połączeniu z dużą skalą niespłacalnych długów oraz skutkami inwestowania w ryzykowne instrumenty pochodne - wywołała zamrożenie rynków kredytowych. Skoro bowiem banki nie wiedzą, co znajduje się w ich własnych bilansach, trudno od nich oczekiwać, żeby miały zaufanie do bilansów innych uczestników rynku.

Administracja Busha nie dostrzegała nadchodzących problemów, w momencie ich pojawiania się zaprzeczała, iż rzeczywiście są to problemy, potem minimalizowała ich znaczenie, a w końcu wpadała w panikę. Ponieważ kierowała się wskazaniami jednego z architektów tych problemów, Hanka Paulsona - który był orędownikiem deregulacji i zezwolenia bankom na zapożyczanie się na jeszcze większą skalę - nie stanowił zaskoczenia fakt, iż co chwila zmieniała ona kierunek polityki, udzielając z absolutnym przekonaniem wsparcia jakiejś strategii, którą tuż potem zastępowano inną. Jeśli nawet rzeczywiście chodziło w tym raczej o podtrzymanie nastrojów, to i tak gospodarka tonęła.

Co więcej, te niewielkie w sumie podejmowane działania skierowane były na podtrzymanie systemu finansowego. Tymczasem kryzys finansowy to tylko jeden z kilku dotykających USA kryzysów: najistotniejsze dla kraju problemy makroekonomiczne nasiliły się wskutek załamania się gospodarczej pomyślności biedniejszej połowy mieszkańców. Ci, którzy chętnie wydawaliby pieniądze, nie mają ich, a ci, którzy je mają, nie przeznaczają ich na wydatki.

Poza tym Stany Zjednoczone i świat mają do czynienia z problemem strukturalnym o zasadniczym znaczeniu, który nie różni się zbytnio od wyzwania, jakie pojawiło się na początku XX w., kiedy to wzrost wydajności w rolnictwie sprawił, że coraz mniejsza część ludności mogła liczyć na znalezienie pracy w tej branży. Wzrost wydajności w przemyśle jest dziś bardziej nawet imponujący niż sto lat temu w rolnictwie; oznacza to jednak, że konieczne są dostosowania na skalę większą niż wówczas.

Nie tak dawno temu trwały dyskusje o niebezpieczeństwach, wiążących się z nieskoordynowanym procesem wyrównywania się występujących w wielu dziedzinach i w skali globalnej ogromnej nierównowagi gospodarczej. Dziś jesteśmy świadkami dokonywania się tego procesu. Jednocześnie jednak zachodzą mające równie zasadnicze znaczenie zmiany w globalnym układzie potęg gospodarczych: płynnymi zasobami gotówki, które mogą pomóc w uratowaniu gospodarki światowej, dysponują dziś Azja i Bliski Wschód, a nie kraje Zachodu. Instytucje globalne nie odzwierciedlają jednak tej nowej rzeczywistości.

Globalizacja oznacza, że w coraz większym stopniu stajemy się wzajemnie współzależni. Jeśli największa gospodarka świata przeżywa okres długiego i głębokiego spowolnienia, nie da się uniknąć globalnych reperkusji tego faktu. Od dawna dowodziłem, że przekonanie o istnieniu zjawiska takiego jak odłączenie (ang. decoupling: teza, iż wzrost krajów rozwijających się następuje w oderwaniu od sytuacji w krajach rozwiniętych - przyp. tłum.) to mit: dziś pojawia się coraz więcej dowodów potwierdzających ten pogląd. Jest tak głównie dlatego, że USA eksportują nie tylko recesję, ale także ich zawodną filozofię regulacyjną oraz toksyczne kredyty mieszkaniowe, toteż instytucje finansowe w Europie i w innych regionach mają dziś do czynienia z wieloma podobnymi problemami.

Wiele krajów rozwijających się bardzo skorzystało na ostatnim boomie - poprzez przepływy finansowe, eksport i wysokie ceny surowców. Obecnie jednak następuje odwrócenie wszystkich tych tendencji. Jak na ironię - teraz pieniądze z biednych i dobrze rządzonych krajów płyną do USA, które są przecież źródłem globalnych problemów.

Przytaczam wyzwania stojące przed światem, by wykazać, że nawet jeśli Barack Obama i inni światowi przywódcy zrobią wszystko, co powinni, to i tak zarówno gospodarka USA, jak i gospodarka światowa nie unikną trudnego okresu. Problemem jest przy tym nie tylko to, jak długo potrwa recesja, ale i to, jaki będzie kształt wyłaniającej się z tej recesji gospodarki.

Czy powróci ona do szybkiego wzrostu, czy też będzie to anemiczne ożywienie, takie jak w Japonii w latach 90. XX wieku? W obecnych warunkach głosowałbym za drugą z tych możliwości, zwłaszcza że duże obciążenie długami prawdopodobnie zmniejszy chęć posłużenia się potrzebnym obecnie impulsem fiskalnym na znaczną skalę. Bez tego impulsu (w skali przekraczającej 2 proc. produktu krajowego brutto) będziemy mieć do czynienia z niebezpieczną, zwężającą się spiralą: słabość gospodarki będzie prowadzić do większej liczby bankructw, co sprawi, że ceny akcji będą szły w dół, a stopy procentowe - w górę, powodując pogorszenie nastrojów konsumentów i osłabienie pozycji banków. W efekcie nastąpi kolejne zmniejszenie zarówno konsumpcji, jak i inwestycji.

Wielu finansistów z Wall Street po otrzymaniu solidnego zastrzyku gotówki powraca do dawnej religii niskiego deficytu. Warto zwrócić uwagę, że - udowodniwszy swój brak kompetencji - nadal są oni w pewnych sferach szanowani. Bardziej niż skala deficytu liczy się jednak to, co robimy z pieniędzmi: pożyczanie ich na sfinansowanie wysokowydajnych inwestycji w edukację, rozwój techniki czy infrastrukturę umacnia bilans kraju.

Finansiści będą jednak nalegać na ostrożność, mówiąc: zobaczmy, co się dzieje z gospodarką, i jeśli potrzebuje ona więcej pieniędzy, to jej damy. Ale firma zmuszona do bankructwa w momencie zmiany tendencji nie przestaje być bankrutem. Te szkody mają długotrwały wymiar.

Jeśli prezydent Obama zadziała zgodnie ze swoim przekonaniem i będzie przykładać większą wagę do tego, co dzieje się na głównych ulicach amerykańskich miast niż do wydarzeń na Wall Street, a także jeśli będzie postępować śmiało, to jest możliwość, że w końcu 2009 roku gospodarka zacznie wychodzić z załamania. Jeśli nowy prezydent tak nie postąpi, krótkoterminowe perspektywy dla USA i całego świata mogą się ukształtować marnie.

55766e83-59a1-45d6-8517-c84af3909174-38880214.jpg

Fot. Bloomberg

Joseph E. Stiglitz- profesor ekonomii w Columbia University, laureat ekonomicznej Narody Nobla w 2001 roku

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.