Król: Polskie drogi, żmudne, trudne
Mieszkam na granicy wielkich lasów, półtora kilometra od centrum dużej gminnej wsi, w której jest sześć sklepów, poczta, apteka i ośrodek zdrowia z trzema lekarzami. Od pewnego czasu z tej wsi nie można nigdzie wyjechać, jeżeli nie ma się własnego samochodu, bo państwowe instytucje wstrzymały komunikację, a prywatny bus jeździ, tylko gdy w pobliskim mieście (11 kilometrów) czynne są szkoły – a teraz są wakacje. Można naturalnie rowerem, ale przy minus dziesięciu stopniach nie polecam. Do lekarza specjalisty, na większe zakupy lub – o zgrozo – w celach rozrywkowych wyjechać ze wsi się nie da. A bo i po co ludzie mają się szwendać, niech lepiej siedzą w domu. Podobnie przecież było przed wojną, jak opowiada leciwa sąsiadka, która z sześcioma jajkami szła piechotą, boso na targ do miasta, by po ich sprzedaniu nabyć sól, naftę i zapałki. I co, źle jej było?