Szeryf Joe, czyli sąd sądem, a sprawiedliwość musi być...
Joe Arpaio wygląda jakby żywcem wyjęty z filmu klasy B
z lat 80. XX w. – niemłody, na pozór jowialny pan, a w rzeczywistości
wszechwładny i bezwzględny szeryf, w którego szpony wpadają główni
bohaterowie, najczęściej nastolatkowie trafiający do jego miasteczka
przejazdem. Popełniają jakieś tam drobne wykroczenie – źle parkują czy
przewracają kosz na śmieci – i lądują w areszcie, gdzie szybko się
orientują, że na sprawiedliwość nie mają co liczyć, a próby ucieczki
zajmują im następne pięć kwadransów. Niestety podobieństwo Arpaio do
tych szwarccharakterów nie jest tylko fizyczne. Były już (dziś 85-letni)
szeryf Maricopy w stanie Arizona naprawdę wsadzał ludzi za nic lub za
prawie nic. W odróżnieniu od swoich filmowych poprzedników nie musiał
sam aresztować podejrzanych ani nie ograniczał się do dwóch, trzech
zastraszonych lub bezmyślnych policjantów. Zorganizował cały mikrosystem
(mikro, bo działający tylko na podległym mu terenie, ale efekty mogą
się okazać makro) ze specjalnymi oddziałami, których funkcjonariusze
mieli tylko jedno zadanie: zatrzymać jak najwięcej ludzi. Nie
jakichkolwiek jednak.