Dziennik Gazeta Prawana logo

Szeryf Joe, czyli sąd sądem, a sprawiedliwość musi być...

26 września 2017

Joe Arpaio wygląda jakby żywcem wyjęty z filmu klasy B z lat 80. XX w. - niemłody, na pozór jowialny pan, a w rzeczywistości wszechwładny i bezwzględny szeryf, w którego szpony wpadają główni bohaterowie, najczęściej nastolatkowie trafiający do jego miasteczka przejazdem. Popełniają jakieś tam drobne wykroczenie - źle parkują czy przewracają kosz na śmieci - i lądują w areszcie, gdzie szybko się orientują, że na sprawiedliwość nie mają co liczyć, a próby ucieczki zajmują im następne pięć kwadransów. Niestety podobieństwo Arpaio do tych szwarccharakterów nie jest tylko fizyczne. Były już (dziś 85-letni) szeryf Maricopy w stanie Arizona naprawdę wsadzał ludzi za nic lub za prawie nic. W odróżnieniu od swoich filmowych poprzedników nie musiał sam aresztować podejrzanych ani nie ograniczał się do dwóch, trzech zastraszonych lub bezmyślnych policjantów. Zorganizował cały mikrosystem (mikro, bo działający tylko na podległym mu terenie, ale efekty mogą się okazać makro) ze specjalnymi oddziałami, których funkcjonariusze mieli tylko jedno zadanie: zatrzymać jak najwięcej ludzi. Nie jakichkolwiek jednak.

Pozostało 91% treści
Nie pozwól, by umknęło Ci to, co najważniejsze.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.

Możesz anulować w dowolnym momencie.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.