Bóg opuścił Mariupol
Do szaleństwa chcę do domu, do tego martwego, strasznego miasta. Nie rozumiem, dlaczego je porzuciłam i wyjechałam. Miasto mordują, a ja nie mogę go obronić
24 lutego
Ania z Odessy, Alona z Kramatorska, Natasza z Charkowa, Hala z Irpienia. Położyłyśmy się spać w niespokojnym, ale stosunkowo pokojowym życiu, a obudziła nas wojna. Nieważne, co nam się śniło minutę przed przebudzeniem. Najważniejsze było to natychmiastowe przejście, jeszcze przed świtem, od planów i nadziei w otchłań strachu i rozpaczy. Wybuchy słyszałam jeszcze przez sen. Stało się jasne, że zaczęło się coś strasznego. I rozrastało się aż po samo niebo, skąd niczym kwaśny deszcz leciała żelazna śmierć. Rano, gdy bratowa ubierała moich małych bratanków, słychać było ostrzał. Dzieci bały się i próbowały marudzić. Siedziały w przedpokoju na stołkach, w kurtkach i czapkach, z ogromnymi torbami w rękach. U ich nóg leżał najlepszy na świecie pies, który też się bardzo bał. Wszyscy wyszli z ogromnego bloku i poszli do piwnicy domu jednorodzinnego. Tam było bezpieczniej. My śledziliśmy wiadomości i cieszyliśmy się z każdego zwycięstwa naszych żołnierzy. Myślami próbowaliśmy pomóc najlepszemu wojsku na świecie. Rozmawialiśmy na otwartej grupie. „Charków, co u was? Odessa, Kramatorsk, Siewierodonieck, Chersoń, Mariupol?”. Baliśmy się i boimy, ale radzimy sobie ze strachem i odrzucamy go daleko w kosmos, w czarną dziurę. Tak samo wyrzucimy z naszej ziemi okupantów. Nawet sobie nie wyobrażają, ile mamy siły.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.