Islandia nie spłaci swoich długów. Nawet za cenę członkostwa w Unii
Referendum zostało okrzyknięte ludową rewoltą malutkiego wyspiarskiego narodu przeciwko wszechpotężnym międzynarodowym wierzycielom.
Jednak gdy Islandia głosowała w sobotę w sprawie spłaty długu wobec Wielkiej Brytanii i Holandii (wynoszącego 3,8 mld euro), wielu ciężko było zdecydować się, czy w ogóle warto brać udział w plebiscycie.
- Ludzie nie do końca wiedzą, jaki będzie przekaz rezultatu referendum w zależności od tego, czy zagłosują "tak" czy "nie" - mówi Fanney Ellerfsdottir, menedżer z Rejkiawiku.
Gra toczy się tu nie tylko o relacje z dwoma ważnymi europejskimi partnerami, ale także o kluczową pomoc gospodarczą z MFW i o wniosek Rejkiawiku o członkostwo w UE. Wszystko to mogłoby być zagrożone w przypadku niepowodzenia prób rozwiązania sporu.
Wydaje się więc, że Islandia stoi w obliczu wyboru - spłacenie swoich długów lub izolacja na arenie międzynarodowej.
W rzeczywistości cała sytuacja nie jest aż tak oczywista. Islandczycy głosowali nad planem spłaty uzgodnionym w zeszłym roku z brytyjskim i holenderskim rządem, który został przegłosowany w grudniu zeszłego roku minimalną większością głosów przez islandzki parlament. Badania opinii publicznej pokazują, że ponad trzy czwarte mieszkańców kraju jest przeciwnych tej ustawie choćby przez rozgoryczenie, że to podatnicy proszeni są o pokrycie kosztów pomyłek lekkomyślnych bankierów i luźnych regulacji.
Nawet jednak ci, którzy z początku popierali ustawę, teraz już się tak do tego nie palą, bowiem Wielka Brytania i Holandia zaoferowały Islandii lepsze warunki, by w końcu osiągnąć kompromis.
Negocjacje zostały wprawdzie w piątek przerwane po trzech tygodniach spotkań odbywających się Londynie, lecz Rejkiawik zapewniał, że umowa zostanie zawarta i że ma nadzieję na wznowienie rozmów jeszcze w tym tygodniu.
Islandzki rząd starał się umniejszyć znaczenie głosowania, doskonale sobie zdając sprawę z komplikacji, jakie negatywny wynik referendum przyniesie pozycji międzynarodowej państwa.
- To referendum tak naprawdę nie ma większego znaczenia - komentowała Johanna Sigurdardottir, premier Islandii. - Bardzo mi przykro, że pierwsze referendum w historii Islandii ma miejsce w sytuacji, gdy ustawa do niczego się nie przyda, ponieważ mamy na stole lepszą ofertę - dodała.
Partie opozycyjne robiły z kolei wszystko, by frekwencja była jak najwyższa, twierdząc, że wyrażenie powszechnego sprzeciwu wzmocniłoby pozycję negocjacyjną Islandii.
Podczas gdy wielu Islandczyków sprzeciwia się płaceniu czegokolwiek ponad to, co Wielka Brytania i Holandia mogą uzyskać z majątku upadłego banku, rząd zapewnia, że wciąż gwarantuje wypłatę pełnej kwoty.- Tu nie chodzi o to, czy Islandia zapłaci, ale ile zapłaci i w jaki sposób - mówi Gylfi Magnusson, minister gospodarki.
Teraz gdy Islandia stara się odbudować zrujnowaną gospodarkę, problem Icesave może stać się przyczynkiem do szerszej debaty na temat tego, jak dokładnie powinien wyglądać kraj po podniesieniu się z gruzów. Rząd postrzega umowę jako kluczowy element w procesie odzyskiwania zaufania międzynarodowych rynków finansowych. I jako ważny krok na drodze do wstąpienia do UE.
@RY1@i02/2010/046/i02.2010.046.000.010a.001.jpg@RY2@
Fot. Reuter/ Forum
Przeciw spłacaniu 3,8 mld euro opowiedziało się 93 proc. Islandczyków przy ponad 50-proc. frekwencji
Finacial Times korespondencja z Rejkiawiku
© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu