Zegar tyka nieuchronnie
„Dlaczego izraelski kontratak nie uderza w siedzibę VEVAK (irańskich służb specjalnych)? Bo byłoby narażonych zbyt wielu ludzi pracujących dla Izraela” – ten żart, coraz popularniejszy w środowisku, sygnalizuje istotne powody, dla których Teheran – w przeciwieństwie do Jerozolimy – nie pali się do realnej eskalacji bliskowschodniego konfliktu.
Oczywiście są też świadomość militarnej przewagi przeciwnika (zwłaszcza gdyby w walki mocniej zaangażowały się USA) czy presja Chin (którym pełnoskalowa wojna zrujnowałaby łańcuchy dostaw i żmudnie tkane w regionie sieci zależności dyplomatycznych). Być może jeszcze ważniejszy jest brak pewności co do tego, który z generałów po cichu pracuje na dwa fronty, a przynajmniej ma w swoim otoczeniu izraelskich informatorów. Ostatnie wydarzenia wskazują zaś, że skala infiltracji jest wyjątkowo duża – i dotyczy nie tylko struktur osi oporu, w tym Hezbollahu, lecz także bezpośrednio kluczowych instytucji irańskiego państwa.
Teheran stoi więc przed fatalnym dylematem. Z jednej strony jego autorytet jako silnego gracza wali się w gruzy. Z drugiej – próba odpowiedzi na działania Izraela adekwatnej do ich skali byłaby samobójcza. Ajatollahowie samobójcami nie są, próbują więc lawirować przy pomocy kolejnych tromtadrackich oświadczeń, stosują kryzysowe public relations, mające przykryć wywiadowczą porażkę. Temu zapewne służą spóźnione przecieki do światowych mediów, że Najwyższy Przywódca miał jakoby ostrzegać szefa Hezbollahu przez planowanym atakiem i namawiać go do ewakuacji z Libanu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.