USA chcą ograniczyć swobodę Irańczyków w Dubaju
USA prowadzą wśród członków Rady Bezpieczeństwa ONZ głośną kampanię na rzecz nałożenia na Iran nowych sankcji. Jednocześnie po cichu próbują zjednać sobie znacznie mniejszego - lecz nie mniej ważnego - sojusznika: władze Dubaju.
Współpraca tego emiratu z USA mogłaby nie tylko ukrócić proceder omijania sankcji przez Teheran, ale też zadać bolesny cios całej irańskiej gospodarce.
W ostatnich dziesięciu latach przez port w Dubaju przerzucano do Iranu elementy instalacji nuklearnych, części do samolotów wojskowych, a także amerykańskie komputery i papierosy - omijając zarówno sankcje ONZ, jak i te, które osobno Biały Dom nałożył na Teheran. Tylko wartość towarów z USA wwożonych nielegalnie do Iranu może sięgać 250 mln dol. rocznie.
Nic więc dziwnego, że obojętność władz emiratu na ten proceder budzi niepokój Waszyngtonu. - W ciągu ostatnich dwóch lat byłem w Dubaju 12 razy w tej sprawie - przyznaje na łamach magazynu "Time" Stuart Levey, podsekretarz skarbu ds. terroryzmu i wywiadu finansowego. - I muszę powiedzieć, że Emiraty naprawdę zastanawiają się nad naszymi zarzutami. Doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka dla ich reputacji, wynikającego z układów z Teheranem, i traktują problem poważnie - dodaje.
Tyle że dla borykającego się z nadmiernymi wydatkami na gigantyczne projekty infrastrukturalne Dubaju Irańczycy są zbyt cenni, by ich odstraszać. W emiracie mieszka około pół miliona Irańczyków, którzy stworzyli tam już prawie osiem tysięcy spółek (w 2006 r. było ich jedynie 3 tys.). To przede wszystkim dzięki nim wartość kontaktów handlowych między oboma państwami sięgnęła w ubiegłym roku 12 mld dol. (według danych irańskiej ambasady w Abu Zabi może to być nawet 15 mld). To trzy razy więcej niż trzy lata wcześniej. Tutaj inwestują i pracują nie tylko członkowie rodziny byłego prezydenta i do dziś jednego z najważniejszych polityków w Iranie, Alego Akbara Haszemiego Rafsandżaniego, ale też tysiące prostych robotników zatrudnianych na dubajskich placach budów czy w sklepach spożywczych. To dla nich stworzono około trzystu cotygodniowych połączeń lotniczych - z Dubaju do największych miast Iranu.
Z kolei dla Amerykanów zamknięcie tego okna na świat, jakim dla Irańczyków jest Dubaj, stało się dziś priorytetem. Jednak wywierana przez nich presja przynosi ograniczone rezultaty. - W pełni stosujemy się do wymogów stawianych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ - mówi nam Mustafa Alani, analityk ds. bezpieczeństwa z Centrum Badań nad Zatoką Perską. - USA dotąd nie przedstawiły konkretnych dowodów na omijanie sankcji ONZ w ramach kontaktów handlowych, jakie Dubaj ma z Teheranem. W chwili gdy tak się stanie albo gdy ONZ nałoży kolejne sankcje na Iran, władze emiratu w pełni się do nich zastosują - zastrzega.
Tymczasem irańscy biznesmeni mieszkający w Dubaju już dziś skarżą się na utrudnienia, jakie napotykają na każdym kroku. Zwłaszcza uzyskanie przez nich kredytu graniczy dziś z niemożliwością: pierwsze zaczęły ich odmawiać banki europejskie, potem miejscowe, wreszcie największe azjatyckie. Dziś pozostają jedynie np. chińskie banki, takie jak Agricultural Bank of China, oraz te, które nie prowadzą żadnych interesów z USA. Ale i tych jest coraz mniej, żądają też one coraz wyższych odsetek. Wraz z kolejnym pakietem sankcji, nad jakim wkrótce ma obradować Rada Bezpieczeństwa ONZ, również i te mogą zerwać współpracę. Wtedy okno na świat zostanie całkowicie zamknięte, a Iran może stać się drugą Koreą Północną: odciętym od świata skansenem. Pytanie tylko, czy tak będzie dla reszty świata lepiej.
Mariusz Janik
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu