Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bliski Wschód

Wszyscy jesteśmy zakazani

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Kair widziany zza przykurzonych szyb taksówki. Książka Chalida al-Chamisiego to wyjątkowe spojrzenie za kulisy lutowej egipskiej rewolucji

Idzie facet po pustyni, znajduje lampę Aladyna i pociera. Wychodzi dżinn i mówi: "Spełnię jedno twoje życzenie". Facet nie wierzy własnym oczom. Prosi dżinna o milion funtów. Dżinn daje mu pół miliona. "A gdzie druga połowa?" - pyta facet. - "Chcesz mnie wykiwać, co?". A dżinn odpowiada: "Mam lampę z rządem na spółkę fifty-fifty".

To jeden z żartów, jakimi w rozmowach raczą Chalida al-Chamisiego kairscy taksówkarze. Tych żartów są w "Taxi" dziesiątki: o rządzie, o przekrętach, o znanych Egipcjanach, o viagrze... Łączy je jedno: to wisielczy humor przegranych ludzi. Olbrzymia większość taksówkarzy, którzy wożą autora po ulicach egipskiej stolicy, to ludzie złamani życiem, egzystujący na krawędzi nędzy, niemal wyłącznie dzięki pożyczkom, naciąganiu klientów i zabawie w ciuciubabkę ze skorumpowaną i bezlitosną policją.

Reportaż al-Chamisiego jest wyjątkowym spojrzeniem za kulisy lutowej egipskiej rewolucji. Choć książka powstawała w latach 2005 - 2006, to właśnie owe frustracje, z których zwierzają się anonimowi bohaterowie "Taxi", wyprowadziły na ulice egipskich miast miliony ludzi - wściekłych i zdeterminowanych jak jeden z rozmówców al-Chamisiego, który musiał odnowić prawo jazdy. Jego opowieść o tygodniu spędzonym w korytarzach rozmaitych urzędów i komisariatów ma w sobie coś z dusznej i beznadziejnej atmosfery Kafki czy Orwella.

Ale w Egipcie nie trzeba iść do urzędu, żeby poczuć na własnej skórze wszechwładzę urzędników i skorumpowanych elit kraju. Kairscy taksówkarze ze wzburzeniem wspominają otwarcie rynku w swojej branży połączone z wymogiem obligatoryjnego zamontowania taksometrów - tak się składa, że sprowadzanych i instalowanych wyłącznie przez biznesmena bliskiego rządowi Hosniego Mubaraka. Złoty interes, tym bardziej że w samym Kairze jeździ 80 tysięcy taksówek!

Albo weźmy pasy bezpieczeństwa - przez lata uznawane w Egipcie za element luksusowego wyposażenia auta i obłożone z tego względu państwowym podatkiem. Taksówkarze - którzy wcześniej, sprowadzając nowe auta, wymontowywali lub wycinali je dla oszczędności - dowiedzieli się, że teraz muszą je z powrotem zainstalować. Stosowną instalację oferuje, oczywiście, jedna z zaprzyjaźnionych firm...

"Taxi" to dokument niezwykłego momentu w historii Egiptu - takiego, który można ewentualnie porównać do pierwszych lat dzikiego kapitalizmu w Polsce lub Rosji w pierwszej połowie lat 90. - Od 2004 roku ten kraj rzucił się na głębokie wody liberalizacji gospodarczej i globalizacji. I od tej chwili mieliśmy w Egipcie serię korupcyjnych skandali, jeden za drugim - mówił niedawno w rozmowie z "DGP" znany polski orientalista, prof. Jerzy Zdanowski. - Patrzyłem niedawno na spis udziałowców egipskiej Coca-Coli. Generał. Minister. Wiceminister... Doszło do tego, że główny udziałowiec koncernu stalowego pod Kairem, który kupił akcje za tak zwany psi grosz, w końcu został ministrem w rządzie - dodawał.

"Ręce wolnego rynku" w Egipcie były nie tylko doskonale widzialne, ale też bezkarne. Świadczy o tym choćby historia Mamduha Ismaila - właściciela promu, który w lutym 2006 roku przewrócił się podczas rejsu przez Morze Czerwone. Utonęło wówczas około tysiąca ludzi, a sprawa była na ustach całego świata. Prom był prawdopodobnie przeładowany, pływał bez potrzebnych zezwoleń - ale rzutki biznesmen był kryty. Jako aktywny polityk, członek parlamentu, niemal natychmiast po katastrofie obiecał rodzinom ofiar wypłatę odszkodowań (do dziś dostali je nieliczni), a w decydującym momencie dał nogę z kraju. Bohaterowie "Taxi" nie mają wątpliwości: mógł sobie na to pozwolić, bo ofiarą jego armatorskich przekrętów i zaniedbań padli wyłącznie biedacy - Egipcjanie, którzy za pracą wywędrowali do krajów Zatoki Perskiej i dla oszczędności podróżowali drogą morską. W 2009 roku egipski sąd skazał go co prawda na siedem lat więzienia, ale Ismail wciąż cieszy się wolnością - najprawdopodobniej w którymś z krajów europejskich.

To poczucie bezkarności było zresztą charakterystyczną cechą reżimu Hosniego Mubaraka. Sam prezydent, pytany wkrótce po dojściu do władzy w 1981 roku o to, czy czegoś się boi, odparł lakonicznie: "Niczego". Zła odpowiedź. Nie uszła uwagi rodaków - prawowiernemu muzułmaninowi wypada być, a jakże, odważnym, ale Allaha powinien się jednak bać.

Tymczasem egipskie władze czuły się pewnie. Ostatnie wielkie protesty społeczne miały miejsce w Egipcie u schyłku lat 70. Mubarak przez niemal trzy dekady utrzymywał w kraju stan wyjątkowy. Socjalistyczną fikcję podtrzymywał, aranżując gigantyczne transfery społeczne, sztucznie utrzymując niskie ceny żywności czy też niskie czynsze. Od modelu centralnego sterowania odchodzono powoli i niechętnie.

Ale w ten sposób rodziło się też państwo paradoksów. W 1987 roku przeciętna płaca nauczyciela w szkole podstawowej wynosiła około 54 funtów. Tymczasem służący w domu kairskich bogaczy zarabiał cztery razy tyle. Efekt? Państwo udaje, że płaci, a nauczyciele udają, że uczą. Praktycznie wszyscy rozmówcy al-Chamisiego są zmuszeni wysyłać swoje dzieci na dodatkowo płatne korepetycje. A po skończeniu szkół czy studiów ta wyedukowana wspólnym wysiłkiem finansowym całej rodziny młodzież trafia na rynek, na którym nie ma miejsc pracy.

Dlatego też lutowa rebelia w Egipcie nie była przewrotem najbiedniejszych. Była rewolucją pozbawionej perspektyw, wynędzniałej klasy średniej. Jednym z jej najważniejszych, symbolicznych bohaterów był ledwie 30-letni Wael Ghonim, jeden z menedżerów egipskiego oddziału firmy Google, który przez pierwsze 12 dni demonstracji był przetrzymywany przez egipskie służby bezpieczeństwa pod zarzutem zdrady. Odzyskał wolność dzięki protestującym - i natychmiast znalazł się na placu Tahrir, wśród demonstrantów.

Wbrew temu, co można było usłyszeć w polskich i światowych mediach, Egipcjanom nie zależy zbytnio na demokracji. To dla większości z nich puste hasło, które nie ma zastosowania nawet w USA - w końcu w 2000 roku George W. Bush tak naprawdę przegrał wybory z Alem Goreem, a prezydentem został wskutek przekrętu. "Demokracja" - również dla kairskich taksówkarzy - to czołgi na ulicach Bagdadu. Czołgi, które przyniosły Irakijczykom jedynie zamęt, wojnę i krańcowe zubożenie.

To, czego zazdroszczą Zachodowi mieszkańcy Bliskiego Wschodu, to prawo. Przepisy, które obowiązują wszystkich, i sądy, które to prawo egzekwują. To funkcjonujące na jego bazie państwo, w którym urzędnicza samowola i łapówkarstwo są niedopuszczalne. - Znajdą milion sposobów, żeby człowieka przyskrzynić - mówi o policjantach jeden z rozmówców al-Chamisiego. - Nawet jak wszystko będzie bez zarzutu, ale nie spodoba im się czyjaś gęba, to od biedy mają jeszcze stan wyjątkowy. Do jakiego domu w Egipcie nie wejdą, to jak chcą, mogą nawyciągać rzeczy zakazanych do wyboru, do koloru, bo u nas prawo rozciągliwe jak guma. Powiem tak: my wszyscy jesteśmy zakazani - kwituje taksówkarz.

Ledwo kilkadziesiąt godzin po tym, jak generałowie zdjęli prezydenta Hosniego Mubaraka ze stanowiska, na pustoszejącym placu Tahrir pojawiły się setki policjantów. Przez poprzednie dwa tygodnie atakowali oni protestujących, bez wahania wypełniając rozkazy chyboczącego się reżimu. Teraz przyszli zademonstrować "solidarność z narodem". Ta absurdalna sytuacja ma jednak głębszy sens: demonstranci odnieśli jeszcze jedno zwycięstwo - przetrącili kręgosłup aroganckim "wrogom dnia codziennego". Dla egipskiej ulicy to zwycięstwo mogło być nawet ważniejsze od dymisji dyktatora.

@RY1@i02/2011/054/i02.2011.054.196.0037.001.jpg@RY2@

Chalid al-Chamisi

@RY1@i02/2011/054/i02.2011.054.196.0037.002.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/054/i02.2011.054.196.0037.003.jpg@RY2@

Uliczne zamieszki na ulicach Kairu w lutym tego roku

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.