Nawet Barack Obama nie dał rady Rio de Janeiro
Mało kto się spodziewał, że wybór miasta, które ma organizować IO w 2016 roku, może przysporzyć sporych problemów prezydentowi USA. A jednak. Barack Obama, który lobbował za Chicago, poniósł sromotną klęskę. Pokonał go prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva. Olimpiada odbędzie się w Rio de Janeiro.
Niedługo po tym, jak Międzynarodowy Komitet Olimpijski ogłosił swoją decyzję, "Washington Post" napisał, że to publiczne upokorzenie Obamy - prezydent najpotężniejszego państwa na świecie zmienił swoje plany, obrał kurs na Kopenhagę, gdzie obradował MKOl, aby swoją popularnością i prestiżem urzędu wspomóc kandydaturę rodzimego miasta. I wszystko na marne. Chicago okazało się słabsze od Tokio, Madrytu i Rio. Odpadło już w przedbiegach.
- Nie jestem zszokowany tym, że przegraliśmy, ale tym, że odpadliśmy już w pierwszej rundzie - powiedział chicagowski specjalista od marketingu sportowego Jeff Bail. W pierwszym głosowaniu Madryt otrzymał 28 głosów, Rio 26, Tokio 22, a Chicago tylko 18. W drugim najlepsze było brazylijskie miasto (46 głosów). Tokio odpadło. W ostatniej, trzeciej rundzie Rio otrzymało ponad dwa razy więcej głosów niż Madryt - 66 do 32.
Tak więc ani wpływy Obamy, ani urok osobisty jego żony nie pomogły. Amerykańscy komentatorzy śmieją się, że imprezy sportowe to coś, na czym politycy zawsze mogą coś ugrać. Niemal wszystkim się udaje. Tylko nie prezydentowi USA. - Nasz kraj potrzebuje prezydenta, który jest skupiony na kwestiach najważniejszych dla amerykańskich rodzin: bezrobociu, ochronie zdrowia czy wojnie w Iraku, a nie olimpiadzie - skrytykował Obamę prezes Narodowego Komitetu Partii Republikańskiej Michael Steele.
Nieco inaczej na całą sprawą patrzą Brazylijczycy. Dla nich sport jest równie ważny co największe problemy ich kraju - bezrobocie i przestępczość. Da Silva, choć poległ w walce z korupcją, już jest uznawany za co najmniej dobrego prezydenta tylko dlatego, że udało mu się ściągnąć do Brazylii igrzyska olimpijskie, a przede wszystkim piłkarskie mistrzostwa świata (2014 rok). "O tę imprezę walczył z ogromną pasją" - napisał "Washington Post". Z kolei brazylijska prasa śmieje się z Obamy. "Yes, we win" - ironizowali dziennikarze "Jornal do Brasil", parodiując słynne "Yes, we can" amerykańskiego prezydenta.
Walczyli również sami mieszkańcy Rio. W dniu, w którym MKOl miał ogłosić swoją decyzję, 30 tys. ludzi zebrało się na plaży Copacabana, aby na wielkim ekranie oglądać głosowanie. Dla gapiów zorganizowano specjalne trybuny, sprowadzono hektolitry piwa, kilkadziesiąt pudeł konfetti i kilka platform dla tych, którzy lubią sambę.
Przeciwnicy kandydatury Rio zwracali jednak uwagę, że sondaże, w których 90 proc. mieszkańców miasta jest za organizacją igrzysk, były źle przeprowadzone, a wielki entuzjazm na Copacabanie to tylko efekt niezłego marketingu (podobno specjalnie na tę okazję ściągnięto dzieci ze szkół). Faktem jest, że w zeszłym tygodniu brazylijski minister sportu Orlando Silva poprosił Kongres o kolejne 25 mln brazylijskich realów (15 mln dol.) na samą promocję (wtedy jeszcze) kandydatury.
Dla Rio IO to wielka sprawa. I wielka odpowiedzialność. Drugie co do wielkości miasto Brazylii z powodu problemów ekonomicznych musiało zrezygnować niedawno z organizacji mistrzostw świata w pływaniu. MKOl zwraca uwagę również na inne kwestie: przestępczość, brak aren sportowych i niedostateczną liczbę miejsc w hotelach. Dlaczego wobec tego działacze zrezygnowali z bezpieczniejszego Madrytu albo o wiele pewniejszego Chicago?
- Amerykanie nie zdają sobie sprawy, że MKOl prowadzi politykę niczym światowe mocarstwo. Tam jest więcej polityki niż w USA. I o to w tym wszystkim chodzi: o politykę - uważa historyk olimpizmu David Wallechinsky.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu