Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Węgierska rewolucja nabiera tempa

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Po nowej konstytucji, podatku bankowym i nacjonalizacji OFE rząd Viktora Orbana wysyła do parlamentu 40 ustaw wywracających do góry nogami filozofię działania państwa

Po roku radykalnych przemeblowań w państwie Viktor Orban szykuje się do drugiej fazy węgierskiej rewolucji. Najpierw narzucił podatek bankowy i daninę kryzysową od wielkich koncernów. Później zmienił prawo prasowe, wprowadził podatek liniowy i zamroził kurs franka szwajcarskiego, w którym są zadłużeni Węgrzy. Na koniec zmienił konstytucję. Teraz parlament w ekspresowym trybie będzie głosował nad 40 ustawami okołokonstytucyjnymi, które doprecyzują węgierski eksperyment. Do posłów trafi m.in. projekt prywatyzacji służby zdrowia, rozmontowania mundurówek i reformy administracyjnej. O ile po pierwszej fazie rewolucji Orban nadal cieszy się wysokim poparciem, drugi etap może pozbawić go popularności i władzy. Jest zbyt wiele bolesnych decyzji do podjęcia, by rozeszły się one po kościach.

Jeszcze przed głosowaniem ustaw - nazywanych w Budapeszcie fundamentalnymi - Węgrzy dokonują bilansu pierwszego roku rządów Orbana i jego partii Fidesz. Oceny są niejednoznaczne: od skrajnej krytyki ze strony wielkiego biznesu do peanów na cześć wielkiego reformatora. Sama ekipa Orbana ocenia siebie z umiarkowanym optymizmem. - Najważniejszy cel został osiągnięty: państwo po rządach postkomunistów było na skraju bankructwa. Wyprowadziliśmy je na prostą - mówi "DGP" wicepremier Tibor Navracsics. - Nie trafiliśmy do tej samej ligi co Grecja - dodaje Tamas Lanczi z ministerstwa sprawiedliwości i administracji państwowej.

Wielki biznes widzi sprawy zupełnie inaczej. Nigdy nie wybaczy Fideszowi kryzysowej daniny i podatku bankowego, które stały się orbanowskim złotym środkiem na wyjście z pętli zadłużenia. Nie chodzi nawet o sam pomysł ściągania pieniędzy, ale oprawę, w jakiej tego dokonano. - O podatku kryzysowym dowiedzieliśmy się późną jesienią, gdy planowaliśmy wydatki na przyszły rok. Informacja o tym, że od zysków musimy odliczyć 9,5 proc., spadła jak grom z nieba - mówi "DGP" Pauer Pal, szef firmy telekomunikacyjnej GTS Hungary. - Wbrew temu, co mówi rząd, nie jest tak, że nie chcemy się dokładać do wychodzenia z kryzysu. Problem polega na sposobie, w jaki potraktowano firmy. Bez konsultacji i bez zapowiedzi. Po prostu poinformowano nas, że musimy płacić więcej - zapewnia.

Bankowcy mają jeszcze więcej pretensji. Obiecano im, że podatek będzie tymczasowy, że będzie obowiązywał najdalej do 2012 roku. Wiosną rząd rozpoczął konsultacje z przedstawicielami największych instytucji finansowych, jednak już od początku było wiadomo, że będzie on obowiązywał znacznie dłużej, niż się spodziewano. Na razie mówi się o 2014 roku. Niewielu jednak wierzy, by po tej dacie został on zniesiony. - Nie przesadzajmy z narzekaniem bankowców. Po pierwsze wszystko z nimi konsultujemy. Po drugie to bogate firmy. Najwyżej dyrektorzy zarządów nie dostaną premii - odpowiada na krytykę jeden z architektów podatku bankowego Balazs Szepesi z ministerstwa gospodarki. W tej sprawie strategia rządu Orbana jest klarowna. Narzekanie bankowców szybko przycichło, np. austriacki Erste straszył, że wycofa się z Węgier do Polski, ale na groźbach się skończyło. W dodatku opodatkowanie finansistów jest popularne społecznie, bo są oni postrzegani jako jedno ze źródeł kryzysu. A ponadto pomysł podatku bankowego nie jest specyfiką węgierską, dyskutowała o nim grupa G8, wprowadzono go w mekce wolnego rynku - Wielkiej Brytanii.

Tak samo jak w przypadku daniny kryzysowej od zagranicznych koncernów podatek bankowy był majstersztykiem ekonomistów z ministerstwa gospodarki. Specjaliści z tego resortu doskonale orientowali się w tym, z kogo można ściągnąć pieniądze. Wiedzieli, że jeśli nałożą podatek np. na niemiecką fabrykę samochodów, przeniesie ona produkcję do rumuńskiej Timiszoary, gdzie koszty pracy są niższe, a daniny kryzysowej nie ma. W przypadku banków czy koncernów telekomunikacyjnych jest inaczej: operator sieci komórkowej nie rozmontuje infrastruktury, na którą wyłożył grube miliony, tak samo jak ubezpieczyciel nie powie z dnia na dzień klientom, że zamyka biznes, bo rząd jest zły. I właśnie dlatego rząd - jak mantrę powtarzający zdanie: "Byliśmy na skraju bankructwa. Musieliśmy działać" - uderzył po kieszeni banki i telekomy.

O ile decyzje z pierwszego etapu orbanomiki cieszyły się ogromnym uznaniem nad Balatonem, drugi nie będzie już tak prosty. Już dziś widać, że ustawy wysyłane do parlamentu naruszą interesy wielu grup społecznych: od mundurowych emerytów poprzez lekarzy, na nauczycielach akademickich kończąc.

Pierwszy przykład z brzegu. Ministerstwo sprawiedliwości i administracji napisało plan reformy szkolnictwa wyższego, którego założenia sprowadzają się do zmniejszenia liczby wyższych uczelni (likwidacja najsłabszych z nich) i połączenia reszty w duże ośrodki akademickie. Nie będą to zmiany kosmetyczne. Rząd zamierza pozostawić 14 z 27 wyższych uczelni. Nietrudno się domyślić, że nie każdy z pracowników akademickich pozostanie w zawodzie.

Nie chodzi zresztą tylko o oszczędności. - Od lat żadna węgierska politechnika czy uniwersytet nie przebiły się w międzynarodowych rankingach - mówi "DGP" sprzyjający Fideszowi prof. Andras Lanczi z Uniwersytetu Korwina w Budapeszcie. Przedstawiciele rządu przekonują, że należy powiedzieć sobie prawdę i pozbyć się najsłabszych. Równolegle do zmniejszanie liczby szkół wyższych rozbudowywane będą szkoły podstawowe (jako jedyny kraj w Europie Węgrzy zamierzają ustanowić wiek obowiązkowego kształcenia na poziomie 16 lat) oraz instytucje, które były w Polsce przed laty znane pod nazwą OHP, czyli ochotniczych hufców pracy.

Kolejny punkt zapalny to mundurówki. - Na Węgrzech mamy 40 tys. pracujących policjantów i 40 tys. policjantów na emeryturze. Ta druga grupa to ludzie poniżej 57. roku życia. Podobny problem dotyczy wojska. Nie stać nas na ich utrzymywanie - mówi "DGP" wicepremier Tibor Navracsics. Rozbijając system młodych emerytów, chce zaoszczędzić 500 bln forintów w ciągu trzech lat. Jego najbliżsi współpracownicy w nieoficjalnych rozmowach dodają, że liczą się z radykalnym spadkiem popularności rządu. Aż do przegranej w następnych wyborach.

Kolejna grupa, w którą uderzy nowa reforma Viktora Orbana, to urzędnicy państwowi. Przy okazji reformy samorządowej zostanie zlikwidowanych 20 z 40 agend rządowych.

W budapeszteńskich ministerstwach czuć zdenerwowanie. Od referenta po ministrów, wszyscy zdają sobie sprawę, iż wchodzą w trudny drugi rok rządów. Na każdym kroku można usłyszeć opinie, że dopiero teraz zaczną się prawdziwe debaty o tym, czy Orban jest już drugim Aleksandrem Łukaszenką, czy tylko kopiuje działania znanego z autorytarnych zapędów premiera Słowacji Vladimira Mecziara. Do tej pory miał jedynie wrogów w liberalnych elitach stolicy, wielkim biznesie i zachodnich mediach, których wpływ na opinię wyborców udawało się w miarę skutecznie pacyfikować. Teraz będzie trudniej. Bo premier nastąpi na odcisk zwykłemu Węgrowi.

@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.186.0007.001.jpg@RY2@

Fot. EAST NEWS

Premier Viktor Orban odpowiada na krytykę niemal zawsze w ten sam sposób: - Postkomuniści doprowadzili kraj na skraj bankructwa. Nam udało się Węgry uratować

Zbigniew Parafianowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.