Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Ludzie też są do kupienia

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 34 minuty

Średnio 90 dolarów - tyle dziś kosztuje człowiek. Produkt jest dostępny na całym świecie, także w Polsce. W obrocie znajduje się globalnie niemal 30 milionów sztuk tego towaru

Gdyby przeliczać na dzisiejsze pieniądze, przeciętny plantator z amerykańskiego Południa musiałby w 1850 r. zapłacić za niewolnika równowartość 40 tys. dol. Sam proces dostarczenia "towaru" był dosyć trudny: złapanie i przewiezienie przez Atlantyk zajmowało długie tygodnie, po czym pojmanych ludzi trzeba było jeszcze przetransportować na miejsce. Dziś sprawę załatwia się znacznie łatwiej i taniej - ofiary właściwie same pchają się w ręce handlarzy, a i cena jest niewysoka. 90 dol. od głowy - szacują eksperci organizacji Free the Slaves.

Jeszcze do niedawna, poza nielicznymi wyjątkami, trudne było również wskazanie i potępienie krajów, w których współczesne niewolnictwo jest powszechnie tolerowane. E. Benjamin Skinner, autor wydanej w Polsce kilka lat temu książki "Zbrodnia. Twarzą w twarz ze współczesnym niewolnictwem", opisuje wieloletnią batalię o potępienie Indii przez administrację Georgea W. Busha. Batalię nieudaną - ze względu na polityczne i gospodarcze znaczenie azjatyckiego mocarstwa. Biały Dom jak ognia unikał jakichkolwiek napomknięć o zbytniej tolerancji dla procederu. - Badaliśmy tę sprawę - miał z kolei odpowiedzieć nagabywany o skandal z niewolnikami w jednym z regionów subkontynentu indyjski minister pracy K. M. Sahni. - Nie znaleźliśmy nikogo zakutego w kajdany - skwitował. To Waszyngtonowi wystarczało.

W połowie października po raz pierwszy w historii dane o współczesnych niewolnikach uszeregowano w czarną listę. Według The Global Slavery Index 2013 na świecie żyje blisko 30 mln niewolników - a być może znacznie więcej, bo dane obejmują 162 spośród ponad 200 istniejących państw. W tym gronie Indie cieszą się niekwestionowanym pierwszeństwem: na subkontynencie żyje prawie połowa wszystkich niewolników świata - mniej więcej 14 mln. Drugie i trzecie miejsce w indeksie zajmują sąsiedzi Indii - Chiny i Pakistan. Liczba niewolników za Wielkim Murem szacowana jest na prawie 3 mln ludzi, w Pakistanie - na 2,1 mln. Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują Nigeria, Etiopia, Rosja, Tajlandia, Demokratyczna Republika Konga, Birma i Bangladesz. We wszystkich tych krajach doszukano się kilkusettysięcznych - od 350 do 700 tys. - grup osób zmuszanych do pracy, od prostytucji przez uprawę pól po pracę w przemyśle.

- Wiele rządów nie chce słuchać tego, co mamy do powiedzenia - komentuje Nick Grono, szef organizacji Walk Free Foundation, która opracowała indeks. Rzeczywiście w wielu krajach, również w Polsce, potraktowano ten ranking jako ciekawostkę z dalekiego, egzotycznego i brutalnego świata, niemającą nic wspólnego z realiami. A to duży błąd.

Dług nie do spłacenia

Droga wiedzie przez Rosję. Tam Wietnamczycy dostają się legalnie, ostatni odcinek trzeba już przemierzyć, przekraczając zieloną granicę. Tuż za nią transport prosto na miejsce: do Wólki Kosowskiej. Zostaje jeszcze dług. - 10 tys. dol. Miałem to odpracować - mówił reporterom tygodnika "Wprost" 30-letni Wietnamczyk, który wylądował w jednej z firm działających w tym niewielkim, położonym raptem 25 km od Warszawy miasteczku. - Jeśli nie płacisz, biorą się do twojej rodziny w Wietnamie - dodawał. On miał szczęście. Z 700-dolarowego zarobku na spłatę szło 500 dol. i po dwóch latach udało się zaspokoić żądania "wierzycieli". Ale już nieco starszy Wietnamczyk mógł o takim scenariuszu tylko pomarzyć. - Nie spłaciłem długu w terminie. Potem zaczął narastać. Dziś nie wiem, ile wynosi, wiem, że nie zdołam go spłacić nigdy - kwitował. Jemu z kolei udało się uciec.

Latem ubiegłego roku wybuchł inny jeszcze skandal. Dziennikarze z bydgoskiego oddziału "Gazety Wyborczej" dotarli do grupy piętnastu Wietnamczyków, którzy uciekli z jednej z miejscowych szwalni. Jak twierdzili, właściciel firmy osobiście pojechał do Wietnamu, by ich zatrudnić, jednak uśmiechy się skończyły, gdy tylko wylądowali w Bydgoszczy. Choć formalnie byli robotnikami "wypożyczonymi" do polskiego zakładu, szef zabrał im paszporty i telefony komórkowe. Z opowieści wynikało, że Wietnamczycy praktycznie zostali uwięzieni w zakładzie - pracowali po trzynaście godzin dziennie, z jedną przerwą na nieświeży posiłek, nie mogli opuszczać szwalni, dostęp do toalety był ograniczony. Najbardziej przepracowanym zdarzały się omdlenia, najbardziej zbuntowanym - uderzenie w twarz. Azjaci w końcu uciekli z zakładu, spuszczając się po wywieszonych przez okna prześcieradłach. Prokuratura wciąż próbuje konfrontować ich relacje z zeznaniami właściciela szwalni.

Koreańczycy z Północy pracujący w fatalnych warunkach w stoczniach na polskim Wybrzeżu i plantacjach nieopodal Warszawy, Bułgarki zmuszane do przydrożnej prostytucji, Polacy wywabiani np. do Szwecji, rzekomo do pracy, a na miejscu zmuszani do kradzieży w supermarketach - autorzy The Global Slavery Index doszukują się nad Wisłą przeszło 138 tys. współczesnych niewolników, dzięki czemu Polska zajmuje niechlubną 61. pozycję w zestawieniu. I choć nie jest to pierwszy dzwonek alarmowy, to tym razem brzmi on wyjątkowo głośno.

Jeszcze wiosną tego roku w raporcie GRETA - instytucji Rady Europy utworzonej do monitorowania przestrzegania konwencji przeciw handlowi ludźmi z 2010 r. - szacowano liczbę niewolników w Polsce na 1249 osób, w tym blisko setkę dzieci. Trzy czwarte z tej grupy to kobiety i dziewczęta zmuszane przede wszystkim do prostytucji, pracy, żebractwa. Co czwarta osoba to mężczyzna pracujący przymusowo w warunkach urągających jakimkolwiek standardom. W raporcie wytknięto Warszawie niechlujne stosowanie prawa, choćby przy rozpoznawaniu niewolnictwa w przypadku dzieci zmuszanych do żebractwa czy zbyt łatwego oddawania nieletnich pod opiekę pierwszej lepszej osoby, zgłaszającej się jako "opiekun". Ale generalnie liczba i charakter wykrytych nieprawidłowości mogły brzmieć uspokajająco, a rząd ograniczył się do zapewnienia o dodatkowych szkoleniach dla urzędników, policjantów, prokuratorów i sędziów. Do tego dochodzi też specyficzna niewiedza o tym procederze, również po stronie ofiar. - Ofiara handlu ludźmi najczęściej sama nie wie, że jest jego ofiarą. Nie zdaje sobie sprawy, że to niewolnictwo. Sądzi, że to ona popełnia przestępstwo, bo nielegalnie przebywa w Polsce, nielegalnie pracuje. Funkcjonariusze też nie zawsze są w stanie rozpoznać ofiary - komentowała szefowa organizacji La Strada, Irena Dawid-Olczyk.

"Polacy są sprowadzani na teren Wielkiej Brytanii przez zorganizowane grupy przestępcze, a następnie zmuszani do popełniania przestępstw, takich jak oszustwa finansowe. Zdarzały się przypadki, że polskie kobiety czy mężczyźni byli rekrutowani rzekomo do pracy, która okazywała się być mistyfikacją, mającą na celu jedynie ślub z obcą osobą. Następnie byli zmuszani do przemytu narkotyków lub wykonywania innych prac dla grupy" - przestrzegał niedawno departament stanu. W końcu zareagowali też i sami Brytyjczycy. Nowo powstała brytyjska Krajowa Agencja ds. Przestępczości (NCA) zapowiedziała, że w Polsce powstanie jedna z jej stałych zagranicznych baz. Pozostałe stworzono w Albanii, Chinach, Nigerii i Wietnamie.

Spacer po mieście cieni

"Większość mieszkańców Londynu wyobraża sobie, że problem ich nie dotyczy. Do wykorzystywania innych ludzi dochodzi w burdelach prowadzonych przez gangi obcokrajowców kontrolujące cudzoziemki. Ale ten świat jest bliżej, niż myślicie" - pisze w opublikowanym w październiku raporcie lider torysów w londyńskiej radzie miejskiej Andrew Boff. "Jeśli kiedykolwiek do twoich drzwi zapukał irlandzki czy wschodnioeuropejski przybysz, oferując prace budowlane poniżej rynkowej stawki, jeśli zrobiłaś sobie manicure w wietnamskim punkcie usługowym, jeśli byliście w chińskiej czy indyjskiej taniej restauracji z jedzeniem na wynos, jeśli minęła was grupa mężczyzn ustawiająca się po darmową zupę dla bezdomnych, jeśli kupowaliście marihuanę, natknęliście się na latynoamerykańskich czyścicieli na hotelowym korytarzu, wagarujące brytyjskie czy afrykańskie dzieci - jeśli brzmi to znajomo, to widzieliście, a być może pośrednio uczestniczyliście w procesie wykorzystywania ofiary handlu ludźmi" - kwitował dobitnie londyński polityk.

Opis być może przesadny, ale problem jest realny. Londyn to miasto cieni - twierdzą autorzy raportu. W brytyjskiej metropolii identyfikuje się 39 proc. wszystkich wykrytych na Wyspach przypadków niewolnictwa. A i tak może to być ledwie wierzchołek góry lodowej, bo eksperci pracujący pod okiem Boffa szacują, że londyńska policja odnotowuje zaledwie 9 proc. przypadków wykorzystywania ludzi. Na dodatek ta niska wykrywalność to po części wynik działań podejmowanych z premedytacją: świadczyć może o tym choćby przypadek pewnego mężczyzny, który uciekł przemytnikom i został odprawiony z kwitkiem na trzech kolejnych posterunkach, do których zdołał dotrzeć.

Ta opieszałość jest zresztą wspólna dla całej Unii. Ustalenia wspomnianego wyżej raportu GRETA bledną przy danych, jakie ujawnił w połowie października Parlament Europejski. Eurodeputowani szacują liczbę niewolników w Europie na ok. 880 tys. ludzi - w tym 270 tys. kobiet zmuszonych do prostytucji. Z wyliczeń tych wynika także, że przemyt ludzi zapewnia przestępcom zyski rzędu 25 mld euro - tylko w Europie.

"Alfons mógł zarobić na dziewczynie nawet dwadzieścia razy więcej, niż za nią zapłacił. Wystarczyło postawić ją na ulicy i zmuszać do przyjmowania nawet piętnastu klientów w ciągu nocy" - pisze Skinner, który przygotowując swoją książkę, prześledził szlak przemytników ludzi łączący Rumunię z Holandią. "Jeśli dziewczyna nie padła ofiarą przemocy, która zniszczyłaby jej urodę, alfons mógł ją potem odsprzedać za jeszcze wyższą cenę - była już wyszkolona i miała złamaną wolę, co oszczędzało kłopotów przyszłym właścicielom. Przeprowadzone w 2003 r. w Holandii badanie wykazało, że statystyczna niewolnica seksualna przynosiła alfonsowi dochód rzędu 250 tys. dol. rocznie".

Od tamtej pory zmieniło się przerażająco niewiele. Do "tradycyjnych" form wykorzystywania ludzi - jak właśnie prostytucja - doszły nawet nowe czynniki. W niektórych branżach, zwłaszcza przemysłu lekkiego czy usług, presja cenowa azjatyckiej konkurencji doprowadziła do sytuacji, w której szansą na przetrwanie kryzysu i utrzymanie rentowności stało się wykorzystywanie rzadko kiedy legalnych pracowników. Na Wyspach swego czasu głośnym echem odbiła się historia pewnego pastora, który poza działalnością dobroczynną prowadził m.in. firmę ochroniarską. Jej pracownicy byli zmuszeni pracować niemal non stop, spali w rozklekotanych przyczepach, na podłodze. Sprawa pozostałaby tajemnicą pracodawcy, gdyby nie przekręty na kilka milionów funtów, które w końcu wyszły na jaw.

Nie lepiej jest za oceanem. Latem tego roku w kanadyjskim Dartmouth zatrzymano szanowanego biznesmena, właściciela firmy sprzątającej. Okazało się, że pryncypał płacił swoim filipińskim sprzątaczkom 3,13 dol. za godzinę i żądał, by kłamały przed kanadyjskimi służbami imigracyjnymi, że zarabiają zgodnie z wymogami tamtejszego prawa. Z kolei gazety w Chicago swego czasu ze szczegółami opisywały epopeję niejakiej Nataszy, "imigrantki z Europy Wschodniej", która trafiła do USA legalnie, by opiekować się dziećmi. Jej pierwsi pracodawcy po kilku miesiącach przestali płacić, więc musiała szukać nowego zajęcia. Trafiła się gratka: praca w ośrodku spa, z mieszkaniem, samochodem i dosyć dobrym wynagrodzeniem. - Po kilku miesiącach szef wstrzymał pensję - opowiadała potem Natasza. - Potem zaczął mi grozić. Uderzył mnie. Powiedział, że jeśli spróbuję uciec, znajdzie mnie. To była pułapka - dodawała. W końcu trafiła na policję, ale zgłaszała się nie bez oporów - i to mimo tego, że posiadała w pełni legalne pozwolenie na pracę. - W nowych społecznościach imigranckich, poza byciem dyskryminowanym, dochodzi jeszcze wstyd z powodu stania się ofiarą - twierdzi Richard Hanus, amerykański prawnik, który pomagał imigrantom w podobnych sytuacjach. - Nie chcesz przyznać ani przed sobą samym, ani przed ludźmi z twojej społeczności, że zostałeś oszukany - mówi.

Jeden zgon dziennie

- Wyrywała mi włosy z głowy, mocno biła. Najczęściej wściekała się bez powodu. Nie dawała mi żadnych pieniędzy. Nie mogłam do nikogo zadzwonić, porozmawiać choćby z kimś spoza domu. Wszystkie notatki z numerami telefonów do krewnych podarła w strzępy - relacjonowała owinięta bandażami 18-latka, której szpitalne łóżko oblegli reporterzy z redakcji prasowych w New Delhi.

Historia nastoletniej pokojówki trafiła na czołówki indyjskich gazet w tym samym czasie, gdy w światowych serwisach informacyjnych pojawiły się wiadomości o The Global Slavery Index. Idealnie ilustruje problem: dziewczyna przyjechała do New Delhi z biednego, prowincjonalnego stanu Jharkhand, szukając pracy, która pozwoliłaby jej wesprzeć finansowo rodzinę. Dzięki agencji pośrednictwa zaczęła sprzątać. Praca pokojówki w "dobrej rodzinie" z indyjskiej metropolii okazała się jednak gehenną. Uderzenia w głowę to jeszcze nic przy tym, co zaczęło dziać się później: jej "właściciele" bili ją również pasami, prętami i łańcuchami. W końcu poszczuli ją psami. Najwyraźniej wyczerpała się cierpliwość sąsiadów - ktoś zaalarmował organizacje pomagające indyjskim niewolnikom i policję, która wdarła się do podejrzanej rezydencji, uwalniając dziewczynę.

- W Indiach ludzie są kontrolowani za pomocą przemocy - podkreśla z pesymizmem Nick Grono z Walk Free Foundation. Na subkontynencie problem dotyczy zwłaszcza tych najsłabszych - kobiet i dzieci, często wysyłanych przez własne rodziny do dużych miast lub do pracy na roli czy w kopalniach. "Delhi to docelowe miejsce ich wędrówki, ale też punkt tranzytowy" - podkreślają eksperci ONZ-owskiego Biura ds. Narkotyków i Przestępczości (UNDOC). Co gorsza, liczba osób zmuszanych do pracy lub prostytucji z roku na rok rośnie: w 2012 r. indyjskie władze doliczyły się 38,2 tys. takich przypadków. Rok wcześniej było ich 35,5 tys. W sumie, szacuje WFF, w Indiach żyje 13,95 mln niewolników.

Czasem porwani lub oszukani pracownicy lądują też daleko od Indii, choćby w Katarze. Jak twierdzą dziennikarze brytyjskiego "Guardiana", na budowach obiektów, na których odbywać się będą mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2022 r., masowo giną nepalscy robotnicy. Z przeprowadzonego przez reporterów śledztwa wynika, że niemal codziennie umiera jeden z nich - zarówno w wyniku wypadków przy pracy, jak i nagłych zawałów serca. Pozostali nie mają się z czego cieszyć: nie dostają pieniędzy (prawdopodobnie z obawy, żeby nie uciekli), tracą paszporty, odmawia się im wydania pozwoleń na pracę (co czyni ich nielegalnymi imigrantami), w skrajnych przypadkach nie mają wody i jedzenia. - Pracowaliśmy z pustym brzuchem przez 24 godziny: dwanaście na placu budowy, a potem przez noc, cały czas bez jedzenia - opowiadał Brytyjczykom 27-letni Ram Kumar Mahara. - Kiedy zacząłem narzekać, szef zaatakował mnie, a potem wyrzucił z obozu, w którym mieszkaliśmy, i odmówił zapłaty. Musiałem błagać innych o jedzenie - dodał. Co najmniej kilkudziesięciu jemu podobnych zgłosiło się już do ambasady Nepalu, prosząc o pomoc w opuszczeniu kraju.

Podobny, choć mniej drastyczny, skandal towarzyszył też ostatnio przygotowaniom do olimpiady w Soczi. W kolejnych krajach Półwyspu Arabskiego ujawniane są przypadki wykorzystywania i znęcania się nad gastarbeiterami z Dalekiego Wschodu czy Bangladeszu. Niezmordowany Benjamin Skinner w zeszłym roku opisał dla agencji Bloomberga proceder wykorzystywania indonezyjskich rybaków do niewolniczej pracy na koreańskich kutrach. Złowione przez nich ryby trafiały do nowozelandzkiej firmy, która z kolei eksportowała je do USA.

Przeklęta bawełna

Wszyscy bezpośrednio zainteresowani, od ofiar przestępców po policjantów, narzekają na niejasne definicje niewolnictwa. Działacze podkreślają, że nie sposób zapewnić bezpieczeństwa ani względnego dobrobytu uwolnionym czy wykupionym ludziom - tym bardziej że np. w Sudanie zdarzały się już przypadki, gdy aktywistom podstawiano fałszywych niewolników, by "skasować" pieniądze z wykupu, a następnie przyprowadzić ich raz jeszcze. Z kolei politycy zasłaniają się liczącym dziesiątki ogniw łańcuchem zależności polityczno-gospodarczych, które uniemożliwiają wywieranie silnej presji na rządy w Pekinie, New Delhi czy Islamabadzie.

W tej próżni rodzi się jednak nowa siła: konsumenci. W połowie października aktywiści organizacji Antislavery.org zaczęli wzywać do bojkotowania produktów firmy Nike. Koncern ten blisko współpracuje z koreańskim czebolem Daewoo, znanym z kolei z wykorzystywania pracy przymusowych robotników w Uzbekistanie. "Decyzja Nike, by chronić kontrakt z Daewoo, stanowi niebezpieczne przesłanie dla innych firm i podważa wysiłki tych Uzbeków, którzy ryzykują życie, by zaprowadzić sprawiedliwość na uzbeckich polach bawełny" - stwierdzili autorzy kampanii. Chcą oni, by klienci Nike wysyłali do firmy e-maile z żądaniem zerwania umowy z Daewoo.

Co ciekawe, Nike nie zaprzecza, że do pracy przy zbiorach bawełny uzbeckie władze zmuszają co roku około miliona ludzi. Kwestionuje jednak fakt, że Daewoo może mieć z tym coś wspólnego - choć pod presją klientów kontakty z Koreańczykami zerwały już takie firmy, jak H&M, Michael Kors czy C&A. Do eliminowania niepewnych dostawców zmuszone zostały w ostatnim czasie dziesiątki, jeżeli nie setki firm - choćby wymienione przez Skinnera we wspomnianym reportażu dla Bloomberga nowozelandzkie i amerykańskie spółki. W internecie mnożą się też kolejne kampanie wymierzone w konkretne firmy czy branże. Szacowna CNN opublikowała na swoich stronach obszerne dossier - oparte na raportach Departamentu Pracy USA - wskazując czytelnikom konkretne branże w konkretnych krajach, które korzystają z niewolniczej siły roboczej. Z prezentacji wynika, że należy unikać tureckich mebli, brazylijskiego tytoniu czy meksykańskiej pornografii.

Jeszcze inne podejście chce zaproponować Walk Free Foundation. Za organizacją stoi znany ze swoich charytatywnych inicjatyw australijski miliarder Andrew Forrest. Dzięki pozycji założyciela WFF uzyskała już wsparcie zarówno legend polityki, jak Tony Blair czy Hillary Clinton, jak i tuzów biznesu - m.in. Billa Gatesa i Richarda Bransona. Fundacja planuje serię sesji dla czołowych biznesmenów świata, zmierzających do znalezienia sposobów na wyrugowanie przymusowej pracy z łańcucha dostaw surowców i produktów. I być może to właśnie okaże się dla handlarzy ludzkim towarem boleśniejszym ciosem niż jakiekolwiek obławy policji czy górnolotne uchwały ONZ.

Uderzenia w głowę to jeszcze nic przy tym, co zaczęło się dziać później: "właściciele" bili swoją "niewolnicę" pasami, prętami i łańcuchami. W końcu poszczuli ją psami

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.000001400.802.jpg@RY2@

Amit Gupta/ Reuters/Forum

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.