Porwania: ten biznes rozwija się szybko i globalnie
Przestępczość
Przedłużają się poszukiwania uprowadzonego w Sarakib w Syrii polskiego fotoreportera Marcina Sudera. W tym objętym wojną kraju porwania to już prawdziwa plaga. Ale Syria nie jest pod tym względem liderem. Prześcigają ją kraje, w których formalnie nie ma wojny - Meksyk oraz Kolumbia.
Nie wiadomo, kto porwał Sudera. W polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych (MSZ) jest specjalny zespół, który zajmuje się tą sprawą. - Jesteśmy w kontakcie z oficjalnymi władzami w Syrii i z różnymi grupami w tym kraju - stwierdził rzecznik MSZ Marcin Bosacki. - Sądzę, że jest to porwanie dla okupu - mówi z kolei Piotr Balcerowicz, orientalista z Uniwersytetu Warszawskiego, który doskonale orientuje się w regionalnych realiach. - Na razie w Syrii nie było przypadku, by uprowadzonego cudzoziemca zabito. Uzbrojone gangi porywają ich dla pieniędzy i zależy im na szybkim sfinalizowaniu transakcji. Inaczej niż w Iraku, Afganistanie czy Pakistanie, tu porywacze nie mają żądań politycznych i nie chcą np. uwolnienia kogoś z więzienia - dodaje.
Trudno powiedzieć, jaką kwotę trzeba będzie zapłacić za Sudera. Na przykład w Afganistanie zwyczajowo cena wywoławcza za cudzoziemca to 2 mln dol., ale w rzeczywistości płaci się kilkanaście razy mniej. Jeśli chodzi o Syrię, to porwania dotyczą też często majętnych obywateli tego kraju i wtedy wykupienie kosztuje zwyczajowo od 10 do 30 tys. dol.
Co roku zgłaszanych jest ok. 20 tys. porwań na całym globie, a specjaliści szacują, że na każde takie wydarzenie, o którym wiadomo, przypadają 3-4, które nie są podawane do wiadomości organom ścigania. Prym wiodą tu Meksyk i Kolumbia, gdzie dochodzi do kilku tysięcy zdarzeń rocznie. Jeszcze niedawno głośno było także o porwaniach organizowanych przez piratów w Rogu Afryki. Ale to się zmieniło. - Od maja 2012 r. do maja tego roku nie było tam żadnych tego typu przypadków. Kolejne pojawiły się jednak w ostatnich tygodniach - mówi w rozmowie z DGP Aojda Anyimadu, ekspertka ds. Somalii z londyńskiego think tanku Chatham House. - Poprawa sytuacji wynika głównie z tego, że międzynarodowe patrole USA, UE i NATO nauczyły się walczyć z piratami. Oczywiście polepszyła się także sama ochrona na statkach. Pływają szybciej i dalej od lądu, często na burtach mają np. drut kolczasty. Wpływ ma także walka z piratami na lądzie.
Trudno oszacować, jak dużo zarabiają sami porywacze. Biznes, który powstał, by chronić potencjalne ofiary, przedstawia bardziej konkretne kwoty. Jak podaje brytyjski "The Economist", rynek ubezpieczeń w sprawie porwań i okupów jeszcze w 2006 r. wynosił w skali świata 250 mln dol. W 2011 r. było to dwa razy więcej.
Maciej Miłosz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu