Dziennik Gazeta Prawana logo

Zdrowie jako tarcza strategiczna. Polska musi przestać oszczędzać na innowacjach

zdrowie pieniądze pacjent świadczenia
Zdrowie jako tarcza strategiczna. Polska musi przestać oszczędzać na innowacjachShutterstock
27 kwietnia, 21:05
Artykuł partnerski

Zdrowy obywatel determinuje kondycję zdrowej gospodarki. Jeśli nie zaczniemy traktować wydatków na medycynę jak inwestycji w bezpieczeństwo strategiczne – na wzór energetyki czy obronności – przegramy wyścig o konkurencyjność z USA i Azją – mówi Sebastian Schubert, dyrektor ds. polityki zdrowotnej w Boehringer Ingelheim.

W Polsce o zdrowiu wciąż rozmawiamy głównie w kontekście „deficytu w budżecie” i rosnących kosztów. Czy nie nadszedł czas, by przestać pytać, ile zdrowie kosztuje, a zacząć się zastanawiać, jaki przynosi zwrot?

3d674a35-8489-43f8-8bf6-6368eb226186-39127794.jpg
Sebastian Schubert, dyrektor ds. polityki zdrowotnej w Boehringer Ingelheim

To jest kluczowe pytanie, które jako branża i firma stawiamy nieustannie. Niestety, wciąż dominuje u nas podejście księgowe: sektor zdrowia to wydatek, pieniądze budżetowe, które po prostu „schodzą” z konta. My mówimy głośno: to nie jest koszt, to inwestycja. Koszt to wydatek poniesiony i zamknięty. Inwestycja to coś, co w przyszłości przyniesie realny profit. Zdrowie nie jest tylko elementem polityki publicznej; ono determinuje absolutnie wszystkie sfery życia społecznego i gospodarczego. Powinniśmy patrzeć na kondycję zdrowotną narodu tak, jak patrzymy na bezpieczeństwo energetyczne czy cyfrowe. Jeśli nie będziemy mieli zdrowych obywateli, nie będziemy mieli rąk do pracy, a w dobie kryzysu demograficznego każdy pracownik jest na wagę złota. Im mniej chorych, tym większe wpływy do budżetu i mniejszy drenaż systemów socjalnych.

Kto w takim razie powinien zarządzać tym bezpieczeństwem zdrowotnym? Czy to tylko rola Ministerstwa Zdrowia?

Zdecydowanie nie. Zdrowie musi się stać priorytetem całego rządu. To powinno być wspólne pole działania ministra zdrowia, ale i ministra finansów, gospodarki czy rozwoju. Oni muszą działać międzyresortowo. Dziś mamy silosy, a potrzebujemy synergii. Ale jest też druga strona ‒ my jako obywatele. Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem. To, czego nie wypracujemy w wieku 30, 40 czy 50 lat poprzez zdrowe nawyki, profilaktykę i wczesną diagnostykę, tego nie odrobimy na emeryturze. A jest nas coraz mniej. Świat nam tego nie ułatwia ‒ ekspansja fast foodów i przetworzonej żywności zrobiła swoje. Choć moda na zdrowy tryb życia i siłownie to dobry początek, jest to wciąż ułamek potrzeb.

Statystyki WHO są dla nas bezlitosne.

Rzeczywiście, tylko ok. 40 proc. Polaków deklaruje aktywność fizyczną powyżej 150 minut tygodniowo, co WHO uznaje za absolutne minimum. To alarmujące. Rząd musi nie tylko leczyć, lecz także promować zdrowy styl życia w sposób systemowy. Zdrowy obywatel to fundament zdrowej gospodarki. Oczywiście, widać pewne zmiany ‒ programy typu „Moje zdrowie” to krok w dobrą stronę. Budżet jest, jaki jest, i musimy nim mądrze zarządzać, ale obywatele potrzebują realnych zachęt, by dbać o siebie, zanim pojawią się pierwsze objawy choroby.

Mówi pan o profilaktyce, ale dane o chorobach niezakaźnych są zatrważające. Odpowiadają one za 86 proc. zgonów w Unii Europejskiej. Czy to nie jest realny hamulec dla rozwoju całej Europy?

To jest trafna diagnoza. Europa przez lata reagowała na choroby przewlekłe zbyt późno. Skupialiśmy się na leczeniu skutków, epizodów chorobowych zamiast zapobiegać przyczynom. To sprawia, że tracimy dystans do USA czy Azji. Koszty są gigantyczne ‒ nie tylko te bezpośrednie, takie jak świadczenia, leki, ale przede wszystkim pośrednie. Mówimy o absencjach chorobowych, o miliardach, które ZUS wypłaca na renty i zwolnienia. Jest jeszcze zjawisko prezenteizmu, zachodzące wtedy, gdy człowiek pomimo tego, że jest chory, przychodzi do pracy, ale jego produktywność jest znikoma. Gospodarki, które szybciej zrozumiały wagę wczesnej diagnostyki, dziś znacznie sprawniej adaptują się do zmian rynkowych. My wciąż leczymy skutki, zamiast inwestować w zapobieganie im.

Jaką rolę w odwracaniu tego trendu widzi pan dla takich firm jak Boehringer Ingelheim?

Od zawsze stawiamy na edukację i budowanie świadomości. Prowadzimy kampanie dotyczące profilaktyki i wczesnej diagnostyki ‒ nie tylko dla pacjentów, lecz także dla ich rodzin. To jest wspólny interes rządu, obywatela i firm farmaceutycznych. Naszym wkładem jest rozwój przełomowych terapii. Wydajemy na badania i rozwój (R&D) 3,6 mld euro rocznie. Co ważne, Polska jest jednym z wiodących krajów w Europie pod względem liczby pacjentów włączanych do badań klinicznych. Jesteśmy liderem w regionie. Niestety, w Polsce inwestycje w R&D wciąż nie są wystarczająco doceniane przez decydentów. Często słyszymy, że najważniejsza jest produkcja leków, bo ona daje bezpieczeństwo. Ale to właśnie innowacje i badania kliniczne budują przewagę strategiczną i dają pacjentom dostęp do najnowocześniejszych metod leczenia.

No właśnie, dlaczego R&D jest ważniejsze od taśmy produkcyjnej w fabryce?

Inwestycje w innowacje to inwestycje długofalowe, które budują konkurencyjność gospodarki na dekady. Produkcja to podstawa, ale innowacje to mózg systemu. Dzięki nim możemy szybciej stawiać ludzi na nogi po kryzysach zdrowotnych. W farmacji planujemy w horyzoncie 10–15 lat. Jako firma już dziś wiemy, jakie leki będziemy rejestrować za trzy–pięć lat, bo one są w zaawansowanych badaniach klinicznych trzeciej fazy. Musimy poddać leczeniu odpowiednią liczbę pacjentów, by udowodnić różnicę między nową terapią a obecnym standardem. To wymaga czasu, ale również przewidywalnego otoczenia prawnego.

W jakich obszarach spodziewają się państwo przełomów?

Jesteśmy silni w kardiologii, onkologii i pulmonologii. W tym roku wprowadzimy przełomowy lek w chorobach płuc – pierwszą taką terapię od 10 lat. Ale nasze oczy zwrócone są też na „cichych zabójców”: choroby wątroby, cukrzycę i nefrologię. Choroby nerek to w Polsce jeden z głównych zabójców, a w debacie publicznej są niemal nieobecne. Mówimy o kardiologii, onkologii, a o nefrologii zapominamy. To błąd, bo to schorzenia o ogromnym wpływie na śmiertelność i koszty systemu.

Wspomniał pan o odwracaniu piramidy świadczeń. Czy to realny projekt, czy tylko chwytliwe hasło?

To musi się stać rzeczywistością. Kluczem są POZ-y, to tam powinna zachodzić realna profilaktyka. Musimy rozszerzyć koszyk badań i lepiej wykorzystać powierzony budżet. Przykładem jest badanie UACR w diagnostyce chorób nerek. Jest proste, tanie i niezwykle skuteczne, a obecnie wykorzystuje się głównie eGFR, co nie daje pełnego obrazu. Gdyby badanie UACR włączono np. do programu „Moje zdrowie”, moglibyśmy wykrywać choroby nerek na etapie, gdy leczenie jest znacznie tańsze i skuteczniejsze. Kolejnym filarem jest medycyna pracy. Dziś to często fikcja – szybkie badanie wzroku i cholesterolu. A przecież ten jeden dzień, który pracownik poświęca na badania, można by wykorzystać na pełny przegląd zdrowia. Pod warunkiem, że medycyna pracy zostanie scyfryzowana i powiązana z systemem POZ, by lekarz rodzinny mógł się zapoznać z jej wynikami. Interoperacyjność danych to dziś fundament nowoczesnego państwa.

Dlaczego zatem, skoro to takie logiczne, wciąż tak mało inwestujemy w prewencję?

Bo profilaktyka nie jest „widowiskowa”. Nie przynosi tak szybkich i spektakularnych efektów jak medycyna interwencyjna czy naprawcza. To jest praca u podstaw, której efekty widać w statystykach po latach: mniejsza chorobowość, mniejszy absenteizm. To trochę jak z nerkami-– nie bolą, dopóki nie jest naprawdę źle. Z profilaktyką jest tak samo: nic nas nie boli, więc nie czujemy potrzeby działania. To hamulec psychologiczny, który sprawia, że nie traktujemy prewencji jako wysokodochodowej inwestycji.

Mówiąc o inwestycjach, nie sposób pominąć kwestii edukacji. To był idealny moment, by budować świadomość od najmłodszych lat. Niestety, zabrakło akceptacji społecznej, a kwestie ideologiczne przykryły merytorykę. Skutek? Tylko 1/3 uczniów zapisała się na te zajęcia, bo były dobrowolne. Bez edukacji nie zmienimy mentalności społeczeństwa.

Boehringer Ingelheim zajmuje 10. miejsce w rankingu firm farmaceutycznych najbardziej znaczących dla polskiej gospodarki. Co musi się zmienić, by Polska była jeszcze atrakcyjniejsza dla takich graczy?

Polska ma ogromne atuty: zaplecze naukowe, kompetencje kliniczne i duży rynek wewnętrzny. Jesteśmy tu obecni od lat, mamy centrum usług wspólnych we Wrocławiu, łącznie zatrudniamy ponad 900 osób. Ale to, czego nam najbardziej brakuje, to przewidywalność prawa i decyzji urzędniczych. Z niepokojem obserwujemy osłabianie ochrony własności intelektualnej. Polska stała się wręcz niechlubnym prekursorem praktyk, w których firmy generyczne wprowadzają odpowiedniki leków mimo trwającej ochrony patentowej. Jeśli nie będziemy szanować własności intelektualnej, Polska „zaświeci się na czerwono” na inwestycyjnych mapach świata. Nikt nie zainwestuje miliardów w kraju, który nie respektuje stabilności patentowej.

Czy system refundacyjny również wymaga korekty?

To kolejny obszar niepewności. Inwestycje w innowacje wymagają jasnych zasad, dialogu i przewidywalnych horyzontów czasowych. Przewidywalność jednak nie oznacza braku zmian, ale czytelność, spójność i długofalowe myślenie, które pozwala planować rozwój w perspektywie co najmniej dekady.

Farmakoterapia jest uznawana za jedną z najbardziej skutecznych metod leczenia. W ustawie refundacyjnej z 2012 r. zapisano, że na leki powinno trafiać maksymalnie 17 proc. budżetu NFZ. Tymczasem przez kilkanaście lat nigdy nie osiągnęliśmy tego poziomu – realnie było to ok. 14–15 proc.; dla porównania na Litwie próg wydatków na leki wynosi 19 proc. Dlatego system ochrony zdrowia, w tym system refundacyjny, wymaga ewolucji i elastycznego reagowania, a nie stagnacji.

Jaki jest zatem pana postulat na przyszłość?

Stworzenie międzyresortowej strategii Life Science. To byłby jasny sygnał, że sektor zdrowia jest strategiczny dla całej gospodarki. Strategia ta powinna obejmować zdrowie, rozwój, naukę i finanse. Polska jest postrzegana jako rynek o ogromnym potencjale – największy w Europie Środkowo-Wschodniej. Chcemy tu być, chcemy inwestować, ale potrzebujemy partnera, który rozumie, że nowoczesna medycyna to nie koszt, ale tarcza chroniąca naszą przyszłość.

Materiał powstał przy współpracy z Boehringer Ingelheim

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Artykuł partnerski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.