Wierzący inaczej
Amerykańscy milenialsi są dużo mniej religijni niż ich rodzice. Boże Narodzenie to dla nich przede wszystkim święto dobroczynności, a nie duchowe przeżycie. Od drogich prezentów wolą wpłaty na konta szpitali lub udział w charytatywnym biegu
Trudno sobie wyobrazić Amerykę w okresie przedświątecznym bez rytualnej Wojny Przeciwko Bożemu Narodzeniu. Powracający każdej zimy spór między obrońcami religijnego charakteru świąt a zwolennikami sekularyzmu i poszanowania duchowego pluralizmu USA nie dotyczy tylko obecności w przestrzeni publicznej figurek Chrystusa, szopek bożonarodzeniowych czy wieńców adwentowych. Batalia toczy się nawet o samą formę składania życzeń: rzecznicy chrześcijańskiej natury świąt dopuszczają wyłącznie tradycyjny zwrot „Merry Christmas” („Wesołych Świąt Bożego Narodzenia”), podczas gdy druga strona woli używać neutralnego określenia „Happy Holidays” („Wesołych Świąt”) bądź szczególnie znienawidzonego przez obóz religijny sformułowania „Season’s Greetings” („Życzenia okolicznościowe”), które nawet nie zdradza, że chodzi o święta.
Strażnicy tradycji wysuwają argument, że Ameryka jest krajem zbudowanym na wartościach i zwyczajach chrześcijańskich, a większość jej mieszkańców to ludzie wierzący i praktykujący. Odzieranie świąt z ich religijnego wymiaru dowodzi więc jedynie tego, jak daleko apologeci politycznej poprawności sprzeniewierzyli się wizji ojców założycieli nakreślonej przed dwoma wiekami. Najbardziej zagorzali tradycjonaliści w swoich przeciwnikach upatrują bezbożnych komunistów, sodomitów, wasali Pekinu lub Moskwy – by wymienić tylko kilka popularnych epitetów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.